• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Syndrom III RP

Sobota, 5 lipca 2014 (02:02)

Po 19 latach procesu Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie uniewinnił za masakrę robotników na Wybrzeżu Stanisława Kociołka, członka komunistycznego politbiura i wicepremiera uczestniczącego w kierowaniu tą zbrodnią. Wyrok nie był zaskoczeniem, gdyż obowiązująca od 25 lat linia orzecznictwa sądowego III RP nie dopuściła jeszcze do skazania żadnego z peerelowskich decydentów wysokiego szczebla.

Nieco wcześniej władze urządziły Wojciechowi Jaruzelskiemu, gensekowi odpowiedzialnemu m.in. za zbrodnie stanu wojennego, państwowy pogrzeb z pełnymi honorami na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Uznawanie narodowych zdrajców za „ludzi honoru”, a jednocześnie pogarda i lekceważenie dla autentycznych bohaterów to charakterystyczny rys polityki historycznej III RP – swoisty jej syndrom.

Założycielski deal

Trwają ogromne starania, aby Okrągły Stół i wybory 4 i 18 czerwca 1989 r., wydarzenia gloryfikowane przez ostatnie ćwierć wieku, a ostatnio podnoszone wręcz do rangi „świętości”, stały się symbolami polskiej drogi do niepodległości. Nic dziwnego, skoro prowadzone od lutego do kwietnia 1989 r. obrady Okrągłego Stołu, poprzedzone i przeplatane poufnymi spotkaniami w tajnym ośrodku MSW w Magdalence, co przez długi czas utrzymywano w tajemnicy przed społeczeństwem, uznawane są za akt założycielski III RP.

„Historyczny kompromis stulecia”, „koniec komunizmu”, „pierwsze wolne wybory”, „pierwszy niekomunistyczny rząd” to tylko niektóre z ukutych na tę okoliczność sloganów propagandowych nadających kierunek oficjalnej narracji. Miała ona prowadzić do wniosku, że w wyniku tych obrad, a później kontraktowych wyborów Polacy jako Naród odzyskali podmiotowość i suwerenność. Rzeczywistość nie była taka piękna, choć dla części solidarnościowych elit oznaczała początek wielkiej kariery w szerokim postkomunistycznym obozie władzy.

O tym, że Polacy nie akceptowali tego rodzaju kompromisów, świadczyły choćby wyniki wyborów czerwcowych, w których komunistyczni prominenci umieszczeni na tzw. liście krajowej nie uzyskali wystarczającej liczby głosów i przepadli z kretesem, co doprowadziło do skandalicznej zmiany ordynacji wyborczej w trakcie trwania wyborów.

W ramach działań PR mających uwiarygodnić nowy układ dokonano szeregu propagandowych zafałszowań. Jednym z nich było wypromowanie grupy opozycjonistów dogadujących się z komunistami na reprezentantów nieomal całej „strony solidarnościowej”, choć grupa ta pod względem ideowym i światopoglądowym miała niewiele wspólnego z 10-milionowym ruchem „Solidarności”.

Większość autentycznych działaczy związkowych, którzy starali się nawiązywać do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, szybko została politycznie zmarginalizowana przez okrągłostołowy układ. Dziś to w większości biedni emeryci, po części zrzeszeni w Stowarzyszeniu Represjonowanych w Stanie Wojennym, rozgoryczeni stanem państwa i dysproporcjami swoich emerytur w zestawieniu z tym, co otrzymują ich prześladowcy.

Wieloznacznie i po części myląco brzmi też sformułowanie, że „rewolucja ’Solidarności’” dokonana została „bezkrwawo”. Metoda non violence dotyczyła tylko jednej strony. Oprócz znanych i nagłośnionych przypadków komunistycznych zbrodni tzw. komisja Rokity naliczyła, że spośród 122 niewyjaśnionych przypadków zgonów działaczy opozycji w stanie wojennym aż 88 miało bezpośredni związek z działalnością funkcjonariuszy MSW. Spektakularne zabójstwa księży Stefana Niedzielaka i Stanisława Suchowolca stanowiły niejako prolog obrad Okrągłego Stołu. Później, już po wyborach czerwcowych, jakby w epilogu zgładzono ks. Józefa Zycha, kapłana zasłużonego dla opozycji. Sprawcy oczywiście pozostali „nieznani”, a wymiar sprawiedliwości III RP przeflancowany z całym dobrodziejstwem inwentarza z PRL nie wykazał większej determinacji w ściganiu komunistycznych zbrodniarzy, co też – jak się wydaje – stanowiło element wypracowanego kompromisu.

Ów „historyczny kompromis” zawarty przy Okrągłym Stole, dotyczący podziału władzy i strefy wpływów strony opozycyjnej i postkomunistycznej, na zasadzie pacta sunt servanda trwał z niewielkimi przerwami przez całe minione 25-lecie. Pozwolił na przepoczwarzenie się środowisk, które z nadania Moskwy rządziły Polską w czasach komunistycznych, w rzekomych socjaldemokratów z wyzerowanymi na zasadzie grubej kreski kontami win związanych z antypolską, komunistyczną przeszłością. To oni stali się prawdziwymi beneficjentami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi okrągłostołowego dealu. Wywoływało to i nadal wywołuje sprzeciw wielu środowisk byłej antykomunistycznej opozycji.

– Okrągły Stół był diaboliczną manipulacją polityczną – uważał śp. prof. Józef Szaniawski, historyk, ostatni polityczny więzień PRL, uwolniony dopiero 22 grudnia 1989 roku. – Miał na celu utrzymanie rządów komunistycznych w Polsce, a zarazem utrzymanie tutaj wpływów sowieckich i sowieckich dywizji okupacyjnych. Wszystko w nowym opakowaniu, z nową propagandą i wolnym rynkiem. […] Ale największą manipulacją było ustalenie przez Okrągły Stół wyborów do Sejmu na 4 czerwca 1989 roku. Wybory zostały określone jako „częściowo demokratyczne” i ludzie dali sobie to kłamstwo wmówić! A przecież nie istnieje częściowa demokracja. Demokracja albo jest, albo jej nie ma! Jajko nie może być częściowo nieświeże.

Lustracja godząca w układ

O sile zawiązanego przy Okrągłym Stole układu już wkrótce przekonał się rząd premiera Jana Olszewskiego, pierwszy wyłoniony przez w pełni demokratycznie wybrany Sejm. Po półrocznym urzędowaniu, w czasie którego podjął szereg decyzji zmierzających do faktycznego wyrwania Polski z sowieckiej orbity – nakreślił strategiczny cel polskiej polityki w postaci integracji Polski z NATO i Wspólnotami Europejskimi, rozpoczął proces dekomunizacji w Wojsku Polskim i MSW, zastopował rabunkową prywatyzację polskiego przemysłu oraz forsowaną przez Lecha Wałęsę koncepcję traktatowego przekazania baz po stacjonującej w Polsce Armii Czerwonej w ręce międzynarodowych spółek polsko-rosyjskich – rząd Olszewskiego został spektakularnie odwołany w czasie tzw. nocy teczek, natychmiast po wykonaniu przez ministra Antoniego Macierewicza uchwały Sejmu o ujawnieniu tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa zajmujących wysokie stanowiska państwowe, wśród których znajdował się m.in. sam prezydent Lech Wałęsa. 3

Negatywny stosunek do lustracji to swoisty papierek lakmusowy syndromu wyrosłej z układu okrągłostołowego III RP. Trudno nie skonstatować, że zaciekły sprzeciw wobec ujawnienia esbeckich archiwów był faktycznie obroną układu Okrągłego Stołu, gdyż zapobiegał zdemaskowaniu wielu z jego prominentnych sygnatariuszy i popleczników jako tajnych współpracowników komunistycznych służb.

Ostatecznie układowi udało się zastopować lustrację na długie 8 lat, w czasie których z problemem komunistycznej agentury z powodzeniem uporały się inne państwa byłego sowieckiego bloku. Mimo że w 1997 r. przyjęto w Polsce bardzo „miękką” ustawę lustracyjną nieprzewidującą żadnych sankcji dla ujawniających się agentów bezpieki i tak wywoływała ona ogromne opory ze strony establishmentu III RP i zaciekłe ataki na osoby powołane do jej realizacji, czego szczególnie dotkliwie doświadczył jako rzecznik interesu publicznego sędzia Bogusław Nizieński.

Później drogą kolejnych nowelizacji i modyfikacji praktycznie zablokowano skuteczną lustrację, przekazując orzekanie w tej sprawie sądom publicznym, które z powodu zniszczenia znacznej części archiwów SB z reguły nie znajdują wystarczających podstaw, by uznać czyjąś agenturalność.

 

Żołnierze podwójnie wyklęci

Ze zrozumiałych względów beneficjenci nadbudowanej na peerelowskich fundamentach III RP z dezaprobatą odnoszą się do wszystkiego, co może te fundamenty wzruszyć. Szczególnie obciążającą wymowę posiadają komunistyczne zbrodnie. Znaczna część tych najbardziej drastycznych dotyczyła okresu instalowania w Polsce sowieckiej władzy okupacyjnej, co w resortowym żargonie nazywano „utrwalaniem władzy ludowej”.

Dokonano wówczas krwawej pacyfikacji polskiego podziemia niepodległościowego, którego żołnierze byli przez komunistów bezwzględnie mordowani, torturowani, więzieni, skazywani, poniżani, wreszcie grzebani w bezimiennych mogiłach. Ostatniego z nich, Józefa Franczaka „Lalka”, bezpieka wytropiła i zastrzeliła w 1963 roku! Peerelowska propaganda za pomocą fałszywych oskarżeń konsekwentnie przez 45 lat starała się zniszczyć ich heroiczną legendę, co częściowo udało się jej osiągnąć.

Po 1989 r. w poszczególnych sprawach rodziny na drodze sądowej uzyskiwały rehabilitację swoich krewnych skazanych w stalinowskich procesach za działalność antykomunistyczną, jednak elity władzy III RP z ogromnym dystansem podchodziły do kwestii ich nobilitacji i wprowadzenia do panteonu narodowych bohaterów. Oznaczałoby to bowiem sprowadzenie do roli zdrajców ich prześladowców i katów, a przecież z tych kręgów wywodzi się w pierwszym lub w drugim pokoleniu znaczna część beneficjentów III RP.

Zbrodnie „utrwalaczy władzy ludowej” usprawiedliwiano trwającą jakoby „wojną domową”, co jest propagandowym kłamstwem, a wobec żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego często stosowano określenie „kontrowersyjni”, przytaczając na dowód fałszywe komunistyczne potwarze, jak uczynił to w autobiograficznej książce „Wiara i wina” wobec Józefa Kurasia „Ognia” Jacek Kuroń, jeden z architektów III RP, a w swojej stalinowskiej młodości założyciel czerwonego harcerstwa.

To właśnie dlatego, by zwrócić uwagę na fakt, że żołnierzom podziemia antykomunistycznego po 1989 roku tak jak w PRL nadal dzieje się krzywda, gdyż III RP nie chce pamiętać o ich bohaterstwie i poświęceniu, w kręgach Ligi Republikańskiej w 1993 r. ukuto gorzko brzmiące określenie „Żołnierze Wyklęci”.

Adam Kruczek