Gospodarcze gry światem
Sobota, 28 czerwca 2014 (10:17)Król Hiszpanii Juan Carlos I abdykował. Oficjalnie z powodu złego stanu zdrowia i potrzeby „odnowienia monarchii”. Ale wielce prawdopodobne jest, że król ustąpił, bo był obciążeniem dla planów pogłębiania europejskiej integracji. Nie on pierwszy i nie ostatni byłby ofiarą zakulisowych, globalnych gier politycznych i ekonomicznych.
Przeszkadzał integrować Europę
W oficjalnym przekazie stary król ustąpił miejsca następcy tronu, księciu Filipowi, bo miał problemy zdrowotne, a ponadto stracił zaufanie Hiszpanów na skutek skandali politycznych, finansowych i obyczajowych, jakie dotknęły rodzinę królewską. Chodziło więc i o uratowanie monarchii, bo nowy król cieszy się zaufaniem 2/3 Hiszpanów. Ale gra mogła iść o coś o wiele poważniejszego: Juan Carlos odszedł, bo był już zbędny, a nawet przeszkadzał w realizacji procesów integracyjnych w Europie.
– Pozycja króla w Hiszpanii przez wiele lat była o wiele ważniejsza, niż wynika to z konstytucji – mówi dr Cezary Mech, były wiceminister finansów. – On był inspiratorem wielu działań zmierzających do umacniania pozycji Hiszpanii w Europie, wspierał także ekspansję hiszpańskich firm w Ameryce Południowej czy współpracę z krajami Bliskiego Wschodu – wyjaśnia.
Teraz jednak stał się obciążeniem dla polityków i kół gospodarczych i publiczną tajemnicą jest to, że na Juana Carlosa I wywierano z różnych stron naciski, żeby ustąpił. Były one skuteczne. Nowy król ma dać nowy „impuls rozwojowy”.
Ten przypadek nie jest niestety niczym wyjątkowym, bo na świecie mamy wiele przykładów działań podejmowanych przez różne siły, o których przeciętny obywatel nie ma najmniejszego pojęcia. I to nie wyborcy i ich przedstawiciele w parlamentach – jak by się wydawało w demokracji – ale różne silne grupy interesów decydują o tym, jaką politykę prowadzi państwo. Polacy zresztą o robieniu prawdziwej polityki sporo teraz się dowiedzieli dzięki aferze podsłuchowej, ale wiele spraw jest wciąż przed nami ukrytych.
Wpływ ponadnarodowych instytucji na bieg wydarzeń w wielu państwach widać zwłaszcza na przykładzie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego czy Europejskiego Banku Centralnego. Te organizacje potrafią obalać rządy, zmieniać ministrów. Często ich działania wyglądają jak brutalny szantaż wobec rządów, ostatnie tego przykłady to choćby wymuszenie dymisji premiera Silvio Berlusconiego we Włoszech czy ostra terapia finansowa w Grecji.
Skutki polityki MFW i BŚ boleśnie odczuły też takie kraje jak Argentyna, Meksyk, Mali czy państwa azjatyckie: na ludzi spadały ogromne koszty społeczne reform w postaci wysokiego bezrobocia, znaczącego spadku dochodów, obniżenia poziomu usług publicznych, a różnej maści „inwestorzy i finansiści” zarabiali krocie na prywatyzacji i spekulacjach giełdowych.
Soros reformuje Polskę
Reform prowadzonych pod dyktando międzynarodowych instytucji finansowych doświadczyła też Polska pod nazwą „programu Balcerowicza”, który został opracowany z inicjatywy George’a Sorosa, założyciela Fundacji Batorego, kreowanego w Polsce na czołowego filantropa, a w rzeczywistości jednego z bardziej znanych spekulantów finansowych na świecie.
Soros ściągnął do Polski Jeffreya Sachsa, profesora Harvardu, który dopracował plan, a potem został głównym doradcą wicepremiera Balcerowicza przy wdrażaniu „terapii szokowej”.
Efekty tego programu były bardzo dotkliwe dla społeczeństwa. Nie spełniły się obietnice o błyskawicznym zdławieniu inflacji. W 1990 r. ceny wzrosły o ponad 600 proc., a płace realne spadły o 25 proc., zaś dochody rolników aż o 60 procent. Ludzie masowo byli wyrzucani z pracy na bruk, a prywatyzacja spowodowała, że straciliśmy bezpowrotnie wiele firm, które były wykupywane za bezcen głównie przez zagraniczne spółki.
Wdrażanie w Polsce kapitalizmu odbywało się w atmosferze wielu skandali i afer gospodarczych, do dziś niewyjaśnionych. Publiczną tajemnicą jest to, że wiele z nich było efektem działań zagranicznych bankierów, przemysłowców oraz nowej i starej polskiej nomenklatury i służb specjalnych. To oni w praktyce współrządzili państwem, nie obywatele.
Profesor Witold Kieżun podkreśla, że Polska została potraktowana przez międzynarodowych decydentów finansowych jak kraj postkolonialny. Zaznacza, że utraciliśmy bezpowrotnie wiele gałęzi przemysłu, czego skutki odczuwamy do dziś w postaci wciąż wysokiego bezrobocia i przez to dużej emigracji zarobkowej. Zbytnio też uzależniliśmy się od obcego kapitału.
Trzeba zwrócić uwagę na to, że posłowie i senatorowie, którzy przegłosowali program Sorosa – Sachsa – Balcerowicza tak naprawdę w zdecydowanej większości nie wiedzieli, za czym głosują. Nie wiemy też, ile na polskiej transformacji zarobił sam George Soros, bo przecież nie robił tego wszystkiego bezinteresownie. I ile zarobili jego koledzy spekulanci. Mogli oni uzyskiwać miliardowe dochody dzięki sztywnemu kursowi dolara i bardzo wysokim stopom procentowym.
Opłacało się bowiem np. wziąć kredyt w banku w USA, Kanadzie czy Niemczech, przywieźć do Polski pieniądze, kupić złotówki – za 1 dolara płacono 9,5 tys. zł – i złożyć je w polskim banku. Po paru miesiącach lokata była likwidowana, „inwestor” kupował za złotówki dolary – znowu po 9,5 tys., choć inflacja była przez ten czas bardzo wysoka – i na czysto mógł zarobić przynajmniej kilkaset procent.
Kryzys i rozwój
W światowej gospodarce występują na przemian okresy hossy i bessy. Przeciętny człowiek jest przekonany, że takie falowanie jest istotą wolnego rynku, że kryzys to takie „oczyszczenie” gospodarki. Ale ten pogląd jest coraz częściej podważany. Naukowcy z austriackiej szkoły ekonomicznej przyczyny wielu takich negatywnych zjawisk upatrują w decyzji z 1971 r., gdy USA zniosły parytet złota. Dolar stał się walutą płynną, co ułatwiło działalność spekulantom. Austriacka szkoła twierdzi wprost, że wszystkie okresy hossy po 1971 r. były w rzeczywistości bańkami spekulacyjnymi, które napędzał tani kredyt.
Ostatni taki scenariusz miał miejsce przy bankructwie banku Lehman Brothers w 2008 roku. Wcześniej gwałtownie rosła bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości. W dużym stopniu rękę do tego przyłożyły amerykańskie władze, bo zarówno prezydent Bill Clinton, jak i George W. Bush prowadzili politykę luzowania wymagań wobec kredytobiorców. I gdy nagle ludzie przestali masowo spłacać pożyczki, rozpoczął się krach.
Profesor Andrzej Kaźmierczak z Rady Polityki Pieniężnej zwraca uwagę, że źródłem kryzysu jest podejmowanie spekulacji przez międzynarodowe instytucje finansowe. A ponieważ działają one na całym świecie, kryzys nie ograniczył się do jednego kraju czy regionu.
Eksperci wskazują, że to rządy ułatwiały działalność spekulantom i publiczną tajemnicą jest, że „inwestorzy finansowi” skutecznie wpływali na władze, aby te tak poluzowały przepisy prawne, żeby ułatwić im robienie interesów.
Wywołać kryzys
Część amerykańskich ekonomistów wskazuje, że kryzys u nich mógł być wywołany celowo. Bo jednocześnie z rozszerzaniem się bańki kredytowej z USA do Azji (głównie do Chin) wyprowadzało się coraz więcej firm, co powodowało wzrost bezrobocia. Co więcej, to właśnie „inwestorzy finansowi” wymuszali na spółkach giełdowych przenoszenie produkcji, aby jeszcze więcej zarabiali akcjonariusze, czyli oni sami.
Profesor Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, wskazuje, że największe korzyści z kryzysu wyniosły banki. Bo ogromne straty, jakie ponieśli, zostały im zrekompensowane przez podatników, których nikt o zgodę nie pytał, zlekceważono nawet ogromne protesty społeczne przeciwko wspieraniu banków, do których doszło zwłaszcza w USA. Dlatego Rybiński często mówi o narzuconych ludziom rządach „banksterów”, którzy od kilkudziesięciu lat sterują rynkami finansowymi. I nie ma nad nimi żadnej demokratycznej kontroli. To wręcz oni trzymają rządy za gardło.
Spekulanci mają ogromne pole do popisu. Przykładem jest tu znowu George Soros, który „światową sławę” zyskał w 1992 roku, gdy jego spekulacje osłabiły brytyjskiego funta. Podobno zarobił w krótkim czasie 1 mld dolarów, choć część ekspertów mówiła o kwocie wiele razy wyższej.
Ludzie pokroju Sorosa prowadzą swoją działalność spekulacyjną, nie oglądając się na rządy, parlamenty. I mało który rząd odważa się też odkryć ich machinacje, wiedząc, że stoi za nimi „potężna siła”. Jednym z nielicznych był premier Malezji Mohathir Mohammed, który w 1997 r. otwarcie oskarżył Sorosa o wywołanie w kraju kryzysu gospodarczego przez doprowadzenie swoimi spekulacjami do załamania krajowej waluty – ringgita.
Podobne operacje spekulacyjne George Soros prowadził też na innych azjatyckich „wschodzących rynkach”. Teraz wieszczy rychły kryzys w Chinach z powodu m.in. wysokiego długu publicznego i zacofanego systemu bankowego. Eksperci zastanawiają się, czy to już początek nowej gry finansowej Sorosa i jego przyjaciół.
Rządy oligarchów
Przy okazji różnych gospodarczych zawirowań jesteśmy świadkami procesu likwidacji klasy średniej, która najwięcej straciła na kryzysie. Profesor Piotr Jaroszyński podkreśla, że to właśnie ta grupa ludzi była dotąd najbardziej dynamiczną warstwą w społeczeństwach zachodnich, miała ogromny wpływ na politykę.
– Klasę tę stać na dobre wychowanie i wykształcenie dzieci, na promowanie wartościowej sztuki, respektowanie podstawowych zasad moralnych w życiu prywatnym i publicznym –przekonuje prof. Jaroszyński.
A skoro traci ona swoje znaczenie, to jesteśmy świadkami choćby erozji demokracji zachodniej, która staje się coraz bardziej ustrojem oligarchicznym. Taka oligarchizacja sprzyja też budowaniu różnych ponadnarodowych struktur.
Politycy przez kilkadziesiąt lat położyli już solidne podwaliny pod federalizację UE, dokonując istotnych zmian w funkcji państwa narodowego. Z instytucji, której podstawowym celem powinno być zapewnienie wszystkim obywatelom bezpieczeństwa, współczesne europejskie państwo stało się czymś na kształt dystrybutora różnych dóbr. A ponieważ współczesne państwa kiepsko sobie radzą z tymi zadaniami – Polska jest tego dobrym przykładem – spada też zaufanie do rządów, rośnie wręcz wrogość do państwa. A ponieważ życie nie znosi próżni, to kontrolę nad tym czy innym krajem zaczynają przejmować częściowo różne grupy nacisku, lobby, wielki biznes. Obywatele zaś zaczynają nadzieje pokładać nie we własnym rządzie, ale w tej czy innej międzynarodowej instytucji.
Coraz częściej i całkowicie otwarcie ideologowie, architekci i realizatorzy integracji europejskiej opowiadają się za rządami elitarnymi, a nie demokratycznymi. Wymyślono nawet nową nazwę na ich określenie: rządy kompleksowe. Bo tylko rządy elit będą w stanie zbudować federalną Europę. Lud do rządów nie może być dopuszczony, bo jest nieprzewidywalny, jak choćby podczas ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego, gdy bardzo duże poparcie otrzymały partie wzywające wręcz do rozwalenia UE albo przynajmniej ograniczenia jej władzy nad państwami narodowymi.
Dolar upadnie?
Przełom XX i XXI wieku przyniósł prognozy, że rychło amerykański dolar przestanie być walutą światową, bo USA tracą stopniowo prymat w globalizującej się gospodarce. Raz po raz możemy przeczytać poważne analizy ekonomistów, że dolar słabnie. Eksperci wskazywali, że taka kampania dyskredytująca dolara miała być podsycana przez Unię Europejską, Chiny, Rosję, bo słaby dolar miał też obniżyć pozycję polityczną USA. W tej sytuacji kwestie ekonomiczne miały drugorzędne znaczenie, bardziej liczyła się geopolityka.
Taki polityczny projekt przyświecał twórcom euro. Decyzja o wprowadzeniu tej waluty tak naprawdę zapadła w wąskim gronie eurokratów, a Europejczyków mamiono korzyściami, jakie odniosą dzięki temu, że UE będzie miała jedną walutę. Jedną z nich miała być detronizacja dolara, który na razie trzyma się mocno.
Zdaniem dr. Cezarego Mecha, w krótkiej perspektywie czasowej niemożliwe jest zdegradowanie dolara i pozbawienie go funkcji waluty światowej. Przesądził o tym światowy kryzys finansowy, który co prawda wybuchł w USA, ale o wiele mocniej dotknął państwa UE, zwłaszcza te ze strefy euro.
Pozycja euro byłaby na pewno inna, gdyby do strefy euro weszła Wielka Brytania, ale Wyspiarze ani myślą pozbywać się funta. Euro zagrażałoby też dolarowi, gdyby wprowadzono wspólne europejskie obligacje. Jednak oba te warunki nie zostały spełnione.
– Euro nie jest walutą porównywalną do dolara, nie może go zastąpić w transakcjach handlowych – mówi Cezary Mech.
Jednak w dłuższej perspektywie czasu sytuacja może się zmienić, głównie za sprawą Chin. Teraz Pekin prowadzi politykę umacniania dolara, bo Chińczycy mają w swoich rękach amerykańskie obligacje rządowe o wartości około 4 bilionów dolarów. Ale już w tym roku Chiny mogą wyprzedzić USA i staną się największą gospodarką na świecie. Cezary Mech wyjaśnia, że przypomina to sytuację z 1872 r., gdy to USA stały się największą gospodarką świata, dystansując imperium brytyjskie. Jednak funt wciąż był najważniejszą walutą na świecie.
– Dopiero ponad 40 lat później, po I wojnie światowej, funt utracił swoją pozycję. Możemy więc zakładać, że za jakieś 40 lat juan będzie mógł zastąpić dolara i stać się walutą rozliczeniową w transakcjach międzynarodowych – mówi Cezary Mech.
Oczywiście nikt nie zakłada, że stanie się to również po jakimś globalnym konflikcie zbrojnym, ale proces rugowania dolara na pewno wywoła niejedną wojnę handlową.
Krzysztof Losz