Goodbye, bando, goodbye
Wtorek, 24 czerwca 2014 (02:12)Z Andrzejem Rosiewiczem, piosenkarzem estradowym, kompozytorem, satyrykiem, gitarzystą i choreografem, rozmawia Adam Kruczek
Pana pieśni i piosenki to z jednej strony utwory łatwe, lekkie i przyjemne, a z drugiej – dające do myślenia. Z jaką intencją Pan je tworzy i wykonuje?
– Zasadniczo jestem optymistą życiowym. Swoją twórczość traktuję jako działalność „ku pokrzepieniu serc”. Chcę, aby pod wpływem moich piosenek ludzie czuli się lepiej, byli weselsi, trochę szczęśliwsi, ale i mądrzejsi. Wiadomo, sztuka może działać na ludzi albo dołująco, albo wznosząco. Mnie interesuje ta druga opcja. Ale jednocześnie staram się, żeby to nie było puste, żeby moje teksty nie były miałkie, jak wiele współczesnych utworów.
Dużą wagę przywiązuje Pan do tego, co polskie, ojczyste, patriotyczne. Trudno się z tym przebić do mainstreamowych mediów?
– Staram się poruszać tematy ważne dla Polaków, a takimi właśnie są przede wszystkim Bóg i Ojczyzna. Spotykam się z zarzutem, że to jest „Bogoojczyźniane”, choć moim zdaniem powinno się promować twórczość wiążącą się z Ojczyzną, z wydarzeniami, których doświadczamy. A tymczasem w rozgłośniach mamy do czynienia z zalewem anglosaskiej muzyki. Przy powszechnej ekspansji globalizmu polska kultura niesłychanie się kurczy. Redaktorzy mają w swoich rozgłośniach playlisty, za miejsce na których – na moje wyczucie – ktoś im nieźle płaci. W wielu krajach europejskich wprowadzono administracyjnie nakaz nadawania muzyki rodzimej w mediach w określonym procencie. W Polsce to nikogo nie interesuje.
Zawsze mnie intrygowało, jak powstała Pana estradowa postać eleganckiego faceta z muchą, wspaniale poruszającego się i tańczącego na scenie.
– Od 9. roku życia przez 10 lat należałem do Zespołu Tańca Dzieci Warszawy. Okazało się, że mam wrodzony talent do tańca, a jednocześnie zdobyłem tam solidne przygotowanie taneczne, prawie jak w szkole baletowej. Dzięki temu, jeśli chodzi o ruch, to swobodnie czuję się na scenie. Mam również muzyczne przygotowanie wokalne. Ukończyłem pięcioletnią szkołę muzyczną im. Józefa Elsnera w klasie śpiewu solowego prof. Marii Czekotowskiej.
A sceniczny wygląd to chyba trochę zapatrzenie na postać Freda Astera, genialnego tancerza, którego za młodu widziałem na jakimś amerykańskim filmie, bo te amerykańskie wzorce docierały do nas w bardzo ograniczonym zakresie. On wspaniale tańczył i był bardzo elegancki w ruchu, manierach, śpiewie. Tej elegancji brak mi na polskiej estradzie do dziś.
Pana też brak w dostatecznym wymiarze na tej estradzie.
– Wie pan, dziś wszystko jest szalenie upolitycznione. Ci, co rządzą rozrywką, nie patrzą na jakość, poziom, poruszanie ważnych tematów u prezentowanych twórców, tylko na poprawność polityczną. Co jest promowane w państwowej telewizji? – w kółko te same kabarety niskich lotów i seriale. Zupełnie nie zależy im na rozwoju widza, co powinno być misją tego medium. Ale ja się nie poddaję, koncertuję, wydaję płyty, uprawiam też felietonistykę. Zapraszam wszystkich na swój najbliższy koncert jubileuszowy pt. „40 lat minęło…”, który odbędzie się w niedzielę, 29 czerwca 2014r., o godz. 16.00 w Galerii Porczyńskich w Warszawie.
Panie Andrzeju, proszę zdradzić, czy powstanie jakaś aktualna wersja „Jadą, jadą chłopcy” na kanwie ostatnich wyczynów naszych służb specjalnych pod wodzą ministra Bartłomieja Sienkiewicza?
– Tak się to wszystko szybko dzieje, że na razie mam tylko pierwsze luźne skojarzenia. Nie wiem, czy akurat na melodię „Jadą chłopcy radarowcy”, bo na mojej najnowszej pycie „Bando, bando…” wykorzystałem ją w dwóch wersjach, ale na pewno jest to temat, który zostanie przeze mnie poruszony.
Nie chcę, aby zabrzmiało to zbyt koturnowo, ale jak by nie patrzeć, towarzyszył Pan swoją twórczością wielu ważnym momentom naszej historii. Czy sądzi Pan, że któryś z Pańskich utworów wpłynął na jej bieg?
– Na estradzie śmieję się, że to zdumiewające, jaki miałem wpływ na losy świata. Putin przed aneksją Krymu musiał słyszeć moją piosenkę „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”, bo tam śpiewam, że „za jeden uśmiech oddałbym Chicago, Paryż, Krym”. On chciał zaimponować swojej nowej narzeczonej i najpierw zorganizował dla niej olimpiadę w Soczi, a potem rzucił jej do stóp ten piękny półwysep.
A tak poważnie, to na świecie najbardziej znana była moja piosenka „Wieje wiosna od Wschodu”, którą napisałem w 1987 roku, żeby wesprzeć pierestrojkę, a wykonałem w 1988 roku na Wawelu przed Gorbaczowem i całą jego świtą. Następnego dnia informacje o niej i fragmenty mojego występu znalazły się dosłownie we wszystkich newsach najważniejszych mediów na świecie. Widziałem wtedy, z jak wielką przyjemnością Gorbaczow jej słuchał, a później, gdy wręczyłem mu płytę, podziękował mi po imieniu: „Andriej, spasiba”. Teraz jako człowiek, który rozmontował Sowiecki Sojuz, Gorbaczow uważany jest w Rosji Putina za największego zdrajcę. A ja się czuję jego pomocnikiem w tej „zdradzie”.
Jak trafił Pan ze swoimi pieśniami do pierwszej „Solidarności”?
– W PRL, choć miewałem kłopoty z cenzurą, za bardzo nie podejmowałem w swoich utworach tematów politycznych. Gdy w 1980 r. „wybuchła” „Solidarność”, akurat byłem chory, leżałem w szpitalu, miałem trochę czasu i wtedy powstały takie piosenki jak „Propaganda sukcesu”, „Pieśń o zachodnich bankierach” i „Prawdy, prawdy po trzykroć, prawdy jako chleba”. Wtedy stwierdzono, że to inna twarz Andrzeja Rosiewicza, że to nie jest tylko ten ulotny, beztroski motyl, który unosi się nad tą szarą rzeczywistością – ja zresztą później napisałem piosenkę „Ostatni motyl peerelu” – tylko coś głębszego. Zaproszono mnie z tymi piosenkami na organizowany przez „Solidarność” Festiwal Piosenki Prawdziwej do Hali Oliwii w Gdańsku, gdzie przyznawano Złote Kneble.
Przeszedł Pan jakby drogę od beztroskiego showmana do Stańczyka?
– Jak obserwuję tę swoją działalność, to czuję się tak trochę jak ten gość z obrazu Jana Matejki, co siedzi w fotelu w czapce z dzwoneczkami na głowie zatroskany o losy Ojczyzny.
Co dziś Pana frasuje?
– Powodów do trosk jest dziś wyjątkowo wiele. Jak obserwuję działania naszych władz, to dostrzegam wiele faktów, których nie można inaczej określić, jak tylko działalnością antypolską. Często jest to czynione pod maską rzekomego patriotyzmu, życzliwości, „polityki miłości”. Ale spod tych masek czasami można dostrzec prawdziwą twarz ich autorów. Na przykład taki Donald T. – jak go nazywam w swoich felietonach –powiedział kiedyś publicznie, że „polskość mu ciąży” i dla niego „polskość to nienormalność”. Nie wyobrażam sobie normalnego kraju, w którym gość, który tak uważa, został jego premierem.
Stańczyk dostrzegał problemy jakby niewidoczne dla wielu sobie współczesnych.
– Donald T. umie dobierać słowa, potrafi pięknie mówić, krasząc swoje opowieści obietnicami, których nie dotrzymuje. Tak udało mu się oszołomić duży procent społeczeństwa, które – nie wiem – może nie ma czasu, żeby patrzeć mu na ręce. Ale to się zaczyna powoli zmieniać, co widać było w ostatnich wyborach do europarlamentu, gdzie Polacy przestali już tak masowo popierać PO i wyautowali innego szkodnika polskiej polityki – Janusza P.
Okładka Pana najnowszej płyty „Bando, bando…” profetycznie wysyła rządzącą ekipę w daleką podróż balonem.
– Tak, to jest płyta jakby na pożegnanie tej ekipy. W tytułowej piosence śpiewam: „Bando, bando, rozstania nadszedł już czas”. Oni odlatują z tej naszej „zielonej wyspy” balonem Unii Europejskiej. Myślę, że to „proroctwo” niebawem się spełni. Ale na razie powiem przekornie: idzie ku lepszemu, tylko… dojść nie może. Tu kończę, bo jadę w Dolomity zapalić cygaro. Jeszcze raz wszystkich serdecznie zapraszam w niedzielę, 29 czerwca 2014 r., o godz. 16.00 do Galerii Porczyńskich w Warszawie na mój koncert jubileuszowy „40 lat minęło”.