• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Jak zdobywano „Dziki Wschód”

Wtorek, 29 kwietnia 2014 (19:58)

W dniach, gdy rosyjski orzeł bez większych przeszkód atakuje kolejne bezbronne ofiary, a jego dwie głowy wysyłają starannie przygotowane – i sprzeczne (!) – komunikaty, trzeba nam wracać do pism tych, którzy poznawszy żywioł rosyjski, pozostawili nie tylko obszerne świadectwa martyrologii polskiej, ale także wierny obraz wewnętrznej sytuacji imperium rosyjskiego i sposobów obchodzenia się z innymi narodami. Niepokojące wręcz jest to, że w sytuacji realnego zagrożenia ze Wschodu owi autorzy pozostają bardzo słabo znani bądź nieznani zupełnie. Polska dała światu wyjątkowo liczną rzeszę świadków – bo któryż naród europejski wycierpiał od Rosji tyle co my? Jednak w latach sowieckiej okupacji pamięć o tych autorach i ich dziełach była niszczona z bezprecedensową furią. Skutki destrukcji świadomości historycznej trwają do dziś.

Olbrzymi dorobek pisarski Ferdynanda Ossendowskiego pozostaje ukryty w otchłani zaplanowanego zapomnienia. Młodzież w szkołach wolnej Polski nie słyszy nawet o istnieniu pisarza, którego książki tłumaczono na 20 języków, a w okresie międzywojennym sprzedano w 80 mln egzemplarzy. Dlaczego tak jest? Otóż za swoją książkę pt. „Lenin″, opisującą kulisy rewolucji komunistycznej w Rosji, Ossendowski stał się „osobistym wrogiem Lenina”. Dlatego w PRL wycofywano z bibliotek jego książki, zaś wrogość względem jego dorobku ukazującego prawdziwy obraz komunistycznej hydry jest obecna w niektórych kręgach do dziś. Gdy w 2006 roku na domu, w którym mieszkał, miała pojawić się pamiątkowa tablica, wspólnota mieszkańców postawiła warunek – z tablicy musiało zniknąć słowo „antykomunista”. Jest to godna zapamiętania ilustracja mentalności komunistycznego betonu.

Inny przedwojenny autor prof. Marian Zdziechowski, określany mianem „największego znawcy duszy i mentalności rosyjskiej”, dopiero niedawno powrócił do naszej świadomości dzięki wznowieniom jego książek, ale też nie należy do grona znanych i hołubionych autorów.

Któż natomiast słyszał o Julianie Jasieńczyku – polskim więźniu i zesłańcu, wcielonym później do armii carskiej, autorze książki pt. „Dziesięć lat niewoli moskiewskiej”? W Wikipedii nie ma nawet notki o tym autorze, choć jego wspomnienia okazały się na tyle poruszające, że zostały w 1900 roku przetłumaczone na język angielski i wydane w Nowym Jorku.

Dlatego poniżej przypominamy naszym Czytelnikom kilka fragmentów wspomnień Juliana Jasieńczyka. Nader sugestywnie pokazują one styl rosyjskich podbojów służących powiększaniu i umacnianiu imperium. Płynące z nich ostrzeżenia okazały się prorocze, a ogólne wnioski pozostają aktualne.

Chociaż globalna gospodarka sprzyja wymianie towarowej i przenikaniu się kultur, choć nowoczesny transport zbliża jednostki z różnych kontynentów, różnice cywilizacyjne pozostają i manifestują się w podobny sposób jak w przeszłości. Cywilizacje, jak zauważył Feliks Koneczny, nie mieszają się. Nie można – jak pisał – „być cywilizowanym na dwa sposoby”; „nie ma syntez pomiędzy cywilizacjami”, bo nie jest możliwa synteza sprzecznych etyk. Są kraje, w których spoza fasad demokracji i wolnego rynku nadal wyziera azjatyckie barbarzyństwo. Komunikaty formułowane w gładkich słowach nadal służą uśpieniu czujności ofiary przed nagłym atakiem, zaś pozory cywilizacji łacińskiej okazują się jedynie starannie przygotowaną maską, za którą skrywa się cywilizacja turańska w najczystszej postaci.

Numery stron podajemy wg wydania z 1867 roku dostępnego tutaj.

* * *

W strasznej chwili popełnianego morderstwa nad narodem polskim Europa patrzała spokojnie, a milczenie jej zaostrzało noże oprawców. Sąsiedzi! Temi samemi szponami, coście rozdzierali naród polski, temi samemi szponami zgruchotaliście puklerz, który was bronił i zasłaniał od dzikich najazdów hord azjatyckich. I zdawało wam się w waszej filozofii, że ponieważ potęga hord zniesiona orężem polskim, oręż ten nie jest potrzebnym, i chciwi łupów waleczną dłoń polską poddaliście Moskwie do okucia w kajdany. Niebaczni! Moskwa tęż samą dłoń uzbroi kiedyś żelazem przeciwko wam. Duch Batych, Tamerlanów, Czyngis-hanów nie znikł; on zmienił tylko postać, zamiast kołczana przywdział purpurę carską i zasiadł na dawnym tronie. Kłamstwem, bagnetem i złotem torował sobie drogę do wielkiej rodziny europejskiej, ale obejrzał się poza siebie: tam miliony współbraci Kałniuków, Baszkirów, Kirgizów, Kokańców, Chiwińców, Bucharców, Persów itp. w gnuśnym lenistwie wspominając dawne dzieje, uświęcone legendami, czekają tylko przywódcy i hasła. Patrzcie tylko, jak petersburski Czyngis-han przypominając im bagnetem dawne swe prawa, garnie ich pod siebie i oblicza chwile, kiedy z całą tą masą dzikich hord uderzy na was, i wasze bogate miasta i wasze sioła, i wasze fabryki mieczem i ogniem zamieni na pustynie, a drgające ciała waszych synów i wnuków wleczone na arkanach przez dzikich najeźdźców, w ostatniej chwili pasowania się ze śmiercią rzucać wam będą przekleństwa, rzucać wam będą przekleństwa córki wasze, setkami pędzone do haremów, setkami sprzedawane jak bydło. To przyszłość niedaleka, wielka, świetna, bo to owoc zbrodni. (s. 198)

* * *

Kilkaset niemowląt zniesiono w jedno miejsce, kilka zgrzybiałych kobiet zwleczono tu i zostawiono przy życiu. Zakon wykonany, auł wycięty, tabuny zabrane, namioty zgrabione, reszta obrócona w perzynę.

Biedne kobiety obrane ze wszystkiego, umierając z głodu, musiały patrzeć na straszną śmierć niewinnych istot, rzuconych okrucieństwem barbarzyńskim na powolne konanie i znikąd żadnej pomocy, ani kropli mleka, ani cienia nawet przed palącym słońcem. Setki niewiniątek tarzając się po ziemi nagie, na próżno szukają piersi matki, na próżno wzywają płaczem. Staruszki jęczą, załamują ręce i padają pod brzemieniem strasznej rozpaczy. W parę dni stos trupów świadczył o ludzkości moskiewskiej cywilizacji i opieki, a kolumny posuwały się dalej i wszędzie toż samo barbarzyńskie szerzyły zniszczenie.

Szczególniej odznaczał się Kuźmińskoj. Ten nie pytał nawet, napotkawszy auł, do kogo należy, jacy Kirgizi w nim mieszkają, nie pytał, gdzie Isiedka, bo spotkawszy go, przyszłoby do bitwy; a los bitwy nie zawsze jest pewny. Kuźmińskoj był zanadto praktycznym, by losowi powierzać drogie swe życie; działał oględnie. Auł otaczało kozactwo, Kirgizów zwłóczono do pana pułkownika i wiązano postronkami w jeden nieskończony szereg; na komendę Kirgizi siadali na ziemię zwyczajem wschodnim, a z tyłu kozactwo pałaszami ubiegało się o sławę, ścinając głowy. Z martwą spokojnością, z poddaniem się jak barany na rzeź, schylali głowy Kirgizi pod ostrza kozackie; widząc padającą głowę sąsiada i obryzgany krwią, zaledwie wymówił: Ałłach! Ałłach!

Kobiety jeszcze gorsze przechodziły koleje, zanim wydarto im życie. Tysiące trupów zrzucano w ogromne doły, nad którymi wznoszono żywy kopiec z niemowląt, zawsze pod opieką kilku zgrzybiałych kobiet porzuconych. (s. 200)

* * *

Okrążywszy jeden auł, kozactwo rzuciło się do namiotów zwłóczyć Kirgizów i grabić sprzęty. W aule były gody weselne. W kosztownie przybranym namiocie młoda Kirgizka siedziała u nóg swojego młodego władcy, drobną rączyną pieściła kindżał, tkwiący za pasem małżonka; to pierwsza żona, to pierwsza miłość kochanków, byli szczęśliwi. Ni tętent koni, ni krzyki kozactwa i płacz sąsiadów nie mogły wyrwać ich z zapomnienia. Do tego namiotu zwrócił się młody oficer kozacki za łupem. Spostrzegłszy zbytkownie ubranego Kirgiza, wystrzałem z pistoletu roztrzaskał mu czaszkę. Młoda dziesięcioletnia małżonka spostrzegłszy śmierć męża, wyrywa kindżał zza pasa konającego i jak lwica rzuca się na mordercę cios słabą kierowany ręką, rani go tylko, wtedy wydziera mu drugi pistolet i własną bronią kładzie trupem zbrodniarza.

Na strzały zbiegło się kozactwo; u wnijścia namiotu tarza się trup oficera, młoda Kirgizka na kolanach trzyma głowę konającego męża, rękami pragnie zatamować krew płynącą z rany. Nie widzi tłoczącego się kozactwa, nie słyszy przekleństw. Widok trupów i zapach krwi płynącej rozbudził wściekłość tej dziczy. W godzinę w aule nie pozostało ani jednej żywej duszy, namioty spalone, tabuny zabrane.

W jednym aule Kuźmińskoj dla fantazji żywcem zakopywał w ogromnych dołach Kirgizów, i żadne prośby, jęki, błagania nie wzruszyły tego potwora. Kozactwo w pląsach zwłóczyło ofiary i wrzucało do dołu, pikami podtrzymując podnoszących się, kiedy inni zarzucali ziemią. (s. 200)

* * *

Moskale nie znają własności, u nich wszystko jest czasowem, bo w każdej chwili przyjść może mocniejszy i zabrać. Nie mówią też nigdy: Ja mam konia, mam córkę, mam dom itd., lecz mówią: U mnie jest koń, u mnie jest córka, u mnie jest dom, to znaczy, że wszystko jest tylko chwilowe, przechodnie, a teorię tę wykładał pan pułkownik na praktyce. (s. 201)

GAW