Traktat jak listek figowy
Wtorek, 29 kwietnia 2014 (02:02)Wszelkie zabiegi czy to środowisk w Polsce, czy Polaków z Litwy, by polskie władze poczuły się odpowiedzialne za zapisy traktatu polsko-litewskiego, nie są skuteczne. Niestety, nie widać koniunktury, by w przewidywalnej przyszłości coś się w tej kwestii miało zmienić.
Dwadzieścia lat temu, 26 kwietnia 1994 r., prezydenci Republiki Litewskiej i Rzeczypospolitej Polskiej – Algirdas Brazauskas i Lech Wałęsa podpisali w Wilnie Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy.
Lukrowanie rzeczywistości
Stosunki polsko-litewskie na szczeblach oficjalnych (prezydenckim, rządowym, parlamentarnym) po podpisaniu traktatu nabrały nowej dynamiki. Polsko-litewska współpraca wręcz rozkwitała na polach: gospodarczym (np. umowa o wolnym handlu), kulturalnym (np. umowa z 1998 r. o współpracy między ministerstwami), militarnym (np. utworzenie polsko-litewskiego batalionu LITPOLBAT stacjonującego w Olicie, patrolowanie litewskiego nieba przez polskie lotnictwo).
Co szczególnie ważne, zapanowała – można by powiedzieć – idylla na obszarze polityki. Polska zdecydowanie i efektywnie wspierała litewskie dążenia do członkostwa w NATO i w Unii Europejskiej. Podejmowano próby koordynacji polityki zagranicznej, na przykład wobec Białorusi, Ukrainy, Gruzji, Rosji.
Powołano wspólne ciała robocze, np. Komitet Konsultacyjny przy Prezydentach RP i RL, Radę ds. Współpracy między Rządami Republiki Litewskiej i Rzeczypospolitej Polskiej, Komisję Wspólną Mniejszości Narodowych Litewsko-Polskiej Międzyrządowej Rady Współpracy, Zgromadzenie Parlamentarne Sejmów RP i RL i wiele innych.
Wzajemne kontakty osobistości oficjalnych – prezydentów, premierów, ministrów, parlamentarzystów, spowszedniały na tyle, że rutynowe spotkania były faktycznie ignorowane przez polskie media.
Spektakularnym wyrazem tych zmian są uroczyste obchody kolejnych rocznic uchwalenia Konstytucji 3 maja przez sejmy obu państw podjęte z inicjatywy strony litewskiej – wydarzenia jeszcze do niedawna nie do wyobrażenia.
Przez wiele lat (aż do roku 2009) obie strony – politycy, eksperci, publicyści – określały wzajemne stosunki jako bardzo dobre – „najlepsze w dziejach”. Pod koniec tego okresu zaczęto nawet mówić o strategicznym partnerstwie.
Przyznawano się wprawdzie, że są jeszcze pewne problemy w kwestii położenia mniejszości polskiej na Litwie, jednakże traktowano je jako mało znaczące i niemające istotnego wpływu na wzajemne stosunki. Jeśli nawet dochodziło do kontrowersji, które przedostawały się do opinii publicznej, polscy politycy robili wszystko, by kwestie te wyciszyć.
Tymczasem rzeczywistość stosunków polsko-litewskich była inna. Problemy ludności polskiej dotyczyły bowiem kwestii fundamentalnych.
Katalog win
Przed wielu laty, jeszcze jako ekspert w sprawach litewskich Federacji Organizacji Kresowych, przygotowałem na potrzeby Federacji „Porównanie sytuacji Polaków na Litwie sowieckiej i niepodległej”. Porównanie to było i jest aktualizowane w miarę, jak zmienia się (pogarsza) sytuacja Polaków. Wymienia ono również wymierzone w Polaków działania władz litewskich podjęte już po podpisaniu traktatu. W szczególności do roku 2009:
– wytyczono krzywdzące Polaków granice okręgów wyborczych (tzw. gerrymandering);
– pozbawiono organizacje społeczne prawa wystawiania kandydatów do sejmu RL;
– wprowadzono próg wyborczy dla organizacji mniejszości narodowych;
– ograniczono istotne dla mniejszości uprawnienia samorządu, powierzając je organom władzy państwowej, w takich dziedzinach jak szkolnictwo czy zwrot ziemi;
– uchwalono ustawę o języku litewskim, która faktycznie unieważniła gwarancje językowe zawarte w ustawie o mniejszościach narodowych;
– prowadzono i prowadzi się nadal intensywną kolonizację zamieszkałych przez Polaków obszarów podwileńskich (rozszerzenie Wilna, przekazywanie ziemi będącej własnością Polaków osadnikom litewskim, wykorzystując mechanizm tzw. przeniesienia ziemi);
– pozbawiono Polaków prawa do polskich nazwisk, nadając im litewską formę ortograficzną, a czasami także gramatyczną;
– wprowadzono wyłącznie na Wileńszczyźnie, alternatywny do samorządowego system szkolnictwa podległego urzędnikom państwowym, uprzywilejowany organizacyjnie oraz ekstra finansowany przez budżet państwa;
– wprowadzono dyskryminujący mniejszości narodowe, w szczególności mniejszość polską, system finansowania ich potrzeb.
Warto wiedzieć, że tego typu działalność władz litewskich jest kontynuowana. Prowadzona jest polityka represji (grzywny) za stosowanie dwujęzycznych napisów (polski obok litewskiego) w naz- wach miejscowości, ulic, marszrut autobusowych, a nawet szyldów sklepowych. Wprowadzono zakaz (pod karą grzywny) używania języka innego niż państwowy w urzędach oraz podobny zakaz dla pracowników państwowych spółek (nawet w kontaktach między nimi). Z końcem 2009 r. przestała obowiązywać ustawa o mniejszościach narodowych; uchwalono reformę oświaty, której skutkiem będzie lituanizacja oraz częściowa likwidacja polskiego szkolnictwa.
Jak widać, opowieści o najlepszych w dziejach stosunkach między Polską a Litwą, o małym znaczeniu kwestii położenia mniejszości polskiej na Litwie prezentowały wyraźnie urzędowy optymizm i notorycznie i z premedytacją zakłamywały rzeczywistość. Piszę o premedytacji, ponieważ ci polscy politycy, którzy takie sądy wyrażali, mieli dostęp do pełnej wiedzy o skali dyskryminacji Polaków na Litwie, w tym o łamaniu traktatu. Jeśli jej nie posiadali, to tylko dlatego, że nie chcieli się z nią zapoznać. A w takiej sytuacji niewiedza nie usprawiedliwia.
Powyższego nie piszę bezpodstawnie. I nie chodzi mi nawet o liczne wystąpienia, memoriały, analizy Federacji Organizacji Kresowych czy Wspólnoty Polskiej. Nie chodzi również o wystąpienia i protesty Akcji Wyborczej czy Związku Polaków na Litwie. O skali dyskryminacji Polaków informowały także materiały przygotowywane przez polskie czynniki oficjalne. Oto, dla przykładu: informacja „na temat stosunków polsko-litewskich oraz sytuacji Polaków na Wileńszczyźnie”, dołączona do pisma dyrektora Departamentu Europy Zachodniej MSZ Marka Prawdy z 21 grudnia 1999 r., skierowanego na ręce przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP posła Czesława Bieleckiego.
Informacja wymienia między innymi takie problemy mniejszości polskiej, jak: dyskryminacja polskiego szkolnictwa, sabotowanie reprywatyzacji ziemi, utrudnienia w używaniu języka polskiego w życiu publicznym, brak postępów odnośnie do polskiej pisowni imion i nazwisk, forsowanie reformy administracyjnej prowadzącej do takiego podziału Wileńszczyzny, by Polacy na wielu obszarach utracili większość.
Co więcej, wszystkie te bulwersujące zachowania strony litewskiej były starannie ukrywane przed polską opinią publiczną. Dla polityków różnych opcji niewygodnie byłoby przyznać, że spoiwem „strategicznego partnerstwa Polski i Litwy” – nie widzę powodu, by kwestionować twierdzenia polskich oficjeli i publicystów o takowym – było faktyczne przyzwolenie na dyskryminację Polaków na Litwie.
Zaryzykuję twierdzenie, że przez pierwsze piętnaście lat obowiązywania (do roku 2009) traktat polsko-litewski pełnił funkcję swoistego listka figowego ukrywającego przed polską opinią publiczną koszty „polsko-litewskiego strategicznego partnerstwa”.
Dyskryminacja trwa
Ta nieidylliczna, jak widać, idylla trwała do 2009 roku, kiedy w trakcie XIX sesji Zgromadzenia Poselskiego Sejmów RP i RL strona polska zdecydowanie podniosła kwestie niewykonywania postanowień traktatu przez stronę litewską, co spowodowało, że sesja „zakończyła się nieporozumieniem końcowym” z powodu nieuzgodnienia deklaracji końcowej.
Demonstracyjnym końcem „polsko-litewskiego partnerstwa strategicznego” było odrzucenie przez litewską większość sejmową rządowego projektu, uwzględniającego część polskich postulatów odnośnie do zapisu polskich nazwisk, dokonane w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego kilka dni przed katastrofą smoleńską.
Jednakże nawet po przełomie lat 2009-2010 traktat polsko-litewski nie stał się narzędziem do obrony Polaków na Litwie. Z dwóch powodów.
Po pierwsze, został fatalnie wynegocjowany. Odnośnie do praw mniejszości traktat nie zawiera żadnych mechanizmów instytucjonalizujących takie kwestie, jak kontrola jego przestrzegania, interpretacja jego postanowień oraz rozstrzyganie sporów. Jest wyłącznie deklaracją intencji. Mętną, niekonsekwentną i nieprecyzyjną.
Co gorsza, przynajmniej jedno z jego postanowień sformułowano w taki sposób, by generowało permanentny spór polsko-litewski. Zgodnie z art. 14 traktatu osoby należące do mniejszości narodowych „mają w szczególności prawo do (…) używania swych imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej; szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk zostaną określone w odrębnej umowie”.
To „określanie” trwa już dwadzieścia lat, skutecznie zatruwając stosunki polsko-litewskie.
Przy czym mocne poszlaki wskazują, że nie była to manifestacja niekompetencji jego negocjatorów, lecz działanie jak najbardziej zamierzone. W poprzedzającej traktat Deklaracji polsko-litewskiej znajduje się bowiem zapis: „Rzeczpospolita Polska i Republika Litewska zagwarantują prawo używania przez osoby należące do mniejszości narodowych ich imion i nazwisk w brzmieniu i pisowni języka ojczystego zgodnie z dokumentami przyjętymi przez Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie”. Wystarczyło tylko przepisać.
Ale nie przepisano. Nie wydaje mi się możliwe, by negocjatorzy traktatu ze strony polskiej nie znali treści Deklaracji. Wprawdzie wielokrotnie dawali dowód swojej niekompetencji i ignorancji, ale takie jej natężenie jest jednak niemożliwe.
Po drugie, faktyczna akceptacja przez władze Rzeczypospolitej opresji Polaków na Litwie to rezultat traktowania Polaków na Wschodzie (na Litwie, na Białorusi, na Ukrainie), a także na Zachodzie (w Niemczech) jako przeszkody w ułożeniu sobie idyllicznych stosunków z naszymi sąsiadami przez praktycznie wszystkie liczące się siły polityczne w Polsce. Niezależnie od tego, czy będzie to salonowo-eseldowska polityka demokratyzacji Ukrainy i Białorusi pod egidą Waszyngtonu i Brukseli, czy platformerskie partnerstwo wschodnie pod egidą Berlina, czy neojagiellońska polityka PiS, zawsze Polacy na Wschodzie są przeszkodą.
Nie ma po co ich wzmacniać. Należy ich osłabiać, uzależniać, także finansowo, od decydentów w Warszawie. A jeśli się zlituanizują, zbiałorutenizują czy zukrainizują, to tylko lepiej. Kłopot z głowy.
Adam Chajewski