Znak ciągłości pontyfikatów
Środa, 23 kwietnia 2014 (23:00)Z JE ks. bp. Antonim Pacyfikiem Dydyczem z Drohiczyna rozmawia Sławomir Jagodziński
Wspólna kanonizacja dwóch Papieży, Jana XXIII i Jana Pawła II, to wyjątkowe wydarzenie. Czy poprzez ten fakt Pan Bóg chce nam coś powiedzieć?
– Niewątpliwie Pan Bóg pragnie nam coś ważnego przypomnieć. Kanonizacja Jana XXIII i Jana Pawła II ma szczególną wymowę także w obecnym czasie. Przecież nieustannie jesteśmy świadkami, jak usiłuje się przeciwstawiać sobie kolejnych Papieży. To metoda doskonale znana. Już Jana XXIII przeciwstawiano Piusowi XII, i to bardzo wyraźnie, i trzeba powiedzieć, że bardzo niegrzecznie. Tak jakby chciano zapomnieć, że najwięcej cytatów w encyklikach Jana XXIII pochodzi z wypowiedzi Piusa XII, Papieża o niesłychanie wysokich intelektualnych horyzontach, ale też Papieża, który był Sternikiem Nawy Piotrowej w takich tragicznych czasach, jak II wojna światowa. Przeciwstawienie sobie Papieży, widoczne i dziś, ma na celu osłabienie Kościoła. Dlatego wspólne ogłoszenie świętymi Jana XXIII i Jana Pawła II jest ogromnie istotne z punktu widzenia pedagogiki kościelnej. Podkreśla, że w Kościele jest ciągłość, nie ma tak, że jeden Papież występuje przeciw drugiemu.
Warto jednocześnie zwrócić uwagę, że nie jest to też praktyka nowa w Kościele…
– Już Jan Paweł II wspólnie beatyfikował Piusa IX i Jana XXIII. Zapowiadano, że wkrótce może też być wspólna beatyfikacja Piusa XII i Pawła IV. Wszystko to pokazuje jedność misji Papieży. O tej ciągłości świadczą inne fakty. Zarówno Jan XXIII, jak i Jan Paweł II są z rodowodu Piusa XII, bo zostali przez niego mianowani biskupami. Podkreślam tu postać Piusa XII w sposób szczególny, ponieważ wrogość w stosunku do niego była tak ostra, że atakowano go na wszystkie sposoby. To świadczy o jednym – był wyjątkowo blisko krzyża Chrystusa. Musiał być bardzo denerwującym świadkiem prawdy dla wszelkiego zła, bo mocno nacierpiał się za życia, ale i po śmierci nie dano mu spokoju, organizując kampanię oszczerstw.
Jednak trudno nie zwrócić uwagi na różnice w realizowaniu pontyfikatów przez poszczególnych Papieży.
– Myślę, że do tego, co powiedzieliśmy, warto dodać jeszcze jeden istotny szczegół. Jakkolwiek pontyfikaty poszczególnych Papieży stanowią pewną linię wspólną, to jednocześnie byli oni ludźmi, którzy się od siebie różnili temperamentem, cechami osobowościowymi, predyspozycjami do takich czy innych inicjatyw. Na pewno inne było podejście do różnych spraw Piusa XII, a inne Jana XXIII, inne Pawła VI i inne Jana Pawła II, inne Benedykta XVI i jeszcze inne jest Franciszka. Ta różnorodność, która zawsze charakteryzuje ludzi, nie jest problemem, ale bogactwem Kościoła. Jednocześnie to nie przeszkadza, aby w najistotniejszych sprawach wiary i moralności była ciągłość nauczania papieskiego. Spójrzmy na kwiaty: różnią się oczywiście między sobą, ale wszystkie są tak samo piękne, a w bukiecie wyglądają jeszcze piękniej. Podobnie w Kościele. Pius XII na przykład pochodził z arystokracji rzymskiej, co dało się zauważyć w jego charakterze i temperamencie. Na Stolicy Piotrowej w tak dramatycznym czasie jak II wojna światowa taki człowiek okazał się bardzo właściwy. Przecież uratowanie tylu tysięcy ludzi to była wielka zasługa Piusa XII.
Jego następca Jan XXIII pochodził z ludu, z biednej chłopskiej rodziny wielodzietnej. Nadszedł czas, że potrzebny był właśnie Papież z ludu po to, aby ten lud rozumiał. To Jan XXIII wspominał np., że w dzieciństwie wieczorami tak chciało mu się jeść, że dobierali się razem z rodzeństwem w komorze spiżarki do orzechów, tłukli je i zjadali… Wrażliwość społeczna, która cechowała tego Papieża, była bardzo potrzebna z racji na to, że totalitaryzmy, potem nieludzki kapitalizm, szczególnie w tych swoich wynaturzeniach nastawionych wyłącznie na zyski, okazały się poważnym zagrożeniem dla osoby ludzkiej. Stąd też to zainteresowanie Kościoła kwestiami społecznymi.
Papieża Jana XXIII kojarzy się dziś przede wszystkim z Soborem Watykańskim II. Jednak są środowiska bardzo krytykujące odnowę soborową Kościoła… Na ile dotyka to postaci jego inicjatora?
– Wiadomo, że po I i II wojnie światowej, po jakimś ociosaniu kapitalizmu z tych najbardziej niewłaściwych metod postępowania, po pojawieniu się faszyzmu, potem komunizmu, trzeba było w jakiś sposób także Kościół ubogacić od strony duchowej. Najpierw warto zwrócić uwagę, skąd Papież Jan XXIII zaczerpnął myśl o zwołaniu soboru. Wybrany został w październiku 1958 roku, a już w styczniu następnego wyznał, że ideę odbycia Soboru Watykańskiego II zawdzięcza natchnieniu Ducha Świętego. Ruszyły przygotowania. Pierwsza sesja mogła się odbyć w 1962 roku. Papież brał w obradach żywy udział, choć – jak wiemy – już go nie dokończył. Zrobił to jego następca Paweł VI, co też pokazuje ciągłość pontyfikatów poszczególnych Biskupów Rzymu.
Jeśli chodzi o krytykę soboru, to warto przywołać słowa Ojca Świętego Benedykta XVI, który dotknął istoty problemu. Poprzednik Papieża Franciszka zwrócił uwagę, że musimy odróżniać sobór ojców soborowych od soboru mediów. Chodzi tu o te media, które są nastawione przewrotnie. Tutaj warto zatrzymać się na chwilę na sposobie ich funkcjonowania. To bardzo przykre, ale media bardzo często nie są zainteresowane tym, co się powinno przekazywać, ale kreują własną rzeczywistość. W świecie mediów diabeł pozwala sobie na wiele, przekupstwa, intrygi, o których dowiadujemy się po czasie… To wszystko jest bardzo przykre. Jednak najtragiczniejszy w tym wszystkim jest brak szacunku dla prawdy. A właściwie jest odwrotnie – mamy naigrywanie się z prawdy. Niektóre teksty pojawiające się dziś w prasie możemy porównać z tekstami, które ongiś ukazywały się w „Trybunie Ludu”. Odkryjemy, że sposób myślenia w niektórych rzeczach jest bardzo podobny, jeśli nie identyczny. Dlatego musimy być ostrożni, jak w takich mediach pisze się o Kościele, o soborze, o Papieżu…
Powróćmy w tym kontekście do Soboru Watykańskiego II. Miał rację Ojciec Święty Benedykt XVI, że musimy odczytywać to, co jest dziełem ojców soborowych, a nie mediów. A owocem prac ojców soborowych są dokumenty. Nie można nam w oparciu o media uczyć się soboru, ale trzeba uczyć się soboru w oparciu o źródła. Zresztą, tak jest we wszystkich dziedzinach… Sięgać do źródeł.
Nie można mieć wątpliwości co do zasadności soboru, bo Kościół jest wspólnotą, która się wiecznie odnawia. Istotą Kościoła jest odnawianie się. To odnawianie się od strony wewnętrznej dokonuje się np. poprzez sakrament pokuty, poprzez nawrócenie. Bo niby dlaczego mamy co roku rekolekcje w Adwencie czy w Wielkim Poście? To jest ten czas odnawiania się! Czyli Kościół się odnawia, reformuje się, reformuje się w swoich strukturach, w urzędach, w ludziach. Odnawiając się w ludziach, odnawia się w całości. Trzeba zauważyć, że Kościół także się rozwija, dlatego ten sobór był bezdyskusyjnie potrzebny. I myślę, że pontyfikat Jana XXIII to był też ostateczny czas na jego zwołanie, aby można było zapobiec pewnym sytuacjom, które zaczęły się pojawiać. Stąd też ta nasza wdzięczność dla Jana XXIII, który potrafił tak się wsłuchać w Ducha Świętego i podjął tę decyzję o zwołaniu soboru, mając już przecież 78 lat.
Powiedział Ksiądz Biskup dużo gorzkich słów o mediach, a może i z tego względu sobór był potrzeby, żeby coś powiedzieć o środkach przekazu?
– Otrzymaliśmy jako owoc prac soborowych bardzo dobry dokument: dekret o środkach społecznego przekazywania myśli „Inter mirifica”, w którym podkreślona została sama istota mediów. Te wszystkie narzędzia, instrumenty, nowe technologie, którymi możemy się posługiwać i które pozwalają nam się dość szybko porozumiewać, to nie są mass media, czyli inaczej mówiąc, środki kierujące masami, przewracające w głowach masom, ale to są środki społecznej komunikacji. Mamy tu zwrócenie uwagi na zupełnie inną misję: naczelnym zadaniem mediów powinno być komunikowanie ludziom prawdy.
Ukazywanie wydarzeń i opinii o nich powinno się odbywać z poszanowaniem prawdy, a proporcje ukazywania rzeczy pozytywnych i negatywnych w świecie powinny odpowiadać rzeczywistym proporcjom, z jakimi spotykamy się w rzeczywistości.
Tuż przed rozpoczęciem soboru Jan XXIII powiedział, że czym innym jest depozyt wiary, a czym innym sposób jej wyrażania. Czy nie to było istotą soboru o Kościele?
– Już Pismo Święte mówi, że ani jedna jota nie zostanie zmieniona co do istoty, ale też oczywiście trzeba iść i szukać nowych sposobów przekazywania Ewangelii. Pan Jezus mówi: Idźcie na cały świat i szukajcie, czyli tu trzeba mieć cały czas oczy otwarte. Nie patrzeć na to, że gdzieś może być bardzo dużo „błota”. Tam też trzeba docierać. Bo jeśli choć jedna owieczka mogłaby zginąć, to trzeba ją odnaleźć i ratować.
Bardzo ciekawe jest także to, że Jan XXIII zawierzył prace soborowe Matce Bożej i św. Franciszkowi, pielgrzymując osobiście do Loreto i Asyżu. Już samo opuszczenie Rzymu było wówczas wielkim wydarzeniem…
– To były dwie pielgrzymki w 1962 r., które odbyły się w niewielkim odstępie czasowym. Poprzez nie Papież podkreślił też, że to już koniec pewnego rodzaju konfliktu, jaki miał początek po zajęciu Wiecznego Miasta przez laickie ówczesne państwo włoskie. Ale to już inny temat… Pierwsza pielgrzymka odbyła się do Asyżu 4 października, druga 11 października, w obchodzone jeszcze wtedy święto Macierzyństwa Matki Bożej. Ojciec Święty miał niezwykłą intuicję. Zaprosił św. Franciszka z Asyżu do uczestnictwa w soborze, bo potrzebna była taka postawa, taka Franciszkowa wrażliwość na wszystko, co dotyczy Kościoła. A potem przybywa do Matki Najświętszej, która uczy nas mówić „tak” Bożym natchnieniom, żebyśmy potrafili realizować ten Boży zamysł w stosunku do nas, jak Ona to zrobiła. Bo chodzi o życie na Jej wzór, zarówno w wymiarze osobistym, jak i ogólnokościelnym.
Warto zatrzymać się przez chwilę na ruchu ekumenicznym. Skąd u Jana XXIII taka wrażliwość na jedność chrześcijan?
– Z pewnością jednym z motywów tej wrażliwości było to, że był przedstawicielem apostolskim w prawosławnej Bułgarii. Zetknął się wtedy bezpośrednio z sytuacją podzielonych chrześcijan. Drugi motyw też warto tu podkreślić. To były czasy, kiedy prawosławie było rzeczywiście w strasznym dołku. Bo na terenie ZSRS wymordowano ogromnie dużo ludzi. Krew prawosławnych i katolików się połączyła, bo nie tylko katolicy byli tam niszczeni, ale i prawosławni. Setki biskupów prawosławnych oddało życie, tak więc to była bardzo trudna sytuacja. Z kolei na terenie Turcji patriarchat był symboliczny, dlatego te spotkania i otwarcie się na Kościół katolicki z ich strony było jakby szukaniem jakiegoś ratunku. Pan Bóg tak pokierował, że Papieżem został wtedy Jan XXIII, który to rozumiał. Stąd powołanie choćby Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan i ekumeniczny wymiar Soboru Watykańskiego II.
Jan XXIII był bardzo związany z Polską. Dlaczego?
– Jan XXIII był bardzo mocno związany z historią Polski. Trzeba tu wrócić do czasów Powstania Styczniowego, w którym brali udział przedstawiciele różnych narodów Europy. Część Włoch należała wówczas do cesarstwa austro-węgierskiego. Jeden z Włochów, którzy brali udział w powstaniu, pochodził z tej samej wioski, co Jan XXIII. Tam ludzie przekazywali sobie opowieści o tych walkach i przyszły Papież bardzo dobrze znał historię powstańczych zmagań Polaków. Opowiadania o bohaterskim Narodzie Polskim, który walczył o wolność, często gościły w jego domu. Nic też dziwnego, że w czasie spotkania z polskimi biskupami, którzy przybyli do Rzymu na sobór, Papież powiedział, że czuje się spowinowacony z nimi, gdyż już z domu rodzicielskiego wyniósł wielką cześć dla Polski.
Zresztą bardzo lubił też „Trylogię”, do której często nawiązywał. Wspominał, że jako alumn w seminarium czytał Sienkiewicza. Bardzo wielką cześć żywił dla Wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej, której obraz wisiał nad jego klęcznikiem.
Trzeba tu wspomnieć też przyjaźń, jaka łączyła go z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Prymas Tysiąclecia został mianowany kardynałem w 1953 r., ale kapelusza kardynalskiego nie mógł odebrać przez działania komunistycznych władz. Do Rzymu mógł udać się dopiero w 1957 roku. Jadąc tam pociągiem, zatrzymał się w Wenecji i tam odbyło się to pierwsze spotkanie ks. kard. Roncallego, patriarchy Wenecji, z naszym ks. kard. Wyszyńskim. Było to niezwykle życzliwe spotkanie, patriarcha sam oprowadzał go po Wenecji, razem z ks. kard. Wyszyńskim gondolą pływał po kanale Grande. Ale przede wszystkim rozmawiali o problemach, które nurtowały Polskę. Wiadomo, że tym się kardynałowie ze świata interesowali. To było pierwsze spotkanie, potem doszło do konklawe. Przypuszczam, że ks. kard. Wyszyński nie miał wątpliwości, na kogo trzeba głosować…
Jest jeszcze coś bardzo wymownego, jeśli chodzi o Jana XXIII i Polskę. Jego sekretarz ks. Loris Francesco Capovilla, dziś już kardynał, którego znam, przysłał mi pewien tekst odnaleziony w brewiarzu Jana XXIII. Był to hymn zaczerpnięty z poezji francuskiego kapłana, filozofa i poety ks. H. Lamennais’go. Ten utwór napisany po Powstaniu Listopadowym to piękna romantyczna pieśń o Polsce: „Polsko, Ty śpisz, ale nie, nie usypiaj, przed Tobą ta przyszłość, Matka Boża, która się Tobą, Polsko, opiekuje, patrz na Krzyż, z tym Krzyżem patrz na Wschód…”. Jan XXIII miał to u siebie, ponieważ wcześniej był nuncjuszem w Paryżu i poznał twórczość tego księdza, który należy do wybitnych myślicieli, w rodzaju naszego ks. Piotra Skargi. Najważniejsze, że to było w brewiarzu papieskim, więc Ojciec Święty musiał to często odmawiać. To świadczy, że ta pamięć o Polsce była bardzo żywa u Ojca Świętego.
Nazywany Dobrym Papieżem Jan XXIII słynął też z dużego poczucia humoru…
– Jego sekretarz podkreślał, że Jan XXIII był człowiekiem bardzo wrażliwym, który naprawdę odczuwał te wszystkie dramaty, jakie dotykały ludzkość. Ale umiał dostrzec też każdego pojedynczego człowieka. Opowiadał kiedyś o tym, jak do Jana XXIII po raz pierwszy po iluś setkach lat przybyła królowa angielska z dziećmi. Papież bardzo serdecznie ich pozdrowił i zwrócił się do jej królewskiej mości, aby przedstawiła swoje dzieci po imieniu. Stwierdził, że choć te imiona zna, to w ustach matki nabierają one innego dźwięku i znaczenia. To są subtelne rzeczy, ale świadczą o wielkiej kulturze i delikatności Jana XXIII.
Ten Ojciec Święty odznaczał się ogromną prostotą i rzeczywiście jest bardzo wiele humorystycznych opowiadań na jego temat. To jego mieli zapytać amerykańscy biznesmeni, którzy przybyli do Rzymu z jakąś wizytą, ile osób pracuje w Watykanie. On odpowiedział, że być może połowa. Inna sytuacja: była opinia, że Jan XXIII nie był urodziwy. Kiedyś, gdy był niesiony w lektyce, bo był schorowany i niemało ważył, jakaś kobieta spontanicznie powiedziała na głos: „Ale on brzydki”. Papież odwrócił się i miał powiedzieć: „Niech pani nie myśli, że konklawe to konkurs piękności”. Z Ojcem Świętym związanych jest dużo takich pogodnych opowieści, ale są też głębsze. Niedziela rano, plac Świętego Piotra, pusty, wokół urzędy watykańskie. Ojciec Święty Jan XXIII podchodzi do okna, patrzy na plac. Sekretarz jest przy nim. Widzą, jak przez plac przechodzi chłopiec z dziewczyną. Młodzi trzymają się za ręce, Papież spogląda na nich i udziela im błogosławieństwa. Oni nawet nie wiedzieli, że Kościół im pobłogosławił. Tu dała o sobie znać ta piękna cecha Jana XXIII – potrafił błogosławić w Kościele wszystkim.