• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Obóz śmierci w Przedzielnicy

Piątek, 18 kwietnia 2014 (02:05)

Przedzielnica to miejscowość położona na terenie Ukrainy, około 2 km od Nowego Miasta, blisko granicy z Polską. Tu w 1941 r. został zorganizowany Niemiecki Zakład Karny w Przedzielnicy jako karna kolonia rolnicza o bardzo surowym rygorze. Funkcjonował do 27 lipca 1944 roku. Przez cały ten czas przebywało w nim łącznie około dwóch tysięcy mężczyzn i pięciuset kobiet.

Więźniami byli Polacy i Ukraińcy, wśród nich skazani za działalność niepodległościową lekarze, księża, adwokaci, urzędnicy, robotnicy, miejscowi rolnicy ukarani z powodu tajnego uboju, handlu mięsem i nieoddawania kontyngentów, kryminaliści. Do obozu kierowano więźniów z Warszawy, Tarnowa, Jasła, Przemyśla, Zakopanego i innych miejscowości, m.in. Krakowa i Oświęcimia.

Pierwszy transport w liczbie osiemdziesięciu osób przybył z Niemieckiego Zakładu Karnego w Rzeszowie w drugiej połowie listopada 1941 r., a wraz z nimi kilku tamtejszych polskich strażników, jeden strażnik niemiecki oraz ówczesny kierownik rzeszowskiego więzienia, który funkcję tę pełnił również w Przedzielnicy. W tym samym czasie przyszedł transport z więźniami i strażnikami z Krakowa.

Jesienią 1942 r. przywieziono do Przedzielnicy transport siedemdziesięciu więźniów politycznych z więzienia na Montelupich w Krakowie. Do kwietnia 1943 r. z grupy tej pozostało szesnaście osób, a w sierpniu tegoż roku żyły tylko dwie. Reszta zmarła z głodu lub została dobita podczas ciężkiej pracy na folwarku.

Bezpośrednio z więzienia na Pawiaku w Warszawie przyjechały dwa lub trzy transporty. Z początkiem 1943 r. z więzienia w Tarnowie został skierowany do Przedzielnicy transport 30-40 więźniarek. Czasami przychodziły dwa transporty więźniów w miesiącu, a czasami jeden na dwa miesiące. Częściej pojawiało się po kilku lub kilkunastu skazanych z więzień w Rzeszowie i w Przemyślu.

Za drutami

Niemiecki Zakład Karny w Przedzielnicy zajmował trzysta do czterystu hektarów gruntu z dworem, w którym przed wojną mieścił się Zakład Poprawczy dla Nieletnich. Do więzienia prowadziła brama, w jej górnej części widniał napis: „Niemiecki karny obóz pracy”, zwany przez miejscowych „obozem śmierci”. Całość stanowił kompleks budynków z czerwonej cegły, nad którymi powiewała hitlerowska flaga ze swastyką. Budynki były ogrodzone murem wysokości około dwóch metrów i drutem kolczastym. Tuż za bramą wejściową rozciągał się podjazd obsadzony krzewami, wśród nich stały wieżyczki – kolumny na wysokość człowieka, które wykorzystywano jako bunkry – karcery dla więźniów. Dalej znajdowały się wartownia i budynek, w którym mieściły się kuchnia i magazyn oraz mieszkały kobiety więźniarki.

W części administracyjnej oddzielonej murem stało kilka budynków murowanych, w których mieszkała niemiecka administracja więzienna oraz strażnicy. Obok mieściła się stołówka, sklep i garaże na samochody osobowe. Z części administracyjnej przechodziło się przez bramę do części więziennej.

Główny obiekt więzienia stanowił murowany, trzykondygnacyjny (sutereny, parter i pierwsze piętro) budynek z wejściem od strony podwórza. Była w nim kaplica, szybko rozebrana na polecenie Niemców. W suterenach znajdowały się: piekarnia, dwie duże cele więzienne i pomieszczenie dla zmarłych. Na parterze wzdłuż całej jego długości ciągnął się korytarz, z którego wchodziło się do sześciu lub ośmiu dużych, ciemnych cel (dawne okna weneckie zamurowano, zostawiając małe okienka zakratowane stalową siatką). Do cel wchodziło się przez wąskie drzwi obite blachą z judaszem do podglądania więźniów. Każda cela przeznaczona była dla ośmiu do dziesięciu osób, grupowano w nich skazanych w zależności od zajęć, jakie wykonywali w więzieniu. W niektórych celach pozostawiono dawne, stare piece z kolorowych kafli, ale nigdy w nich nie palono. Na piętrze mieściły się: izba chorych, drukarnia i koperciarnia, gdzie pracowali więźniowie. Dwie cele przeznaczono na tzw. ciemnicę. W tym budynku przebywali mężczyźni.

Obok budynku więziennego znajdowały się: elektrownia i ślusarnia, garaże dla samochodów ciężarowych i stajnia dla konia (wierzchowca kierownika więzienia). Za płotem rozciągało się duże gospodarstwo folwarczne składające się z trzech obszernych stajni i stodoły, ponadto były tu spory sad i ogród warzywny oraz dwie duże cieplarnie, w których hodowano jarzyny. Całe to gospodarstwo było uprawiane przez więźniów pod nadzorem strażników. Wszystkie płody z gospodarstwa rolnego i sadu przeznaczano na sprzedaż.

Niewolnicy III Rzeszy

Przyjęcie więźnia zaczynało się od osobistej rewizji. Wszystkim nakazywano rozebrać się do naga i oddać pieniądze, scyzoryki, papierosy, wszelkie paski. Następnie zarówno kobietom, jak i mężczyznom golono głowy, a potem według listy prowadzeni byli do magazynu, gdzie otrzymywali „komplet rzeczy rządowych”, a mianowicie podartą i brudną koszulę, krótkie kalesony cajgowe lub drelichowe, spodnie z szerokim czerwonym lampasem i bluzkę cajgową bez podszewki z czerwonym krzyżem na plecach. Niektórzy dostawali okrągłą czapkę z podszewki.

Na drugi dzień więźniowie – kobiety i mężczyźni, kierowani byli do kuźni. Tu zaczynał się kolejny etap gehenny – w barbarzyński sposób zakładano im na nogi ciężkie kajdany, które ważyły od ośmiu do szesnastu kilogramów. Kajdany zakuwano na silne, grube nity, przy czym bardzo często więźniowie dostawali po kilka uderzeń „niechcący” młotkiem w nogi. Gdy kajdany zanitowano zbyt ciasno, wówczas więźniom puchły nogi, powiększając ich cierpienia. W kajdanach mieli pracować w drukarni, w zecerni, a w najgorszym razie na tzw. feld – przy robotach polowych. Kajdany były zakładane na stałe, w nich więźniowie pracowali i spali, w związku z czym nie mogli zdjąć spodni. Niektórzy, mimo że było to karane, przecinali spodnie z boku wzdłuż szwu, a na dzień wiązali sznurkami.

W celach więźniowie spali na podłodze, najczęściej na zawszonych siennikach. Na ścianach znajdowały się żelazne kółka, do których ukarani więźniowie byli przykuwani za kajdanki założone na rękach. W pomieszczeniach nie było kanalizacji, w kącie znajdowała się beczka, nieprzykrywana, służąca do załatwiania potrzeb fizjologicznych. W lepszej sytuacji byli ci, którzy pracowali w drukarni i koperciarni, bo tam była woda potrzebna do umycia rąk z kleju. Więźniowie wykorzystywali to i gdy tylko zostali zamknięci przez strażnika, mieli możliwość po kryjomu skorzystać z kąpieli.

Przed Świętami Wielkanocnymi 1943 roku więźniowie w kolumnach zostali wyprowadzeni prawie nago z cel. Zarządzono im kąpiel w zimnej rzece przepływającej koło Nowego Miasta. Pobyt w lodowatej wodzie, w której musieli przebywać przez całą godzinę, zdziesiątkował ich.

 

O chlebie i wodzie

Więźniowie pracowali cały dzień na polu przy uprawie buraków i brukwi, bez względu na porę roku i pogodę. Kosili, zbierali liście z rośliny przeznaczonej na zupę, rąbali drzewo, które przeznaczone było do produkcji gazu drzewnego (używanego w samochodach więziennych). Praca trwała od świtu do późnej nocy, bez zapłaty, za łyżkę strawy.

Racje żywnościowe były bardzo skromne, śniadanie składało się z lury zwanej kawą i czarnego chleba przeznaczonego dla czterech osób. Świętem było, jak więźniowie dostali marmoladę. Na obiad i kolację otrzymywali zieloną zupę zwaną „mangol”, z rośliny podobnej do tataraku, ale o szerszych liściach. Zielsko to bardzo szybko rosło na tamtejszych polach, jego smak był nie do przyjęcia.

Początkowo więźniowie mogli przyjmować od rodziny paczki żywnościowe (więźniowie miejscowi żyli tylko z tego, co otrzymali od rodziny), ale kiedy zdarzały się przypadki przekazywania pieniędzy, wprowadzono zakaz. Od tej pory nie wolno było podawać legalnie żadnych paczek. Otrzymany chleb często krojono na kilka części i rozdawano innym więźniom, bądź przeznaczony był na tzw. zupę chlebową do wspólnego kotła. Żadne tłuszcze nie trafiały do więźnia.

W zasadzie obowiązywał zakaz korespondencji. Z czasem tylko więźniowie za dobre zachowanie mogli sporadycznie pisać do rodziny.

Za palenie papierosów groziło siedem dni karceru i ograniczenie posiłków do chleba i wody. W bunkrze – karcerze więźniowie nie mogli ani usiąść, ani leżeć. Jeżeli Niemcy chcieli bardziej udręczyć zamkniętego w wieżyczce, wówczas obniżali górny pułap pomieszczenia i wtedy więzień musiał stać w pozycji pół zgiętej. Była to kara bardzo dotkliwa. Natomiast, gdy strażnicy poczuli w celi zapach papierosa, wówczas cała grupa miała post przez trzy dni (bez chleba i zupy).

Więźniom pomagała miejscowa ludność. Często na polach zostawiali w garnkach gorące ziemniaki. Zauważona pomoc miejscowej ludności kończyła się karą, polegającą na biciu więźnia po bokach i głowie pałką.

 

Codzienna udręka

Ludzie umierali z wyczerpania i głodu, bestialskiego bicia. Więźniów dziesiątkowały choroby –prawie 75 proc. z nich chorowało na wrzody, zrosty, różnego rodzaju ropienie z brudu i złego odżywiania. Chorych z wysoką temperaturą zamykano do jednej celi zwanej szpitalną wykańczalnią, chociaż często, mimo gorączki, musieli normalnie pracować, mdlejąc z wyczerpania. Co drugi chorował na grypę i zapalenie płuc. Codziennie umierało kilku więźniów. Zwłoki umieszczano w osobnym pomieszczeniu, a wieczorem przyjeżdżał grabarz z Nowego Miasta i wywoził je na tamtejszy cmentarz.

Z zachowanego Rejestru więźniów Niemieckiego Zakładu Karnego w Rzeszowie wynika, że w okresie od 1 kwietnia 1943 r. do 31 marca 1944 r. w Przedzielnicy zmarło czternastu więźniów ustalonych z nazwiska.

Straż więzienna składała się z około trzydziestu osób. Była wśród nich duża rotacja, zwłaszcza wśród strażników z Rzeszowa, którzy brali udział w organizowaniu Niemieckiego Zakładu Karnego w Przedzielnicy, a potem wrócili do Rzeszowa. Oprócz nich służbę pomocniczą pełnili funkcjonariusze Sonderdienstu. Na stałe było ich czterech, a w razie potrzeby przyjeżdżało więcej.

Do pracy w polu więźniów najczęściej prowadzili Ukraińcy. Wcześniej wszyscy poddawani byli szczegółowej rewizji. Nie wolno było mieć żadnego papierosa, zapałek, ołówka, notesu. Kiedy podczas pracy zakuty w kajdany więzień upadał, mdlejąc, wówczas strażnik, przykładając karabin, zmuszał go do podniesienia się, a jeśli więzień nie dał rady wstać, uderzeniem karabinu w głowę lub strzałem dobijał go. Kary były różne. Stosowano je na przykład za złe stanięcie na apelu lub niewykonanie normy pracy. Wówczas wprowadzano zakaz korespondencji, odbierano paczki, bito lub skazywano więźnia na karcer.

Co dwa tygodnie na placu obozowym odbywała się generalna zbiórka więźniów. Oglądano ich, selekcjonowano i na drugi dzień zwykle od czterdziestu do pięćdziesięciu młodych mężczyzn szło do kamieniołomów pod Chyrowem. Najsilniejsi nie wytrzymywali tej pracy dłużej niż trzy miesiące, mimo iż tamtejsza firma niemiecka dawała lepsze racje żywnościowe i po siedem papierosów na więźnia. Umieralność była duża. Na skutek katorżniczej pracy więźniowie doznawali wielu urazów: mieli połamane nogi, ręce, uszkodzone kręgosłupy.

Wiadomo, że więźniowie podejmowali próby ucieczki, np. jednego dnia zbiegło piętnaście osób. Najpierw jednemu z więźniów szczupłej postury udało się zdjąć kajdany, potem unieruchomił strażnika i pomógł rozkuć się pozostałym. Trzynastu więźniów uciekło. Dwóch zostało schwytanych i osadzonych z powrotem w więzieniu. Zmarli po kilku dniach katowania, zaś w stosunku do innych więźniów zostały wzmożone restrykcje – zmniejszono im racje żywnościowe lub zupełnie pozbawiono jedzenia przez pięć dni.

Za próbę ucieczki wieszano na szubienicy, która stała naprzeciw wejścia do głównego budynku więziennego. Czasami zwłoki wisiały przez tydzień dla odstraszenia innych. Jak ustalono w śledztwie, w więzieniu zdarzały się próby samobójstwa. Ustalono trzy tego typu przypadki.

Pod koniec 1943 r. w Przedzielnicy pojawiła się komisja składająca się z kilku wyższych rangą oficerów niemieckich z generalnym gubernatorem Hansem Frankiem. Nastąpiła gruntowna wizytacja zakładu karnego, a po niej warunki obozowe, zwłaszcza higieniczne, nieco się polepszyły.

Ewakuacja więzienia zaczęła się w styczniu 1944 roku. Zaczęto masowo wywozić transporty z więźniami w kierunku Nowego Miasta, przeważnie nocą. Samochody szybko powracały, w związku z czym domyślano się, iż więźniowie rozstrzeliwani byli w pobliskim lasku. W lutym 1944 r. zaczęto likwidować warsztaty, a osoby tam pracujące zabrano do pracy na folwarku.

Przed nadejściem Armii Czerwonej zaczęła się ewakuacja. Transporty z maszynami odchodziły w kierunku Krakowa, pomagali przy tym więźniowie – już rozkuci. Podczas transportu niektórym udało się zbiec.

Śledztwo

Postanowieniem z 11 grudnia 1980r. była Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Rzeszowie wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych w niemieckim Zakładzie Karnym w Przedzielnicy. W wyniku śledztwa ustalono trzynastu funkcjonariuszy tego zakładu karnego, którzy w okresie od jesieni 1941 r. do 27 lipca 1944 r. doprowadzili do śmierci znacznej ilości więźniów.

Śledztwo w tej sprawie zawieszono postanowieniem z 28 czerwca 1982 r., ponieważ – jak stwierdzono – ustaleni sprawcy tych zbrodni mieszkają poza granicami Polski i stąd dalsze postępowanie karne jest niemożliwe.

Śledztwo to jest jednym z wielu zawieszonych postępowań, przejętych przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Rzeszowie po likwidacji w 1999 r. Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Rzeszowie, która nastąpiła w związku z powołaniem Instytutu Pamięci Narodowej. Postępowania te są sukcesywnie podejmowane z zawieszenia i kontynuowane przez prokuratorów pionu śledczego Oddziału IPN w Rzeszowie.

Maria Różańska, Oddział IPN w Rzeszowie