Ostatni wyrok
Wtorek, 4 marca 2014 (02:01)„Jak uczciwemu człowiekowi postępować należy, żeby sobie niezależne stanowisko w społeczeństwie wyrobić, zasłużyć na tegoż uznanie, oraz jak mu służyć – jest obowiązkiem każdego składającego ten święty łańcuch, co się narodem nazywa” – pisał w roku 1887 Feliks Brochocki, szlachetny polski ziemianin, powstaniec styczniowy. Często wracam myślami do tych słów.
Aleja Niepodległości, Koszykowa, Chałubińskiego, Oczki, Nowowiejska i Sucha (dziś Krzywickiego). To jeszcze Śródmieście albo już Ochota. Przejeżdżam tramwajem ulicą Nowowiejską regularnie od 60 lat! Wpierw, w strasznych latach stalinowskich, przyjeżdżałem tu jeszcze z Gdyni, zawsze pełen lęku. Zaczynałem marszrutę z placu Narutowicza, potem obok starynkiewiczowych filtrów na ulicę Suchą, do szarego gmaszyska Naczelnej Prokuratury Wojskowej.
„Sprawiedliwość socjalistyczna”
To właśnie tam, w pierwszych dniach stycznia 1953 r., po zakomunikowaniu mi, wówczas 15-latkowi, że dokonano mordu sądowego na moim Ojcu, płk Stanisław Zarakowski zadał mi do dziś złowrogo brzmiące w moich uszach pytanie: „Czy wierzysz w sprawiedliwość socjalistyczną?”. Osłupiałem! I choć niebawem miałem się ubiegać o wcześniejsze dopuszczenie mnie do matury, odpowiedziałem ze ściśniętym gardłem: „Nigdy w nią nie wierzyłem, nie wierzę i nigdy nie uwierzę!”. Zabrakło mi wszakże odwagi, aby wychodząc z przestronnego gabinetu, trzasnąć za sobą drzwiami…
Trzy lata później, w czasie „odwilży”, na Nowowiejskiej składaliśmy całą naszą rodziną pierwsze wnioski o ukaranie winnych zbrodni, o podanie do wiadomości publicznej morderstwa sądowego, o ekshumację.
Później, w trwającym długie lata milczeniu i ukrywaniu przez reżim zbrodni na narodzie, jeździłem Nowowiejską na Politechnikę, a do strasznego gmaszyska uczęszczałem na „studium wojskowe”. Jeszcze później przyjeżdżałem tu tramwajem ze Wschodniej Ściany, chodziłem pieszo z Alei, przez ostatnich 30 lat jeździłem „15” Marszałkowską i Nowowiejską z Żoliborza.
Sądy nierychliwe
U progu „trzeciej niepodległości” bywałem tam znowu częściej. Żądałem dopuszczenia mnie do przechowywanych w gmaszyskach akt śledztwa i procesu Siedmiu Komandorów. Nad opasłymi tomami ślęczałem godzinami. Dopingowałem mjr. Bogdana Włodarczyka, młodego wówczas prokuratora NPW, by się nie dawał adwokatowi Witoldowi Rozwencowi – sprytnemu obrońcy komunistów, wśród nich Zarakowskiego. Złożyłem w NPW, z pomocą senatora Piotra Łukasza Andrzejewskiego, wniosek o aresztowanie byłego naczelnego prokuratora wojskowego i – jeśli rzeczywiście chorował – o osadzenie go w szpitalu więziennym. Niestety, wniosek nasz został oddalony.
Również w późnych latach 90. bywałem często na Nowowiejskiej, głównie na rozprawach Mikołaja Kulika, oprawcy marynarzy, funkcjonariusza okrutnej, gdyńskiej Informacji Wojskowej.
Kontaktowałem się z historykami zajmującymi się zbrodniami komunistycznymi: dr. Tadeuszem Skutnikiem, dr. Tadeuszem Swatem, prof. płk. Jerzym Poksińskim, prof. kmdr. Czesławem Ciesielskim, dr. por. Zbigniewem Palskim. Zacząłem też sam pisać i z rzadka publikować w prasie.
„Po co to wszystko?”
Niektórzy znajomi dziwili się tym moim zajęciom pozauczelnianym. Niekiedy wyznawcy moralnego relatywizmu uciekali się nawet do krytyki niecodziennych moich zainteresowań i „trwonienia czasu”… Mawiali: „Zamiast tak biegać na Nowowiejską i na plac Krasińskich, lepiej byś zrobił habilitację”…
No cóż, nie czytali tych dwóch krótkich listów, które napisał do mnie Ojciec z Mokotowa, oczekując w celi na śmierć…
Wypełniając przekazaną mi w listach wolę Ojca, starałem się w życiu tak postępować, by zawsze zachowywać się przyzwoicie i odpowiedzialnie, bez ociągania się zabiegać o prawdę i sprawiedliwość. A to oznacza także: o ekshumację i godny pochówek Komandorów.
W „państwie prawa”
Wiosną 2011 roku zakończył się przed Wojskowym Sądem Garnizonowym na Nowowiejskiej, wlokący się od dobrych kilku lat – proces oprawców z wojskowych służb informacyjnych. Główny Zarząd Informacji, mieszczący się w gmachu położonym na przedłużeniu al. Niepodległości, na rogu Chałubińskiego i Oczki, był w latach 40. i 50. najstraszniejszą, zbrodniczą organizacją, funkcjonującą pod dyktando Iwana Sierowa w pojałtańskiej Polsce. Kierowany bezpośrednio z Moskwy przez przysłanych tu oficerów NKWD Dymitra Wozniesienskiego i Antona Skulbaszewskiego, wspomaganych przez wojskowy aparat sądowniczy z Wilhelmem Świątkowskim. Tam właśnie zaprojektowano, wyreżyserowano i zrealizowano odrażającą zbrodnię pod nazwą „Spisek w wojsku”.
Ujawnione wreszcie przed sądem zbrodnie komunistyczne, popełnione na wyższych oficerach Marynarki Wojennej, w ramach jednego z procesów odpryskowych owego „spisku”, solidnie udokumentowane przez prokuratora IPN Piotra Dąbrowskiego, zakwalifikowane zostały wreszcie jako zbrodnie przeciw ludzkości.
Od dawna dopominałem się o taką kwalifikację.
Już z samym rozpoczęciem spóźnionego procesu były poważne kłopoty. Zszedł bowiem z tego świata kolejny z sześciu oprawców oficerów Marynarki Wojennej. Był rok 2008. Przez dwa kolejne lata zaniechań, marazmu i dezorganizacji na Nowowiejskiej, 11 marca 2010 r. Sąd Garnizonowy zajął się sprawą pięciu pozostałych oskarżonych i wreszcie wydał wyrok po upływie już „tylko” trzynastu miesięcy. Wyrok ogłoszono 6 maja 2011 r. Jako jeden z nielicznych obecnych na sali sądowej ze statusem pokrzywdzonego, wysłuchałem czytanego przez mjr Agnieszkę Kobylińską uzasadnienia.
Uważałem zawsze, że wyegzekwowanie od władzy publicznej skazania za zbrodnie, niezależnie od odległości w czasie popełnionych przestępstw, było i będzie zawsze konieczne dla moralnej „higieny” społeczeństwa – jeśli poważnie myślimy o zdrowej wspólnocie narodowej i państwie prawa!
Każdemu człowiekowi należy dać możliwość poznania i uzmysłowienia sobie stanu jego człowieczeństwa. Należy dać szanse ekspiacji, wyrażenia żalu za winy, zadane cierpienia i wyrządzone krzywdy. Przy okazji procesów – funkcjonariuszy również ich dzieciom i wnukom trzeba dać szanse poznania prawdy – nawet gdy jest wstydliwa i bolesna. Jest to warunek ich świadomej przynależności do wspólnoty.
Można ubolewać, że wszystkie te, jednoznacznie określone dziś i ogłoszone publicznie fakty, docierają do Polaków z takim strasznym opóźnieniem. Moje doświadczenia z aparatem śledczym III RP i z salą sądową pokazywały permanentny brak „woli politycznej” w tropieniu i wskazywaniu ewidentnych zbrodni komunistycznych, obnażyły opieszałość w ściganiu oprawców i odwlekanie ponad miarę przez niezreformowany aparat sądowniczy rzetelnego dociekania sprawiedliwości. Ujawniły też wciąż powszechny, acz skrywany brak świadomości ogromu popełnianych zbrodni, demoralizację komunistycznego aparatu ucisku i zatwardziałego uporu w trwaniu na pozycjach ideologicznych, przywleczonych ze Wschodu.
Buta
Taka postawa, wzmacniana zatrważającym marazmem i milczeniem społeczeństwa, grubokreskową ślepotą i wygodną pobłażliwością nowej władzy, rodziły u oprawców tchórzliwą ucieczkę od odpowiedzialności i całkowity brak pokory, ekspiacji. Ba, niekiedy wręcz chamstwo i wyzywającą butę, nierzadko ewidentną (nie karaną…) obrazę sądu! Przykładem niekończących się, nieporadnych, koszmarnych rozpraw jest sprawa zdeklarowanej swołoczy z gdyńskiej Informacji Wojskowej, „śledczego” Mikołaja Kulika.
Nieco lepiej od Kulika zachowywali się ostatnio przed sądem jego kamraci, oficerowie śledczy z GZI na Oczki, odpowiadający, podobnie jak inni komunistyczni oprawcy, z wolnej stopy. Obserwowałem ich, a oni unikali mego wzroku. Długo udawali też, że się nie znają. Starali się mówić jak najmniej. Proponowali sądowi odczytanie z kartki okrągłych zdań, z których nic nie wynikało. Zapytywani wprost o fakty, zasłaniali się niepamięcią. Obnosili się ze swą oczywistą „niewinnością”.
Sprawiedliwość „w zawiasach”
W końcu jednak kolejny skład warszawskiego Wojskowego Sądu Garnizonowego uznał materiał, zgromadzony przez prokuraturę, za wystarczający. Wysłuchał nielicznych żyjących pokrzywdzonych: Helenę Zawilską, Andrzeja Kraszewskiego, jego brata Jerzego i mnie, pozostałych pokrzywdzonych przesłuchał w miejscach ich zamieszkania. Wykazał wolę działania i uznał oprawców – „śledczych” Informacji Wojskowej winnymi zarzucanych im zbrodni.
Ach, te wyroki… Oskarżony Józef Kulak, za znęcanie się nad kmdr. por. Robertem Kasperskim – rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2 lata… Oskarżony Tadeusz Jurczak, za znęcanie się nad kmdr. por. Kazimierzem Kraszewskim, mjr. Tadeuszem Twarogowskim i mjr. Apoloniuszem Zawilskim – dwa lata z zawieszeniem na 3 lata… Oskarżony Henryk Pocheć, za znęcanie się nad moim Ojcem – rok z zawieszeniem na 2 lata… Oskarżony Leonard Kuźniak, za znęcanie się nad kmdr. Marianem Wojcieszkiem, ppłk. Sergiuszem Pisarczukiem i mjr. Tadeuszem Twarogowskim – 2 lata z zawieszeniem na 3 lata… Oskarżony Władysław Antolak, za znęcanie się nad mjr. Tadeuszem Twarogowskim – na rok z zawieszeniem na 2 lata…
Smutek po latach
W słotną listopadową niedzielę byliśmy z żoną na Mokotowie, na Rakowieckiej… Tam za drutami, w pierwszą niedzielę Adwentu, po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat odbyło się spotkanie rodzin pomordowanych tu naszych ojców, mężów i braci. Spotkaliśmy się najpierw na Mszy św., sprawowanej przez duchowieństwo warszawskie. Potem udaliśmy się w zimnych murach rozległego, przecie jeszcze carskiego [!] więzienia, do cel śmierci, przez które przechodzili kiedyś nasi najbliżsi. Przeszliśmy długim tunelem do jednego z trzech bunkrów, gdzie po bolszewicku strzelano im w tył głowy.
Teraz czekamy cierpliwie na obiecywane solennie przed wyborami poszukiwania ich doczesnych szczątków i powązkowską ekshumację, chociaż na Łączce…
Bogu niech będą dzięki!
Pisałem to wszystko w listopadzie 2011 roku. Dopisałem 6 lutego 2014 roku: „Dzwoni pan Krzysztof Szwagrzyk: ’Panie Witoldzie, czy będą Państwo u siebie w domu w ciągu najbliższych dwudziestu minut?’ Będziemy… ’To ja zaraz do Państwa jadę’”…
„O wy, którzy na świat idziecie z północą, chytrość rozumem a złość nazywacie mocą. Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie, myśli Boga oszukać, oszuka sam siebie” (Adam Mickiewicz)…
Doktor arch. Witold Mieszkowski jest synem kmdr. Stanisława Mieszkowskiego – najwyższego rangą oficera Marynarki Wojennej, skazanego na śmierć po okrutnym „śledztwie” i zamordowanego w więzieniu mokotowskim 16 grudnia 1952 roku. Wraz z nim komuniści zamordowali wówczas innych wybitnych oficerów polskiej marynarki, wypromowanych jeszcze przed wojną: kmdr. Jerzego Staniewicza i kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego. Wszyscy trzej byli bohaterami obrony Wybrzeża w roku 1939. Wojnę spędzili w niemieckim oflagu. Po wojnie podjęli służbę w zdominowanej przez oficerów sowieckich polskiej marynarce – by mieć wpływ na formację młodych marynarzy przybywających nad morze z całego kraju.
Witold Mieszkowski miał lat 14, gdy ojciec umierał od katyńskiego strzału w piwnicy mokotowskiej. Doczekał identyfikacji śmiertelnych szczątków ojca na powązkowskiej Łączce! Po 62 latach życia w cieniu zbrodni, po 62 latach traumy!
Wkrótce ukaże się książka dr. Witolda Mieszkowskiego, poniżej zamieszczamy fragmenty rozdziału „Ostatni wyrok”. Dedykujemy je rodzinom wszystkich Żołnierzy Wyklętych – z nadzieją, że tak jak dr Mieszkowski doczekają identyfikacji swoich zamordowanych bliskich i ich godnego pochówku.
Piotr Szubarczyk
Dr Witold Mieszkowski