• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

UE obroni Polskę?

Czwartek, 20 lutego 2014 (02:07)

W tym roku czekają nas wybory do Parlamentu Europejskiego, w Polsce zapoczątkują one serię wyborów do wszystkich organów w kraju. Dlatego ten rok staje się rokiem kluczowym ustalającym kierunek, w jakim będzie zmierzało nasze społeczeństwo w najbliższych latach.

W Europie, która obchodzi stuletnią rocznicę wybuchu I wojny światowej, odzywają się głosy niepokoju, w Polsce również w ćwierćwiecze upadku komunizmu nastroje pełne są pesymizmu. W Europie mimo sześciu lat kryzysu brak perspektyw jego zakończenia, w Polsce euforia przynależności do UE również przemija. Nie bez znaczenia jest fakt, że przynależność do tego bloku oznacza konieczność emigracji „za chlebem”, zamiast rozwoju gospodarczego kraju, oraz utratę gospodarczej konkurencyjności na świecie. Mało to, regulacje europejskie powodują, że podstawowy czynnik tej gospodarczej przewagi – cena energii elektrycznej, jak podaje Pilita Clark na pierwszej stronie „Financial Timesa”, jest dwa razy wyższa niż w USA.

Japończycy wymrą

Jednocześnie konsekwencje ekonomiczno-polityczne procesu starzenia się społeczeństw w krajach wysoko rozwiniętych są coraz częściej diagnozowane, o czym świadczy szeroko komentowana wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o konieczności wprowadzenia polityki prorodzinnej w Europie i Polsce: „Polska musi trwać, Polska jest wieczna. Ale żeby była wieczna, muszą rodzić się dzieci. Naród dziś się zmniejsza. I jest wielkim zadaniem wszystkich polskich patriotów tę sytuację zmienić. (…) W Polsce musi to oznaczać co najmniej 500 zł na jedno dziecko –jest możliwe do zrealizowania –by Polska była wieczna”.

Przy czym obecnie zrealizowanie tego postulatu nie oznacza powrotu do programu wyborczego PiS z 2005 r., który zakładał ryczałtowy zwrot podatków do 400 zł miesięcznie na każde dziecko, lecz martwi mnie to, że o te 500 zł na dziecko mają walczyć polscy europosłowie w Parlamencie Europejskim, gdyż na to, aby zrezygnować z opodatkowywania wydatków na nasze dzieci, podobno nas nie stać.

„Financial Times” również szeroko rozpisuje się o ekonomicznych konsekwencjach starzenia się społeczeństwa na przykładzie procesów, które następują w Japonii. Otóż jak podaje David Pilling, Japonia, której dzietność jest wyższa od polskiej, przeżywa potężne problemy gospodarczo-społeczne z powodu starzenia się społeczeństwa, mimo że jest bardzo zamożnym krajem. Proces, który spowodował, że o ile w 1950 r. zaledwie 5 proc. osób było w wieku powyżej 65 lat, obecnie jest ich 25 proc., a już w roku 2035 będzie jedna trzecia, doprowadzi do załamania finansów publicznych. Z wyliczeń wynika, że liczba Japończyków spadnie ze 126,4 mln do zaledwie 500 osób w roku 3000. Spuentował to krótko były minister zdrowia Chikara Sakaguchi: „Japończycy wymrą”.

Kto się bogaci

Polityka antykryzysowa polegająca na dostarczaniu płynności bankom musi rodzić kontrowersje przed wyborami w Europie, gdyż jak się okazało, ma ona swojego kluczowego beneficjenta. Są nimi najbogatsi ludzie naszego globu, którym oszczędzono majątki, nie pozwalając zbankrutować firmom w kryzysie, jak i spłacić wiszące nad nimi zadłużenie po rekordowo niskim koszcie pieniądza. Dlatego nic dziwnego, że globalne bogactwo nie tylko odzyskało poziom sprzed kryzysu bardzo szybko, bo już w 2010 r., ale wzrosło do nowych rekordowych poziomów.

Według opublikowanego właśnie raportu Credit Suisse całość światowego majątku kształtuje się na poziomie 241 bilionów USD, a więc ponad trzykrotność światowego PKB. Oznacza to pięcioprocentowy wzrost w ciągu roku i 68procentowy od 2003 roku. Przeciętnie majątek dorosłego obywatela globu wynosi obecnie 50 tys. USD, przy czym jest on najwyższy w Szwajcarii, gdzie ta przeciętna jest dziesięć razy wyższa. Majątek zainwestowany na giełdzie i w funduszach inwestycyjnych w sumie wynosi 89 bln USD według danych podawanych przez JPMorgan i Morgan Stanley. Przy czym inwestorzy giełdowi na świecie w sumie władają 89 bln USD aktywów, w tym fundusze emerytalne zarządzają równo 1/3 tych aktywów –29,8 bln USD.

Następną grupą stanowiącą kolejną 1/3 aktywów są inwestorzy indywidualni posiadający w USA 13 bln USD, w UE – 12,4 bln USD, a w Azji – 3,5 bln USD. Kolejną kluczową grupą są ubezpieczyciele zarządzający ok. 20 proc. światowego portfela, w UE 7 bln USD, w Azji 6,5 bln USD i USA 4,8 bln USD. Całość uzupełniają państwowe fundusze majątkowe – 5,8 bln USD, banki prywatne – 4,8 bln USD, i fundacje –1,5 bln USD.

Światowy postęp zamożności jest związany ze starzeniem się społeczeństwa, rozwojem gospodarczym Chin, ale i antykryzysowymi procesami monetarnymi, które uratowały majątek obywatelom USA, Niemiec, Francji, a nawet kryzysowych Włoch. Powyższe procesy nasiliły nierównomierny rozkład bogactwa, w efekcie którego najbogatszy 1 procent dorosłych posiada prawie połowę majątku. Jak i to, że od 2000 roku udział najbogatszych w posiadanym majątku się poszerza. W zeszłym roku liczba milionerów wzrosła o 6 proc., podczas gdy liczba osób bogatych o aktywach ponad 50 mln USD wzrosła o 10 proc., do około 100 tysięcy.

Cytowany raport Credit Suisse szacuje, że liczba milionerów powinna się zwiększyć o 50 procent do 2018 roku, do poziomu 48 milionów. Przy czym o ile udział krajów BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki) w roku 2000 wynosił zaledwie 5 proc., to obecnie stanowi ponad jedną piątą. Gdy analizujemy istniejące megatrendy dotyczące wycen aktywów, to niewątpliwie zderzamy się z trzema wielkimi dylematami.

Pierwszy dotyczy skali i czasu dalszego drukowania bazy monetarnej przez Banki Centralne, co w obecnej formie poprzez transmisje instytucji finansowych podtrzymuje ceny akcji na świecie. Drugim dylematem jest czas, kiedy nastąpi wzrost oprocentowania obligacji, powodując dewastujący wpływ na wycenę obligacji w portfelach. Trzecim jest skala oddziaływania starzenia się inwestorów na realokację ich aktywów w kierunku tych obarczonych mniejszym ryzykiem.

Biorąc pod uwagę fakt, że inwestorzy w Europie posiadają swoje inwestycje w 29 proc. w obligacjach, a w 35 proc. w akcjach, to oczekiwana ucieczka z instrumentów głównych będzie mitygowana przez fakt, że osoby z powojennego boomu (1945-1965) w ciągu najbliższych pięciu lat będą właścicielami 75 proc. tych aktywów. A jak podaje analiza Merrill Lynch Wealth Management, w sytuacji inwestycji bądź ubezpieczenia dla osób powyżej 45. roku życia utrzymanie wartości i gwarancja dochodu jest cztery razy ważniejsza niż wyższy wzrost obarczony dodatkowym ryzykiem.

„Kapitalizm kolesiów”

Dlatego właśnie Martin Wolf dzieli się z czytelnikami „Financial Timesa” obawami co do przyszłości losów Europy i świata. Jak przytacza, elity nie zrozumiały konsekwencji wprowadzenia pojęcia samoregulacji rynku kapitałowego i – co gorsze – w chwili kryzysu, który wywołały, sfinansowały jego konsekwencje poświęceniem podatników na rzecz tych, którzy byli jego winowajcami.

Dla części osób szokująca może okazać się krytyka „kapitalizmu kolesiów” i regulacji europejskich ustanawianych w interesie najbardziej wpływowego lobby, niemniej w tej perspektywie liczenie na to, że UE nagle wesprze polskie interesy, może być złudne. Zwłaszcza że Alex Barker na łamach „Financial Timesa”, wprost przytaczając opinię tamtejszego prezesa Banku Centralnego, przyznaje, że elity postkomunistyczne nie działały w sprawach majątkowych zgodnie z interesem obywateli.

Opowieść przedstawiciela postkomunistycznych władz o tym, że nikt z władz nie dba o interes publiczny, gdyż to nie on traci na niekorzystnym rozdysponowaniu majątkiem obywateli, jest wyjątkowo szczera, jak i obciążająca władze UE dbające o interes końcowych beneficjentów. Również skonfrontowanie traktowania samochodu własnego ze służbowym wizualizuje konieczność takiego uregulowania rynku kapitałowego, który minimalizowałby koszty nadużyć.

Ponadto jakkolwiek by to gorzko brzmiało, należy w tym miejscu odnieść całą debatę do Polski. Zapytać, dlaczego tego typu konkluzje nie docierają do naszej świadomości, mimo że od wielu lat padają ostrzeżenia, i dlaczego nawet ustawowo wprowadzona 15-procentowa „zachęta” prywatyzacyjna, aby „uciszyć” (zagłuszyć) sumienie pracowników, nie jest nawet szczerze nazywana, a naiwnie wierzymy, że inni wprowadzą w naszym interesie rozwiązania, których my sami nie implementujemy?

Dr Cezary Mech