Muzeum Żołnierzy Wyklętych powstanie
Czwartek, 20 lutego 2014 (02:00)Z Januszem Kotowskim, prezydentem Ostrołęki, rozmawia Beata Falkowska
Panie Prezydencie, koncepcja Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce jest już gotowa. Kiedy ruszacie z jej realizacją?
– Czekaliśmy na rozstrzygnięcie konkursu na pozyskanie środków w ramach tzw. funduszy norweskich. Mamy już pierwszą ocenę. Niestety, nie otrzymaliśmy wymaganej liczby punktów. Złożyliśmy odwołanie od tej decyzji.
Dlaczego projekt został odrzucony? Kto go oceniał?
– Złożyliśmy do funduszy norweskich ciekawy w moim przekonaniu projekt, ale w niezrozumiały dla mnie sposób został on bardzo dziwnie i nisko oceniony, zwłaszcza w kilku punktach. Rozumiem i potrafię przyznać się do winy, gdyby projekt został źle napisany albo nie wskazalibyśmy na rzeczy ważne. Ale my otrzymaliśmy zero punktów np. w takim punkcie jak „zgodność projektu z polityką kulturalną państwa”. Innymi słowy, Muzeum Żołnierzy Wyklętych to nie jest sprawa zgodna z polityką kulturalną państwa. Tego nie potrafię zrozumieć.
Kto wydał taką ocenę?
– Komisja związana z ministerstwem kultury. Podkreślam raz jeszcze, że złożyliśmy kompletny projekt opisujący cały zamysł architektoniczny, wszystkie ścieżki edukacyjne. To jest jak potężna praca naukowa. Co więcej, przeszliśmy dobrze ocenę formalną. Niestety, przy punktacji merytorycznej dostaliśmy za mało punktów.
O finalnej ocenie decyduje tylko suma punktów za poszczególne elementy?
– Tak. Gdyby mi ktoś powiedział: dostajesz zero, bo może to muzeum nie zarobi na siebie, to schyliłbym z pokorą głowę, choć przecież to nie jest celem, żeby taka placówka zarabiała. Ale nie sposób zrozumieć, że projekt oceniono jako niezgodny z polską polityką kulturalną. Albo na przykład jest tam punkt odnoszący się do popytu na tego typu pomysły. Tenże popyt „wyceniono” na zero. Przecież wszyscy wiemy, że dzisiaj żołnierzami wyklętymi interesuje się coraz więcej ludzi, także młodych. Można oczywiście popyt traktować wyłącznie w kategoriach ekonomicznych, ale ministerstwo kultury nie jest tylko od ocen ekonomicznych. Wygląda po prostu na to, że ekipie ministerialnej na tego typu inicjatywach nie zależy. Dla mnie to smutne, bo my w pewien sposób jako samorząd zastępujemy państwo polskie. Muzeum Żołnierzy Wyklętych to nie może być muzeum ostrołęckie czy regionalne. To musi być muzeum państwa polskiego, tworzone i funkcjonujące przy jego wsparciu. A tak się nie dzieje. Jeśli jest miejsce, jeśli jest koncepcja, jeśli jest projekt architektoniczny opracowany przez dobrą pracownię i my nie dostajemy pozytywnej oceny osób związanych z resortem kultury, to rodzi się pytanie „dlaczego?”.
Złożyliście odwołanie i co dalej? Kiedy można spodziewać się odpowiedzi?
– Rozstrzygnięcie zapewne będzie na dniach. Jeśli nasze odwołanie nie zostanie uwzględnione, to oczywiście bierzemy się dalej do roboty, bo pewne rzeczy już zrobiliśmy. Rozpoczęliśmy prace przy przebudowie sal wystawienniczych w dawnych celach, robimy nowe instalacje elektryczne. Przygotowujemy się do przyjęcia pierwszych materiałów archiwalnych. Brak środków z funduszy norweskich nas nie zatrzyma. Bo sprawa jest zbyt ważna, żeby powiedzieć: nie udało się, to teraz odpuszczamy.
Nie będzie problemów z finansowaniem prac?
– Miasto gromadzi swoje środki, pojawiają się sponsorzy, ale oczywiście, że docelowo to państwo polskie powinno wspierać takie pomysły. Nie chodzi tu o fanaberię jakiegoś tam prezydenta z małego miasta, ale o to, komu takie muzeum chcemy poświęcić. O żołnierzach wyklętych państwo polskie ma obowiązek pamiętać. Mamy gotowy produkt, więc będziemy oczywiście składać wnioski o dofinansowanie wszędzie tam, gdzie będzie to możliwe. Ale w tym czasie będziemy też robić swoje. Mamy w budżecie miasta zagwarantowane ok. 2 mln zł na ten cel. Przygotujemy pierwsze ekspozycje, przygotowaliśmy, jak wspomniałem, też koncepcję programu edukacyjnego. Oczywiście przy pomocy państwa polskiego zrobilibyśmy to szybciej, od razu z większym rozmachem. A tak będziemy krok po kroku. Nie chodzi tutaj o jakieś rzucanie deklaracji. Przeświadczenie o tym, że jest to powinność wobec ludzi, którzy oddali za nas życie, jest tak duża, że najwyżej wolniej, ale zrealizujemy ten pomysł.
Zgłaszają się sponsorzy?
– Mamy pierwsze sygnały o gotowości współpracy, zaangażowania ludzi z naszego regionu. Przedsiębiorcy chcą sfinansować choćby ziemiankę żołnierską, żeby młodzi ludzie mogli tam wejść, dotknąć sprzętu żołnierskiego i zobaczyć, jak w takich warunkach przetrwać zimę. Wsparcie zadeklarował Bank Zachodni WBK. Mamy także głosy ze strony często ubogich ludzi, którzy chcą pomagać mimo swego niedostatku. Mamy też deklaracje osób, które mówią: jak nie potrafimy inaczej pomóc, to zbierzemy się i posprzątamy teren. To jest niezwykle budujące. Mamy wreszcie, co bardzo ważne, gotowość rodzin czy wielu środowisk niepodległościowych, żeby przekazywać pamiątki, rzeczy naprawdę najświętsze dla rodzin żołnierzy wyklętych.
Muzeum powstanie w byłym budynku więziennym, w którym przetrzymywano po wojnie także żołnierzy podziemia niepodległościowego. Co przewiduje koncepcja muzeum?
– W naszej koncepcji mamy różne ścieżki: edukacyjną, martyrologiczną, salę pamiątek. Chcemy, aby było dużo dźwięku, dużo multimediów, tak aby młody człowiek mógł poczuć atmosferę tamtych dni. Chcemy mieć sale, gdzie np. zgromadzimy sprzęty z miejsc przesłuchań, cele, do których będzie można zaglądać przez judasza. Zależy nam, żeby to wszystko żyło. Żeby nikt nie krzyczał, że oto leży replika broni, więc nie możesz jej dotknąć. Młodzi będą mogli taki pistolet czy karabin przeładować, będą mogli dotknąć. Zamierzamy pokazać najlepszych dowódców w sposób szczególny. I to nie tylko od strony ich szlaku bojowego, ale też od strony ich unikalnych, bogatych osobowości. Są ludzie wśród żołnierzy wyklętych, którzy moim zdaniem są gotowymi wzorcami do naśladowania. Naprawdę wielu z nich to ludzie tak niezwykle zakochani w Ojczyźnie, ale też pragnący życia. To bracia, ojcowie, narzeczeni, mężowie. Wielu młodych ludzi budzi się, gdy słucha o tych życiowych wartościach. Chcemy, żeby to muzeum było na tyle żywe, żeby młody człowiek, który wyjdzie z takiej ścieżki muzealnej, edukacyjnej, umiał postawić sobie najważniejsze pytania. Pragniemy też umieścić tu część badawczą, archiwa, miejsce do prac dla historyków, naukowców. Organizować konferencje, sympozja, przeglądy filmowe, koncerty.
Łatwo o poparcie dla tego projektu wśród mieszkańców? Całe północne Mazowsze to teren o silnych tradycjach patriotycznych.
– To region bogaty bohaterstwem nie tylko po wojnie. Tu zawsze ludzie byli przywiązani do wiary, polskości, tradycji. Znaleźliśmy w IPN powojenne zapiski ubeków, którzy donosili, że Naród tu, na Kurpiach, tak marny, że nie można żadnej organizacji komunistycznej założyć, bo słuchają tylko biskupów i „tych z lasu”.
To dziś brzmi jak pochwała.
– Słynne były wzmianki w zapiskach dowódców ubeckich, że co siódma osoba z Kurpiów jest podejrzana o współpracę „z tymi z lasu”. Także żołnierze długo tu się trzymali. Jeszcze w latach pięćdziesiątych miały miejsce ostatnie zbrojne potyczki. To się wiązało oczywiście z wielką ofiarą tutejszej ludności. Prowadzimy w Ostrołęce różne działania od wielu lat – postawiliśmy w centrum miasta pomnik Żołnierzy Wyklętych, usunęliśmy komunistycznych patronów ulic, mamy gimnazjum im. Danuty Siedzikówny „Inki”, zatem poparcie jest, bo to są inicjatywy mieszkańców. Ale jest oczywiście i pewne napięcie, szczególnie na łamach lokalnej prasy czy niektórych portali, które próbują mi przypisać opcję budowania pomników zamiast zajmowania się rzeczami codziennymi.
W duchu „wybierzmy przyszłość i budujmy drogi”?
– Ten pseudopragmatyczny ton dominuje. Wystarczy jednak spojrzeć na codzienność, np. na ilość wyremontowanych ulic, chodników, placów, i sama rzeczywistość zadaje kłam tej argumentacji. Ja i środowisko, z którym współpracuję, nie damy się wpędzić w taką narrację, że samorząd ma tylko łatać dziury w drogach czy chodnikach, bo i tak nasze chodniki i drogi leżą nam na sercu. Odpowiedzialność dana jest prezydentowi i radnym na jakiś czas. W imię dobrze pojętej równowagi należy w tym czasie podejmować różne działania. Remontujemy ulice, szkoły, wybudowaliśmy mnóstwo (jak na nasze miasto) boisk sportowych, bo to też jest istotne. Ale w ramach dobrze pojętego patriotyzmu staramy się również przypominać ludzi takich jak my, często młodszych ode mnie, młodych chłopców z lasu, którzy podejmowali się zadań znacznie trudniejszych niż nasze codzienne, nie wahali się oddać życia za Ojczyznę. Człowiek nie tylko korzysta z bezpiecznej, równej ulicy, ale też ma inne wartości, które motywują go do podejmowania zadań w codzienności.
Przecież choćby ci wszyscy ludzie, przedsiębiorcy, którzy chcą wspierać budowę muzeum, to konkretny przykład, jak integracja społeczności na bazie tożsamości procentuje kapitałem społecznym.
– Oczywiście, bo to nie jest tak, że zajmujemy się czymś oderwanym od rzeczywistości. To poczucie tożsamości daje motywację do pracy, tworzenia, zaangażowania w biznesie. Niestety, nie wszyscy chcą to widzieć. Mamy w Ostrołęce wiele pozytywnych przykładów utożsamiania się z regionem. Młodzi ludzie widzą wartość w tym, by tu być, uczyć się i pracować. Widzę różne ciekawe działania choćby harcerzy, którzy sami wychodzą z inicjatywami, jak np. nadanie reprezentacyjnemu rondu imienia mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. To była inicjatywa Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. To utożsamienie z pewnym etosem, regionem procentuje. Przedsiębiorcy deklarują różne formy współpracy dla miasta i regionu. Nie wstydzą się, pracując w większym lub mniejszym biznesie, działać na rzecz regionu, tu zatrudniać ludzi.
Atakujący często Pana „Tygodnik Ostrołęcki” ma polski kapitał?
– Oczywiście, że nie polski, ale to bardziej kwestia nie tyle kapitału, ile kilku ludzi, którzy od dawna dominują w mediach papierowych w regionie. To są sytuacje dla mnie niezrozumiałe, nigdy nie miałem wrogów, dopóki nie zająłem się sprawami najważniejszymi. To przykre, ale różne lokalne portale potrafią drukować fałszywki ubeckie, jakoby to żołnierze WiN czy AK mordowali niewinnych ludzi w terenie. To było obrzydliwe, a jednak chwytliwe. Komentatorzy, dziennikarze lokalni walczyli ze mną, tak jakbym chciał sam sobie pomnik postawić.
Ale ma Pan jednocześnie wyraźny mandat zaufania większości mieszkańców. Przypomnijmy, że jest Pan pierwszym prezydentem Ostrołęki, który sprawuje urząd drugą kadencję. I wygrał Pan olbrzymią przewagą głosów. Oponenci to rozkrzyczana mniejszość?
– Można chyba tak to określić. Gdy zmienialiśmy nazewnictwo ulic i usuwaliśmy patronów, którzy mają polską krew na rękach, na spotkania informacyjne, które ortganizowaliśmy, przychodzili głównie przeciwnicy. Pamiętam jak dziś słowa z sali: „A u nas w UB to byli dobrzy ludzie, to ci z AK strzelali zza węgła”. To jedna strona. Druga strona to fakt, że potem na tych osiedlach, na których zmienialiśmy nazwy, wygrałem w kolejnych wyborach.
Mamy nadal lekcję do odrobienia w zakresie obywatelskiej aktywności?
– Z pewnością tak. Trzeba tylko wskazać najważniejsze cele, obudzić dyskusję, dać możliwość wyboru i podkreślić znaczenie obywatelskiego głosu. Trzeba mieć świadomość, że tamta strona potrafi działać, gdy jest potrzeba.
Jak Pan ocenia narzędzie polityki historycznej dostępne na poziomie samorządów?
– Myślę, że dużo zależy od odwagi. Na przykład nazewnictwo ulic to sprawa samorządów. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby problem komunistycznych patronów ulic został rozwiązany na poziomie centralnym, ale jak rząd tego nie podejmuje, trzeba brać sprawy w swoje ręce. Widzę po Ostrołęce, że warto było wyrzucić z nazewnictwa Nowotkę czy Findera, którzy bez wątpienia byli zwykłymi zdrajcami. Są sprawy, które nie mają ceny ekonomicznej lub wyborczej. Na początku mojej drogi samorządowej usłyszałem od ks. bp. Stanisława Stefanka, że bardzo niedobrą sprawą dla samorządowca jest pokusa tzw. reelekcji. Przestrzegał, że wielu rzeczy dobrych się nie zrobi, jeśli człowiek będzie pytał, jakie punkty za to będą. Dlatego moje przesłanie do wszystkich samorządowców, którym sprawy patriotyczne leżą na sercu, brzmi: więcej odwagi.