• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Bezpieczeństwo żywnościowe Polski

Środa, 8 sierpnia 2012 (06:18)

Polska jest krajem samowystarczalnym żywnościowo, mamy nawet duże nadwyżki produktów rolnych i przetworzonej żywności, które eksportujemy. Ale eksperci ostrzegają, że jeśli w rolnictwie nasilać się będą niekorzystne tendencje ekonomiczne i demograficzne, to z eksportera możemy stać się importerem żywności.

Jeśli spojrzymy na poziom produkcji podstawowych produktów rolnych, to już teraz widzimy załamanie na rynku wieprzowiny, co powinno być sygnałem ostrzegawczym, wskazującym na to, że państwo musi prowadzić taką politykę rolną, aby zapewnić Polakom samowystarczalność żywieniową.

Oczywiście nie chodzi o kontrolowanie cen, ich ustalanie przez państwo, ale o stosowanie takich instrumentów w polityce krajowej i unijnej, aby rolnictwo było rozwijającą się gałęzią gospodarki, a nie zwijającą się.

Przykład cukru jest znamienny: decyzje Brukseli spowodowały, że taki kraj jak Polska, który jeszcze niedawno był potentatem na tym rynku, musiał sztucznie zredukować wielkość upraw buraków i moce produkcyjne cukrowni, co spowodowało, że musimy importować biały kryształ na własne potrzeby.


Dużo żywności

Zacznijmy od statystyki. Polska w skali Unii Europejskiej należy do największych producentów rolnych. Jeśli chodzi o sektor mleczny, to jak prognozuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, produkcja mleka wyniesie w tym roku 12,4 mln ton, czyli będzie na mniej więcej takim samym poziomie jak przed rokiem.

Instytut oczekuje, że ceny produktów mleczarskich w 2012 r. będą niższe niż rok wcześniej. Niepokoić może za to stale spadające pogłowie krów mlecznych (o 3 proc. - do niespełna 2,4 mln sztuk), ale dzięki podniesieniu mleczności bydła nie wpłynie to na wielkość dostaw do zakładów mleczarskich. Jeśli jednak w latach następnych rolnicy nadal będą ograniczali hodowlę, odbije się to już i na wielkości produkcji mleka.

Na rynku mięsnym naszym największym problemem jest trzoda chlewna. Jej pogłowie systematycznie spada - w tym roku do poziomu 12,5 mln sztuk - to mniej niż w latach 60. ubiegłego wieku (!). Produkcja wieprzowiny też spadnie o blisko 10 proc. i ma wynieść ponad 2,1 mln ton. Ta sytuacja powoduje, że rośnie import mięsa i jego przetworów, głównie z Danii i Niemiec.

Z kolei produkcja wołowiny ma spaść o 6-7 proc. - do poziomu 690 tys. ton. Polska jawi się za to jako potentat w drobiarstwie - w tym roku przewidywany jest dalszy wzrost produkcji drobiu do prawie 2,2 mln ton. To skutek przede wszystkim rosnącego popytu na kurczęta, które są najtańszym gatunkiem mięsa i dlatego chętnie kupowanym przez ubożejące społeczeństwo.

Nasz kraj nie ma idealnych warunków do uprawy zbóż, ale teoretycznie nie powinniśmy mieć problemów z zapewnieniem sobie produkcji na takim poziomie, aby zaspokoić potrzeby przemysłu zbożowego i paszowego. Choć oczywiście ogromny wpływ na poziom produkcji ma pogoda. Jeśli tak jak w tym sezonie wiele hektarów upraw wymarznie, wówczas odbije się to na wielkości zbiorów - w tym roku będą one prawie o milion ton niższe od ubiegłorocznych, kiedy to zebraliśmy 26 mln ton.

To jeden z głównych czynników wpływających na import, który wyniesie na pewno więcej niż 1 mln ton. Potrzeby polskich konsumentów są także zaspokojone w segmencie krajowych owoców i warzyw. GUS szacuje, że rolnicy zbiorą w tym roku ponad 4,5 mln ton warzyw (to niewiele mniej niż w 2011 r.) i 3,5 mln ton owoców (3 mln ton to owoce z drzew, a 500 tys. ton - z krzewów).


Mamy rezerwy

Eksperci uważają, że rolnictwo w Polsce ma nadal ogromny potencjał, który możemy wykorzystać, zwiększając wydajność gospodarstw. Ten proces wymaga jednak przede wszystkim zwiększenia areału ziemi, jakim dysponują rolnicy.

Nasz ustrój rolny ma się opierać na gospodarstwach rodzinnych, mających nie więcej niż 300 ha powierzchni. Nadal jednak dominują u nas nieduże gospodarstwa, mające nie więcej jak 5 ha (średnia krajowa to nieco ponad 10 ha na statystyczne gospodarstwo). Zdania na ten temat są jednak podzielone. Nie zawsze kilkuhektarowe gospodarstwo skazane jest na wegetację. Dla tzw. małorolnych alternatywą jest np. bardziej pracochłonna uprawa warzyw czy ziół. Zbiory na kilku hektarach mogą przynosić całkiem niezłe dochody.

Jednak dziś w Polsce wśród małych gospodarstw przeważają te o charakterze socjalnym, niewiele produkujące na rynek, choć zapewniające zaspokojenie potrzeb żywnościowych rodzin rolników. Z pewnością sprzyjają temu obostrzenia ograniczające bezpośrednią sprzedaż produktów według zasady "z pola do stołu".

Z powodu ekonomicznych i demograficznych ograniczeń rozwoju małych gospodarstw obraz polskiej wsi będzie stopniowo się zmieniał. Część najmniejszych gospodarstw, w których rolnicy nie będą mieli następców chętnych do kontynuowania produkcji, zostanie wchłonięta przez większe. Według Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarski Żywnościowej, do 2020 r. z polskiej wsi może zniknąć nawet 370 tys. gospodarstw, głównie właśnie tych najmniejszych. Wzrośnie jednocześnie liczba gospodarstw o powierzchni powyżej 50 ha - z 25 do 30 tys., a są to najbardziej towarowe gospodarstwa.

Eksperci wskazują na to, że aż 80 proc. naszych gospodarstw nie ma zdolności do zwiększania produkcji. Powód? Ich właściciele nie mają warunków czy pieniędzy na to, aby podnieść wielkość hodowli zwierząt czy zbiorów zbóż.

Przyjmuje się, że granicą, za którą gospodarstwa zaczynają osiągać zdolność do odtwarzania produkcji, jest równowartość 8 ESU (to międzynarodowa jednostka służąca do mierzenia siły ekonomicznej gospodarstw rolnych; 1 ESU to równowartość 1200 euro rocznie).

Produkcję rolną mogą natomiast zwiększać te gospodarstwa, które osiągną 12 ESU. Gospodarstwa mające dochód poniżej 8 ESU nie wytwarzają produkcji na rynek - w Polsce jest ich zdecydowana większość. Szacuje się zaś, że za rozwojowe można uznać ledwie 250 tys. gospodarstw, spośród około 1,4 mln objętych dopłatami bezpośrednimi. Zajmują one nieco ponad 40 proc. użytków rolnych, czyli blisko 9 mln ha.

Oczywiście nie ma też potrzeby ekonomicznej, żeby na siłę przyspieszać proces koncentracji produkcji rolnej. Wyrzucenie z rolnictwa setek tysięcy rodzin spowodowałoby od razu drastyczny wzrost bezrobocia, gdyż dla drobnych rolników nie ma na razie miejsca w przemyśle czy usługach.

Istotne jest jednak to, że taki model rolnictwa, jaki teraz mamy, zapewnia nam szereg innych korzyści, trudnych do wyceny ekonomicznej. To choćby bioróżnorodność, czyste środowisko naturalne - to, co utraciły kraje zachodnie, gdzie dominują wielkie gospodarstwa. Zdaniem wielu ekspertów, koncentracja produkcji rolnej powinna być jednak większa, aby Polska zachowała samowystarczalność żywnościową - gospodarstwa towarowe powinny obejmować przynajmniej 11 mln ha ziemi rolnej.


Co nam grozi?

Polska jest dużym producentem rolnym, ale to nie znaczy, że możemy czuć się bezpiecznie. Przede wszystkim rolnictwo to także rynek globalny, gdzie często dochodzi do spekulacji na giełdach towarowych. W efekcie co jakiś czas słychać najpierw o gwałtownych wzrostach cen mleka, mięsa czy zboża, a potem o ich gwałtownym spadku.

Wiele gospodarstw nie wytrzymuje takich wahań i bankrutuje. Globalizm powoduje również, że w UE słychać głosy, aby szerzej otworzyć granice przed importem z innych kontynentów, gdzie produkuje się tańszą żywność. Teoretycznie można sobie wyobrazić, iż Unia bez problemu kupi sobie żywność w Ameryce lub Azji, ale wtedy tysiące gospodarstw musiałoby zaprzestać uprawy ziemi, gdyż byłoby to dla nich nieopłacalne. I byłby to także problem Polski.

Co więcej, tak jak wcześniej zachodnie firmy masowo przenosiły zakłady przemysłowe do Azji, tak można sobie wyobrazić, że w przypadku otwarcia granic celnych na produkty żywnościowe bardziej zyskowne będzie kupowanie ziemi np. w Afryce, zakładanie tam ferm i sprzedawanie zboża lub mleka do Europy.

Drugim problemem jest unijna Wspólna Polityka Rolna, pełna sprzeczności, niespójności, rozwiązań krzywdzących jedne kraje, a dających preferencje innym. I nie widać, aby od 2014 r. ten obraz miał się zmienić. WPR miała właśnie zapewnić Europie samowystarczalność żywieniową, ale w ostatnich kilkunastu latach ta polityka się zmienia, co widzimy choćby na przykładzie cukru.

Część ekspertów ostrzega, że z kolei po 2016 r., gdy znikną limity produkcji mleka, także ten sektor czeka załamanie i wojna cenowa, która doprowadzi do bankructwa wielu hodowców bydła mlecznego. Nie zapominajmy i o tym, że rolnictwo ponosi też koszty kryzysu finansowego, a im dłużej będzie on trwał, tym większe szkody przyniesie producentom i przetwórcom żywności.

Poważnym zagrożeniem dla rolnictwa są również zmiany demograficzne. Polskie społeczeństwo się starzeje i dotyczy to również wsi. Realny jest niestety scenariusz, gdy wiele hektarów ziemi będzie leżało odłogiem, bo starsi rolnicy będą na emeryturze lub rencie, a nie będzie komu przejąć lub kupić tych gruntów. To oczywiście nie stanie się za rok czy dwa, ale już w perspektywie 20-30 lat zjawisko wyludniania się wsi z rolników może być bardzo mocno widoczne. Czyli po prostu nie będzie komu produkować żywności.

Od kilkunastu lat sprzedajemy coraz więcej żywności za granicę. Rocznie eksportujemy za kilkanaście miliardów euro (w 2012 r. ma to być 15,5 mld euro), import niestety też jest niemały. W tym roku ma być jedynie o mniej więcej 3 mld euro niższy od eksportu. Polska mogłaby być krajem żywiącym bogate zachodnie społeczeństwa, ale niestety grozi nam to, że sami będziemy musieli importować podstawowe artykuły rolne. Ten negatywny scenariusz nie musi się spełnić, ale to wymaga prowadzenia przez państwo roztropnej polityki gospodarczej zarówno w kraju, jak i na forum unijnym.

Krzysztof Losz