Pospolite ruszenie
Niedziela, 2 lutego 2014 (08:10)Czternastolatek zastrzelony przez Niemca, gdy chciał podać chleb Żydom z getta w Sokołowie Podlaskim, długo umierał z powodu upływu krwi. Kobieta rozstrzelana za przyjęcie pod swój dach dziecka cudem ocalałego z likwidacji getta w Kołomyi; pozostawiła dwoje sierot. Takich świadectw są tysiące.
Ponad 6 tysięcy Polaków zostało uhonorowanych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za pomoc Żydom pod niemiecką okupacją. Inni byli przez dziesięciolecia bezimienni. Żyli tylko w pamięci bliskich. W czasie wojny płonęły dokumenty, ginęli świadkowie. Czasem uratowani urywali kontakt ze swymi wybawcami, a przecież ich zeznanie wymagane jest przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Jerozolimie do uznania kogoś za Sprawiedliwego. Liczba tych, którzy ryzykowali śmierć swoją i całej rodziny dla ocalenia nieznanych im czasem ludzi, jest więc znacznie wyższa niż owe 6 tysięcy – może nawet wielokrotnie…
Szlak na Słowację
Młodziutka Żydówka szła na spotkanie z Franciszkiem Koperstyńskim, przedwojennym żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza, który od zimy 1939 roku przechowywał żydowskich uciekinierów w swoim rodzinnym domu w Jaśliskach przy granicy ze Słowacją, a potem przeprowadzał ich na słowacką stronę. W Daliowej kobietę zatrzymał oddział złożony z Niemców i Ukraińców. Według wspomnień brata Franciszka, Antoniego, było to na przełomie lat 1942 i 1943. Przerażona dziewczyna podała adres, pod który zmierzała, nazwisko Koperstyńskich i hasło kontaktowe. O tym, co stało się później, opowiedział Antoni, wówczas 11-letni chłopiec. Oddział niemiecki obstawił dom w Jaśliskach. „Franciszek był na strychu, nas wszystkich wyciągnęli z domu, bili i popychali kolbami, postawili pod mur, przyprowadzili tę Żydówkę i na naszych oczach rozstrzelali. (…) W naszą całą rodzinę wycelowali karabiny i tylko cud, prawdziwy cud sprawił, że nas nie zastrzelili. Krzyczeli i szukali Franka, ten zdążył już uciec, był bardzo sprytny. Nie mogąc znaleźć najstarszego brata, zabrali ze sobą młodszego Bolka, zabrali też ojca”.
Bolesława Koperstyńskiego po bestialskim śledztwie w Jaśle wywieziono do Auschwitz, gdzie został zamordowany w marcu 1943 roku. Ojciec przesiedział w gestapowskiej katowni kilka miesięcy i został wypuszczony. A Franciszek zdecydował się opuścić dom, żeby nie narażać bliskich, i rozpoczął walkę przeciwko Niemcom z bronią w ręku w partyzanckich szeregach Armii Krajowej.
Zanim jednak nadszedł ów tragiczny dzień, w domu rodziny Koperstyńskich, w specjalnie urządzonym pomieszczeniu pomiędzy dachem a sufitem strychu, Żydzi spędzali zawsze jedną noc przed skokiem na słowacką stronę. Franciszek wyruszał z nimi przez góry na Słowację. Maria, jego siostra, szacowała, że przez ich dom przeszło od kilkudziesięciu do ponad stu polskich Żydów. Wspominała też, że po wojnie przychodziły do nich liczne listy z podziękowaniami za ocalenie.
Nie doczekał tych czasów Franciszek, zamordowany w lutym 1944 roku w miejscowości Haczów przez szefa lokalnego gestapo. Korespondencja z Zachodu budzić zaczęła natomiast zainteresowanie władz komunistycznych. Według słów Marii, ból po śmierci dwóch braci, ogrom cierpienia, który spadł na nich podczas wojny, a także ciągłe nękanie przez komunistów sprawiły, że listy te palili, a o heroizmie brata zmuszeni byli zapomnieć na długie, długie lata.
Ocalili dwoje dzieci, stracili syna
Danka Błażejewska była Żydówką – we wspomnieniach Witolda Szczęśniaka żyje pod tym nazwiskiem, bo prawdziwego nie zna. Jego ojciec, Stanisław, przywiózł pewnego dnia wiosną 1942 roku do domu w Suchodole pod Sokołowem Podlaskim dziewczynę w wieku około 13-14 lat, blondynkę mówiącą dobrze po polsku. Sąsiadom nawet przez myśl nie przeszło, że może być Żydówką.
Latem 1942 roku, gdy Szczęśniakowie przeprowadzili się do Sokołowa Podlaskiego, wzięli Danutę ze sobą. Wtedy właśnie Stanisław Szczęśniak wyrobił jej niemiecką kenkartę na nazwisko Danuta Błażejewska. „Danka prowadziła nasze gospodarstwo domowe i wychowywała mnie i moją siostrę Annę” – napisał w relacji z października 2013 roku Witold. Oficjalnie była polską sierotą zatrudnioną przez Szczęśniaków. Po śmierci ojca w 1947 roku matka Leontyna wyszła ponownie za mąż i przeniosła się do Kosowa Lackiego – rodzinnej miejscowości Danuty. Tam dziewczyna zaczęła szukać swoich bliskich – nie pozostał po nich jednak żaden ślad. Prawdopodobnie zginęli.
Po odwiedzinach przedstawicieli Komitetu Pomocy Żydom jesienią 1949 roku Danuta, wówczas już okołodwudziestoletnia kobieta, wyjechała do Izraela na zawsze. Nigdy nie odezwała się do ludzi, którzy uratowali jej życie i z którymi mieszkała siedem lat – może nie chciała albo nie potrafiła wracać pamięcią do tamtych czasów, kiedy każdy dzień mógł być ostatnim.
W rodzinie Szczęśniaków było – obok Witolda i Anny – jeszcze trzecie dziecko, Tadeusz. Czternastoletni chłopak nie mógł patrzeć na nędzę Żydów w getcie. „Wspólnie z dwoma kolegami postanowili przed Wszystkimi Świętymi [1943 roku] przemycić chleb i warzywa Żydom do getta – wspomina Witold. – Przebywała tam ostatnia garstka Żydów wykorzystywanych przez Niemców. Pracowali przy ekshumacji zwłok zamordowanych przez Niemców w czasie likwidacji getta w 1942 roku. Ładowali zwłoki na samochody i wywozili do obozu w Treblince, gdzie były palone”. Tadeusz i dwaj jego koledzy dogadali się z pilnującym terenu Niemcem, ten jednak, pijany, otworzył do nich niespodziewanie ogień. „Brat został postrzelony w kręgosłup. Zmarł po kilku godzinach z upływu krwi” – podaje Tadeusz Szczęśniak.
Zigban Elimelech trafił do rodziny Szczęśniaków jeszcze przed Danką, bo jesienią 1941 roku. „Był w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego i psychicznego, strasznie wychudzony. Brat najpierw ostrzygł jego włosy na głowie. Pamiętam, że skóra miała dziury wyżarte przez wszy do kości czaszki”. Wołali na niego „Władek”, pozostał u nich przez osiem miesięcy, ukrywał się na strychu. Potem wziął go do siebie wuj Witolda, Franciszek Tyszko z Suchodołu – tam na oczach całej wsi chodził na Msze św. do kościoła, żeby rozwiać wszelkie podejrzenia. Zigban Elimelech „Władek” też wyjechał po wojnie do Izraela, ale utrzymywał kontakty z Franciszkiem Tyszką. Korespondencja zaginęła – ocalała karteczka z jego izraelskim adresem, którą pozostawił w Suchodole, szukając tam w 2005 roku swoich wybawicieli. Żaden z nich nie dożył tej chwili. „Trzeba pamiętać, że na terenie naszego powiatu działała niemiecka fabryka śmierci w Treblince. Jesteśmy dumni, że w naszych rodzinach Tyszków i Szczęśniaków udało się przeżyć Władkowi całą wojnę” – pisze Wojciech Szczęśniak. „Szkoda, że tak mało pozostało w pamięci i właściwie żadnych dokumentów”.
„Zmówcie za mnie ’Wieczne odpoczywanie’”
Zuzanna Puławska używała imienia Zosia – tak podpisywała swoje listy z więzienia w Stanisławowie, dokąd zabrało ją gestapo za to, że pozwoliła zostać w swoim domu żydowskiemu dziecku ocalałemu z likwidacji getta w Kołomyi. Przed wojną rodzina Puławskich dobrze znała żydowską krawcową i jej troje dzieci: Hanię, Basię i Mojszego. Gdy Niemcy zaczęli likwidować getto, Mojsze przeżył cudem. Wydostawszy się spod zwałów trupów, przerażony chłopak ruszył przed siebie, szukając schronienia. Dotarł do domu Puławskich, których znał i pamiętał z czasów przedwojennych. Wpadł do mieszkania i od razu pobiegł na strych. Zuzanna nie wahała się z decyzją: chłopca należy ratować.
Miesiącami siedział na strychu, przeżywając zapewne wciąż od nowa koszmar, który rozegrał się na jego oczach. Nerwy miał w coraz gorszym stanie. Któregoś dnia nie wytrzymał, zbiegł na dół i jak w amoku zaczął grozić, że się zabije, utopi, krzyczał, że nie ma ani po co, ani dla kogo żyć. Nie zdołali go zatrzymać – wybiegł na ulicę i przepadł. Gdy Zuzanna Puławska wróciła z nabożeństwa w cerkwi greckokatolickiej w święto Matki Bożej Zielnej, pod domem było już gestapo.
W listach, które pisała do brata Józefa ze stanisławowskiego więzienia, chęć życia („Nie chcę dopuszczać myśli do siebie, że jutro mogę nie żyć – bo ja chcę żyć, i to bardzo!!!”) przeplata się z poczuciem, że postąpiła słusznie. „Tak moi Kochani, za dobre serce siedzę, jak nie warto (…) być tylko [słowo „tylko” podkreślone mocno dwa razy] egoistą, żyć dla siebie samego”. A nad wszystkimi uczuciami dominuje niepokój o los dzieci: „Gdyby jednak Bóg mnie powołał, proszę Cię, zaopiekuj się moimi dziećmi jak ojciec. Od Matki dowiesz się o mojej śmierci”. W marcu 1944 roku w ostatnim liście do brata pisała: „Zmówcie czasem za mnie Anioł Pański i wieczne odpoczywanie. Nie rozpaczajcie”. Dwa miesiące później została zamordowana przez Niemców.
Współwięźniarka Olga Plewa napisała w 1986 roku z Detroit do córki Zuzanny Puławskiej, Stanisławy Kopeć: „Pani Puławska jest mi znana, bo siedziałam razem ze swoją Matką w więzieniu (…) za pomoc Żydom. Pani Matka zabrana była z więzienia na śmierć i nie wróciła nigdy, a ja ze swoją Matką zostałyśmy ocalone. (…) Gdy klucznik otworzył drzwi i wykrzyknął: ’Frau Pulawski, raus!’, jeszcze odwróciła się do nas głową i powiedziała ’do widzenia’. Bardzo płakaliśmy za Panią Puławską, bardzo była przyjemna, ładnie śpiewała. My bardzo lubiliśmy, jak Pani Puławska śpiewała”.
„Jak własne dziecko”
„Kiedy sytuacja Żydów stała się bardzo trudna, rodzice moi zadecydowali, że jedyną możliwością przeżycia (…) było umieszczenie mnie u ich nieżydowskich znajomych (…). Ojciec zostawił mnie u Józefa Bika, Mariana Bika i ich siostry Marii. Przyprowadził mnie do nich w środku nocy. Miałam wtedy około trzech lat, ale pamiętam, jak mówił mi, że jestem Żydówką i żebym o tym zawsze pamiętała, ale nikomu nie mówiła, gdyż mogłabym zostać zabita” – takie notarialne oświadczenie złożyła Ester Weber z domu Muehlbauer w latach 90. Mieszkająca w USA Żydówka pamięta dobroć i miłość, z jaką przyjęto ją wiosną 1940 roku w domu Bików. „Wychowywali mnie jak własne dziecko. Oczywiście chodziłam z nimi do kościoła, uczyłam się wszystkich modlitw i prowadziłam życie dobrej chrześcijanki. Byłam tam szczęśliwa do czasu, gdy jacyś młodzi chłopcy zobaczyli mnie na polu pasącą krowy i donieśli o mnie policji”. Rzecz działa się w Krzemienicy na Podkarpaciu.
Rodzinną historię pomocy Żydom Marian Bik opowiedział swojej córce Marii Lis, a ona złożyła relację: „Mój ojciec pamiętał, jak jego matka wynosiła jedzenie młodemu Żydowi, który ukrywał się w polu kukurydzy. Na stryszku w chlewiku ukrywali rodzeństwo żydowskie, trzy osoby – do chwili, gdy znalazła się dla nich lepsza kryjówka”. Po donosie na Ester Muehlbauer Bików ostrzeżono, że muszą pozbyć się dziecka lub zostaną wszyscy rozstrzelani, a gospodarstwo spalone. Ostatnią noc przed wyprawą w nowe miejsce dziewczynka spędziła w stajni. „Marian Bik i cała rodzina płakali. Przychodzili kolejno do mnie, żeby się pożegnać” – wspomina. Rankiem Maria Bik zawiozła ją pociągiem do Warszawy, żeby poszukać siostry ojca dziewczynki, której wcześniej pomagali załatwiać fałszywe dokumenty. W tym czasie ojciec Ester ukrywał się w lesie, a matka została zastrzelona przez Niemców. „Rodzina Bik zrobiła wszystko, co w ich mocy, żeby uratować moją rodzinę, narażając przy tym własne życie”.
Ester ze swoim mężem i dziećmi wybrała się w 1993 roku do Krzemionki, gdzie odnalazła żyjących jeszcze Mariana i Marię Bików – Józef został zamordowany przez komunistów w 1945 roku.
Ojcu Ester Chananowi Muehlbauerowi udało się przeżyć niemiecką okupację. On również złożył w latach 90. notarialne oświadczenie, w którym podkreślił, że „Marian, Józef i Maria Bikowie uczynili wszystko, co możliwe, dla ocalenia mojej córki. Żyje ona dzisiaj dzięki nim”.
Wciąż pojawiają się nowe relacje, poznajemy nieznane dotychczas historie – czemu bać się tego słowa – heroizmu ludzi, którzy na szalę rzucali życie bliskich, by ratować życie Żydów. Kiedy ginęli, pozostawiali po sobie sieroty. Niech na koniec przemówi Władysław Augustyn, który w lutym 1943 roku był świadkiem rozstrzelania rodziców za ukrywanie siedmiorga Żydów w Szerzynach w Tarnowskiem. „Do dnia dzisiejszego odczuwam boleść po utracie najbliższych memu sercu Ojca i Matki. Nie mogę zapomnieć tej tragedii”.
Niechby twórcy kłamstwa o udziale Polaków w holokauście spotkali się z dziećmi ludzi wymordowanych za pomoc Żydom, które dorastały jako sieroty i dziś jeszcze nie mogą mówić bez łez o śmierci najbliższych. Niechby wysłuchali prawdziwych opowieści i spojrzeli im w oczy, zamiast „rozprawiać się z mitami o polskiej martyrologii”.
W artykule wykorzystano relacje i materiały nadesłane na apel Radia Maryja w sprawie Kaplicy Pamięci w Toruniu.
Anna Zechenter