• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

Moje lektury

Środa, 22 stycznia 2014 (02:23)

Co warto czytać

Zainspirowany artykułem pani Barbary Wachowicz („Wspaniałe lekcje polskości” – „Nasz Dziennik” z 15 lutego) postanowiłem napisać o kilku lekturach, które kształtowały moje spojrzenie na świat, na miejsce mojego Narodu w tym świecie, na to, co w życiu najważniejsze. Nie chodzi o prywatne wypominki.

Pani Barbara Wachowicz, cytując Williama Faulknera, przywołała kwestionowaną dziś prawdę, bliską, jak się okazuje, także amerykańskiemu nobliście: Sienkiewiczowskie „krzepienie serc” nie było „idealizowaniem przeszłości”. To jest najszlachetniejsze zajęcie dla piszącego. I najtrudniejsze, bo z morza zdarzeń chwalebnych i mniej chwalebnych trzeba wyłowić te, które pokazują człowieczeństwo, emanację miłości, szlachetności, poświęcenia, iskrę Bożą – właśnie dla „pokrzepienia serc” i po to, by pokazać młodzieży wzory pięknego życia, pięknych wyborów. Contra spem spero!

Mój „Potop” wzruszeń

Jaki byłby dziś mój stosunek do Polski, do mojego Narodu, gdybym nie sięgnął kiedyś po książki człowieka, który „krzepił serca” kilku pokoleń rodaków? Byłem uczniem V klasy Szkoły Podstawowej w Jagatowie pod Gdańskiem. Biblioteka wiejskiej szkoły była niebogata, wszystko dla pięcioklasisty już przeczytałem i pani mi wypożyczyła „Potop” – z nadzieją, że na jakiś czas dam jej spokój.

Pierwsze strony czytałem, bo czytałem, a potem coś mną poruszyło. Nie potrafię dziś odtworzyć, co to było. Pamiętam tylko moją rozbuchaną wyobraźnię. Czułem się jak w kinie. Ja to wszystko widziałem! Trochę pomogły tej wyobraźni zapamiętane sprzed paru lat sceny z filmu „Krzyżacy”, na który moja mama wspaniałomyślnie odstąpiła mi bilet i pojechałem do kina z ojcem. Teraz, w trakcie lektury „Potopu”, pojawiła się duma. I jakieś skojarzenia z obozu harcerskiego, z którego dopiero co wróciłem: „O rycerstwie spod kresowych stanic, o obrońcach naszych polskich granic”. Ból z powodu fałszywego oskarżenia pana Andrzeja i pragnienie doczytania do końca, bo na pewno to się wyjaśni. I Jasna Góra, i nowe cierpienia, ale i wzruszenia. A potem ta oszałamiająca scena w wąwozie, z cudem w postaci górali idących królowi na odsiecz. „Jam nie Babinicz, jam… Kmicic”… Jak bardzo mi to pomogło dwa lata później w zrozumieniu sceny umierania Jacka Soplicy z Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. To była wtedy lektura dla VII klasy! Od tego czasu znam na pamięć „Inwokację” narodowej epopei. Nie znają jej zeszłoroczni maturzyści. Sprawdzałem. Za mało miejsca na „twardym dysku”?

„Lauda wraca!”. Czytają list królewski! „A co, Oleńka, a co”… Wszystko, co było we mnie najpiękniejsze i najszlachetniejsze, wylało się łzami wzruszenia i radości. Kończyłem „Potop” następnego dnia przy świeczce, w nocy, po cichutku, by nie budzić ojca, który o dziesiątej stanowczo zażądał, żebym poszedł spać, bo jutro trzeba do szkoły…

Po latach wracam czasami do tej Kmicicowej sceny w kościele, gdy czuję, że nie jestem sobą, że robię źle. Wracam do tamtych wzruszeń. Do czego wrócą dzisiejsi 11-latkowie?

Lektura „Ogniem i mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego” była niezbędnym dopełnieniem. Nieprzeczytanie tych powieści po tym, co przeżyłem, nie mieściło się w głowie.

Nauczyciel Mackiewicz

Czytało się w tamtych czasach różne rzeczy, co wpadło w ręce. Wyczytałem prawie wszystko, co było w serii z żółtym tygrysem – propagandowe książeczki kieszonkowe wydawane przez komunistyczne MON, po 5 zł za egzemplarz. W większości były to teksty zmanipulowane, z alowcami, geelowcami i pepeerowcami w rolach głównych, z szyderczymi uwagami pod adresem AK „stojącej z bronią u nogi” [!], z „bandytami z NSZ” i z powojennego podziemia antykomunistycznego. Poruszałem się w tym jak w labiryncie: za młody, by rozumieć mechanizmy manipulacji, ale dostatecznie „zaimpregnowany” na treści antypolskie. Czym? Żyły we mnie wzruszenia z lektury „Trylogii”! „Bandyta z lasu” to był dla mnie pan Kmicic! Nie mógł być zły! Bolszewik nie mógł być dobry! To wiedziałem od starego pana Malinowskiego, co pod lasem wypasał krowy.

A potem przyszła konkretna wiedza. W liceum koleżanka Hania Jarecka dała mi w wielkiej tajemnicy „Zbrodnię katyńską w świetle dokumentów”. Z przedmową gen. Władysława Andersa! Pierwsze wydanie ukazało się zaraz po wojnie, to moje było z roku 1963, wydawnictwo „Gryf”, Londyn. Na okładce nie było nazwiska autora. Dopiero później się dowiedziałem, że to Józef Mackiewicz. Najwybitniejszy polski pisarz polityczny XX wieku. Ale mi się trafiło! Ręka mi mdlała od przepisywania ponad stu stron przez wiele dni! To było nie tylko o Katyniu. Rozdział „Zbrodnia jako metoda sowieckich rządów” otworzył mi oczy i na „najazd jaśniepanów polskich na kraj radziecki”, i na „bandytów”, i na tajemnicę mojego stryjka Ludwika, którego UB wysłało w roku 1947 na Sybir „za peesel”, czego wcześniej pojąć w żaden sposób nie mogłem.

Ja, Marcin Borowicz

Jakoś niedługo po Mackiewiczu czytałem jako obowiązkową lekturę szkolną „Syzyfowe prace” Stefana Żeromskiego. Pierwsze rozdziały smutne, przygnębiające. Zatęchła, zabiedzona prowincja pod rządami rosyjskich czynowników. Bieda materialna i ubóstwo duchowe. Ale potem serce skacze do gardła, gdy „Figa” Walecki protestuje przeciwko antykatolickiej „lekcji” rosyjskiego nauczyciela, z plugawymi opowieściami o zakonnicach. Ileż tego jest dziś w internecie! Serce skacze mi do gardła, gdy kolega Marcina, wyrzucony z poprzedniego gimnazjum za „nieprawomyślność”, recytuje „Redutę Ordona”, a Marcin przymyka oczy i „już wie wszystko”. Już wszystko rozumie: opowieści starego strzelca, traumę Powstania Styczniowego, z którą się stykał od dziecka, ale której wcześniej nie rozumiał. Ten Marcinowy strzelec to pan Malinowski, były legionista, którego postawił na mojej drodze chyba sam Pan Bóg jako świadka historii. Śpiewał mi w lesie zakazane piosenki, na przykład jak to „Piłsudski rusza w pole, a z nim chłopcy nasze”! Na kogo ruszają? Na bolszewika! Bo to największa zaraza! Boże, już wszystko wiem, choć jeszcze rok temu nie rozumiałem tego wszystkiego, tak jak nie rozumiał Marcin Borowicz, choć żyliśmy w różnych czasach. Psu na buty wasz wysiłek, wasza propaganda i Lenin w Poroninie do spółki z Nadieżdą Krupską i Czapajewem! Ja jestem Marcin Borowicz!

Przeczytałem Haleckiego

Mackiewicz uświadomił mi, że muszę przeczytać coś równie odradzającego, ale odnoszącego się do całej historii Polski. Żeby się obmyć z podręcznikowych kłamstw! Więc szukałem właściwej lektury. Ale jak na nią trafić? I znów miałem szczęście. Profesor Oskar Halecki. Nie dość, że powojenny emigrant londyński, to jeszcze do tego przed wojną prezes Zjednoczenia Pisarzy Katolickich i wiceprezes Związku Polskiej Inteligencji Katolickiej. Tylko jak zdobyć jego „Historię Polski” z roku 1945? Byłem już wtedy studentem, miałem wstęp do czytelni naukowej gdańskiej biblioteki PAN. Ku mojej radości w katalogach znalazłem i Haleckiego, i innych „reakcjonistów” – po jednym egzemplarzu dla celów naukowych.

Notowałem gorączkowo, bo wszystko było dla mnie nowe. Ja, czytelnik tylu książek o tematyce historycznej, czułem się teraz jak analfabeta. Uczyłem się na nowo historii mojego Narodu i kraju. „Odkryłem” konfederację barską jako pierwsze powstanie narodowe. Do tej pory wiedziałem tylko z podręczników, że to był „ruch wsteczny” szlachty polskiej i atak na dobrego króla Stasia, co karmił biednych artystów na obiadach czwartkowych. Dowiedziałem się, że to nie my sami na sobie dokonaliśmy rozbiorów, z powodu naszych „wad” (co nam nachalnie powtarzała propaganda komunistyczna), tylko że zrobili to w zmowie nasi sąsiedzi. Poznałem miarę „wielkości” różnych Waryńskich, Marchlewskich, Dzierżyńskich, czczonych w nazwach peerelowskich ulic i zakładów pracy. Poznałem prawdziwe znaczenie Cudu nad Wisłą, co wcześniej docierało do mnie z peerelowskich książek i gazet tylko w kontekstach szyderczych, nienawistnych. Miałem od tej pory poczucie tragicznego rozdarcia i świadomość zniewolenia mojego Narodu, ale było mi lżej, bo już wiedziałem.

„To wszystko uznaję za swoje”

W tym samym numerze „Naszego Dziennika”, w którym pani Barbara Wachowicz rozważa fenomen „Trylogii”, znalazłem piękne myśli ks. prof. Mieczysława Krąpca z „Rozważań o narodzie” (2004), które doskonale dopełniają to, co niezdarnie starałem się w tym tekście tak naprawdę powiedzieć:

„Niezwykle ważnym czynnikiem tworzenia się narodowej kultury, a przez to całego narodu, jest wspólna historia i utożsamianie się z nią wszystkich pokoleń. Owo ’utożsamienie się’ we wspólnej historii bywa niekiedy nazywane ’duszą narodu’. Dlatego dla członka narodu nie są czymś obcym jego dzieje (…). To my dokonaliśmy unii horodelskiej z ludami Litwy, to my zwyciężyliśmy wojska tureckie pod Chocimiem (…), to my obroniliśmy Europę w 1920 roku przed bolszewicką nawałą (…). To wszystko uznaję za ’swoje’”.

I jeszcze stary Horacy: „Historia lux veritatis est” – historia jest światłem prawdy. Dajmy naszej młodzieży szansę poszukiwania światła prawdy i duszy Narodu, którego jest częścią. Co zrobić, by te nasze zagubione polskie dzieci – ofiary chorych „reform” edukacyjnych, internetowego zsypu nieczystości i powszechnie panującego wtórnego analfabetyzmu – mogły kiedyś powtórzyć za o. Mieczysławem Krąpcem: To wszystko uznaję za swoje.

Piotr Szubarczyk