• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

Feminizm w dużych ilościach szkodzi zdrowiu!

Niedziela, 19 stycznia 2014 (20:41)

Przyznaję, że ze zdziwieniem obserwuję (a raczej przeciwnie, nie obserwuję) reakcje na nonsensy Barbary Limanowskiej, feministki i działaczki ideologii gender przybyłej z zagranicy na ratunek tonącym feministkom w Polsce.

Łajbę feministek wysadziła ostatnio Katarzyna Bratkowska (pod koniec 2013 roku, gdy zapowiedziała publicznie dokonanie aborcji swojego nienarodzonego dziecka, oraz na początku 2014 roku, gdy gloryfikowała komunizm) i teraz potrzeba na gwałt szukać wsparcia. W niesieniu pomocy feministkom prym wiedzie rzecz jasna „Gazeta Wyborcza”.

Absurdy, jakie Limanowska wypowiedziała w wywiadzie udzielonym dla „Wysokich Obcasów”, mocno mnie zmroziły. Jest ich sporo, ale najważniejsze, że żaden ekspert z dziedziny medycyny, szeroko rzecz ujmując, a węziej kardiologii, nie odniósł się krytycznie do jej wypowiedzi na temat zapadania na choroby serca. Nie słysząc głosów sprzeciwu, muszę zareagować sam, nie będąc lekarzem, ale przy pomocy faktów.

Pani Limanowska wykazała się niecodzienną wiedzą medyczną. Nie twierdzę, że wypowiadanie się w tak ważnej dziedzinie obliguje jedynie naukowców czy lekarzy, ale jednak aktywistka feministyczna przesadziła. Jest to tym bardziej niepokojące, że żadna osobistość ze świata medycyny nie storpedowała jej absurdalnych tez, a także, że jej zagrażające Polakom koncepcje znalazły się w gazecie opiniotwórczej, o zasięgu ogólnopolskim, do tego, wywiad ten jest bardzo promowany.

Mam nadzieję, że cisza wokół wywiadu to efekt powszechnego wyśmiania tez w nim zawartych, ale sądzę, że dla dobra wspólnego należy zawsze w takich sytuacjach reagować. Ideologia gender w nadmiarze może bowiem prowadzić do występowania szkód w społeczeństwie.

Limanowska przekroczyła granicę, opowiadając nam o swoim świecie, o ideologii gender, i zdemaskowała publicznie, czym ona jest. Przy okazji swoich tez nie podparła się ani razu żadnym rzetelnym badaniem naukowym, a tez propagandowych wypowiedziała naprawdę sporo. Niestety weszła także na obszar medycyny. I tu zgłaszam swoje stanowcze NIE. Jej koncepcje, nie wiadomo skąd wysnute, powinny zostać mocno napiętnowane, bo realizacja postulatów tego szaleństwa może prowadzić do tragedii. Muszę zacytować jej wypowiedź w całości.

Limanowska zadaje najpierw pytanie dziennikarce „Wyborczej”: Jakie są według pani objawy zawału serca?

Odpowiedź dziennikarki: Ból w klatce piersiowej, ucisk, mrowienie ręki, duszność.

Komentarz Barbary Limanowskiej: Większość ludzi tak odpowiada. I jeśli spojrzy pani na informacje dotyczące ataku serca, taki opis jest nazywany typowymi objawami. Okazuje się, że są to typowe objawy, ale dla mężczyzn.

Co pani chce przez to powiedzieć?

Kobiety odczuwają słabość, duszność, niekoniecznie ból w klatce piersiowej i mrowienie ręki. Źle się czują, ale opisanego jako typowy objawu, który by informował, że coś się dzieje z sercem, może u nich wcale nie być. W związku z tym nie zdają sobie często sprawy, że mają zawał. Śmiertelność wśród kobiet w wyniku zawału jest wyższa niż u mężczyzn. Można powiedzieć, że to kobieca choroba, ale jej opis został skonstruowany na podstawie jej przebiegu u mężczyzn. Nietypowymi nazywa się objawy u kobiet, chociaż to wśród nich jest więcej ofiar zawału serca. Myśląc o tym, co typowe, a co nietypowe, należałoby powiedzieć, że jest na odwrót. To przypadek, w którym występuje brak perspektywy genderowej, co ma konkretne skutki dla stanu naszego zdrowia.

To jawna manipulacja.

Zacznijmy od tego, że wg najnowszych danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego/Państwowego Zakładu Pracy „we wszystkich grupach wieku mężczyźni umierają częściej niż kobiety” (s. 52). Ponadto, „w latach 2000. nie obserwuje się niestety poprawy sytuacji w odniesieniu do nadumieralności mężczyzn w żadnej grupie wieku”.

Po wyeliminowaniu różnic w strukturach wieku w obu grupach płci poprzez standaryzację współczynników, ogólny poziom umieralności mężczyzn w 2010 r. był o 91% wyższy niż kobiet. W krajach Unii Europejskiej przeciętna nadwyżka umieralności mężczyzn w stosunku do kobiet jest mniejsza i w 2010 r. wynosiła około 65% (w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Holandii wynosi ok. 40-45%) (Tamże).

Po drugie, z danych Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (umieszczonych m.in. na stronie Ministerstwa Zdrowia) wynika, iż z powodu zawału serca umiera codziennie w naszym kraju ok. 100 osób, a ogółem choroby układu sercowo-naczyniowego są przyczyną prawie 500 zgonów każdego dnia oraz połowy zgonów w Polsce (ok. 48% w 2001 r.). Niemniej jednak, najgorszą sytuację obserwuje się wśród mężczyzn w wieku 30-59 lat i dzieci do 15. roku życia, bowiem ryzyko zgonu jest większe o 40% w stosunku do ich rówieśników żyjących w innym kraju UE.

We wspomnianym dokumencie „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania” (Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Pracy – 2012) czytamy:

Wprawdzie częściej z powodu ChUK umierają kobiety niż mężczyźni (w 2010 r. współczynniki rzeczywiste dla obu grup wynosiły odpowiednio 469 i 442 na 100 tys.) ale wynika to ze starszej struktury wieku kobiet. Po wyeliminowaniu różnic w obu strukturach wieku okazuje się, że choroby te są znacznie większym zagrożeniem życia mężczyzn, gdyż standaryzowany współczynnik zgonów w 2010 r. dla mężczyzn był o 69% wyższy niż dla kobiet (s. 59).

Przejdźmy teraz do autorytetów z dziedziny medycyny. Według danych zawartych w książce „Choroby wewnętrzne” pod redakcją śp. prof. Andrzeja Szczeklika (nie trzeba przedstawiać…) wśród chorych z ostrymi zespołami wieńcowymi kobiety stanowią 30-45% populacji. To mężczyźni są bardziej podatni na zagrożenie tą chorobą, a także na częstsze występowanie śmiertelności w wyniku zawału. Przebieg choroby wieńcowej pojawia się u nich wcześniej i przebiega także u nich gorzej. W porównaniu z przebiegiem tej choroby u kobiet to mężczyźni są obciążeni większym ryzykiem zgonu.

Innymi słowy, na zawał serca, według wymienionych danych, najczęściej chorują mężczyźni, stąd kampanie społeczne są skierowane właśnie do nich, najczęściej też to mężczyźni umierają na zawały.

Wypowiedź Limanowskiej wręcz obezwładnia i ukazuje zagrożenie, jakie dla ludzi stanowi gender. Czyż nie jest to diabelska zagrywka? Ideolodzy gender odwracają nawet dokonania w nauce medycznej, co oczywiście może mieć przełożenie na zwiększenie śmiertelności w populacji, w tym przypadku mężczyzn, jeśli dałoby się tylko wolną rękę tym ideologom we wprowadzaniu w życie swoich antynaukowych odkryć.

Tezy Limanowskiej są groźne dla samych kobiet. Dlaczego? Ból w klatce piersiowej, wg dr. hab. Bronisława Bednarza (zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Kardiologia Polska”) jest dominującym i podstawowym objawem zawału serca u 80% chorych, bez względu na płeć, a nie duszność, jak dowodzi pani Limanowska.

Mam nadzieję, że na podstawie wyżej zaprezentowanych danych, wywiedzionych z szacownych instytucji i ważnych dla medycyny nazwisk, wybrzmiewa przekaz, że wprowadzanie w życie ideologii gender może być dla nas zgubne. Dla wszystkich.

Jak widać, nowa lewica korzysta ze swoich ideologicznych danych, nie wiadomo wciąż jakich, ale osobiście nie mam nic przeciwko, niech korzysta, jednak pod warunkiem, że  aktywistki feministyczne nie będą przy tym po pierwsze – dezinformowały opinii publicznej w Polsce w imię walki klas, po drugie, nie będą urzeczywistniały swoich pseudonaukowych odkryć w społeczeństwie, bo inżynieria społeczna za ich sprawą może się dla nas wszystkich źle skończyć. Także dla kobiet.

W wywiadzie jest więcej nonsensów, którym nie chcę poświęcać już miejsca, ponieważ rozmowa ukazała główny przekaz myśli „humanistycznej” wyznawczyni gender.

Przerażające, jak można tak manipulować faktami. A wszystko w imię walki klas. Głównym zadaniem nauki społecznej jest zwalczanie prądów myślenia i ideologii, które kreują, jakby to powiedział Marks, fałszywą świadomość i uniemożliwiają myślenie intelektualne na wyższym poziomie, a więc w sposób niezaangażowany, wolny od wartościowania. Dlatego ideologia gender nie ma prawa mieć pretensji do bycia koncepcją naukową.

W każdym razie niebezpieczne promowanie antynaukowych nonsensów działaczek i ideologów gender wśród polskiego społeczeństwa zostawiam sumieniu redakcji „Gazety Wyborczej”, która pozwala na publikacje takich nonsensów, a moja wypowiedź niech będzie zdroworozsądkowym antidotum na tę truciznę.

dr Tomasz M. Korczyński