Do specjalnych poruczeń
Piątek, 17 stycznia 2014 (02:00)Gdyby polityczną działalność Małgorzaty Kidawy-Błońskiej mierzyć liczbą ustaw uchwalonych z jej inicjatywy czy skalą rozwiązań problemów społecznych, w które się zaangażowała, to efekty jej parlamentarnych akcji trzeba by określić jako bliskie zeru.
Kariera polityczna Małgorzaty Kidawy-Błońskiej miała przebieg bardzo typowy dla wielu działaczy Platformy Obywatelskiej. Zaczynała w Unii Wolności, a gdy partia rozsypała się pod koniec lat 90., w 2001 r. zasiliła szeregi PO. Karierę rozpoczęła od Rady Warszawy, gdzie była członkiem komisji kultury.
– Niczym specjalnym się nie wyróżniała –wspomina jeden z byłych warszawskich radnych, którego już wtedy dziwiły wybory polityczne Kidawy-Błońskiej.
Wydaje się, że przełomowym, choć może niezbyt spektakularnym momentem jej kariery politycznej była postawa w Radzie Warszawy. Gdy po wykryciu przez NIK tzw. afery mostowej, czyli inwestycji dokonywanych jeszcze przez poprzednie koalicje PO, a wcześniej UW i SLD, na których miasto miało stracić ogromne pieniądze, Platforma popadła w polityczne tarapaty, Kidawa-Błońska lojalnie pozostała w szczątkowym już klubie radnych PO w radzie miasta.
– Zapewne wtedy została zauważona i doceniona za lojalność – przypuszcza jej ówczesny kolega radny.
Ministerialna posada i funkcja rzecznika rządu, które otrzymała na początku 2014r., to – zdaniem posła Mariusza Błaszczaka z PiS – również nagroda Tuska dla Kidawy-Błońskiej za lojalność i gotowość do poświęceń dla partii.
Rzeczywiście trudno znaleźć jakąkolwiek jej wypowiedź wykraczającą poza słynne już „przekazy dnia” przygotowywane dla posłów PO, a najstarsi parlamentarzyści nie pamiętają, aby w jakimkolwiek głosowaniu wykroczyła poza linię wyznaczoną przez Donalda Tuska.
Posłanka jednej ustawy
Na szerokie wody ogólnopolskiej polityki Małgorzata Kidawa-Błońska wypłynęła po zwycięskich dla Platformy przyspieszonych wyborach z 2007 roku. Stopniowo partia przechodziła na lewicowe pozycje światopoglądowe i zaostrzając antykościelny kurs, zaczęła kusić lewicowy elektorat wprowadzeniem tzw. ustaw światopoglądowych. Jednym z pól otwartego konfliktu z Kościołem stały się prace nad ustawą o zapłodnieniu in vitro dopuszczającą – wbrew nauczaniu Kościoła – stosowanie tej procedury. Kidawa-Błońska w kontrze do propozycji Jarosława Gowina otrzymała od władz partii zgodę na powołanie zespołu i prace nad nowym, idącym jeszcze dalej projektem zapłodnienia in vitro. W efekcie powstał projekt ustawy, która dopuszcza korzystanie z technik rozrodu wspomaganego medycznie nie tylko przez małżeństwa, ale i pary heteroseksualne, pozwala tworzyć i zamrażać ludzkie zarodki, umożliwiając ich niszczenie, a także selekcję i handel embrionami.
Jan Dziedziczak, poseł PiS i przewodniczący Parlamentarnego Zespołu na rzecz Ochrony Życia i Rodziny, uważa, że projekt ten de facto zezwala na powszechne stosowanie zabiegów zapłodnienia in vitro i niewiele różni się od skrajnych propozycji SLD i Ruchu Palikota.
– Projekt ten jest nie tylko niezgodny z nauczaniem Kościoła, ale wręcz wobec tego nauczania konfrontacyjny – wskazuje. –Myślę, że rola pani poseł przy jego powstawaniu była absolutnie ponadstandardowa, stąd też jest powszechnie określany jako projekt ustawy in vitro Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Jest to jedna z nielicznych pozycji w dotychczasowym dorobku pani poseł – dodaje.
Za sprawą śmiercionośnych projektów legislacyjnych Kidawa-Błońska stała się ważną figurą na antykościelnym froncie utworzonym przez Donalda Tuska w połowie 2011 roku. Po słynnej deklaracji premiera, że jego rząd „nie będzie klękał przed księdzem”, Kidawa-Błońska przestrzegała posłów przed wpływami Kościoła, zachęcając, by „działali niezależnie i nie ulegali jego presji”, starała się ośmieszyć władze zakonne prowincji Księży Marianów, które ograniczyły szkodzącą Kościołowi nadaktywność medialną ks. Adama Bonieckiego do publikacji w „Tygodniku Powszechnym”, zarzucając im stosowanie „zakazu myślenia”; publicznie sprzeciwiała się popieranej przez biskupów ustawie gwarantującej pełną ochronę życia, broniła decyzji KRRiT odmawiającej Telewizji Trwam miejsca na multipleksie, przeciw czemu protestowały miliony katolików w Polsce i na świecie, czy gdy broniła ideologii gender, zarzucając posłom, że mieszają naukę z ideologią i robią z niej kwestię polityczną.
Znacząca ignorancja
Broniąc swojego zaangażowania w tworzenie ustawy in vitro, Małgorzata Kidawa-Błońska przyznała w jednym z wywiadów, że nie wie, kiedy zaczyna się życie człowieka.
– To pokazuje poziom polityków PO – komentuje dr inż. Antoni Zięba, prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka, który od 30 lat zbiera dokumentację naukową dotyczącą początków życia człowieka. – Przecież to jest fundamentalna sprawa niebudząca w środowiskach naukowych kontrowersji. Uczą o tym już nawet w szkołach. Moja wnuczka w ubiegłym roku, będąc w piątej klasie, pokazywała mi podręcznik, w którym było wyraźnie napisane, że „życie dziecka zaczyna się od momentu zapłodnienia”.
Doktor Antoni Zięba wskazuje w tym kontekście na znamienne spostrzeżenie prof.med. Bernarda Nathansona, byłego aborcjonisty, a następnie działacza ruchów pro-life, autora głośnego filmu „Niemy krzyk”, że rozpowszechnianie kłamstwa, jakoby nie było wiadomo, kiedy zaczyna się życie człowieka, to jeden z podstawowych elementów strategii stosowanej przez środowiska proaborcyjne na całym świecie.
– Ponieważ środowiska te mają ogromną przewagę medialną, to mącą ludziom w głowach, politycy też się do tego przyczyniają – podkreśla dr Zięba.
Prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka jest zdumiony determinacją, z jaką PO zamierza doprowadzić do uchwalenia przez Sejm ustawy in vitro w wersji Kidawy-Błońskiej. Wskazuje na statystyki z brytyjskich klinik in vitro obejmujące dane zbierane przez kilkanaście lat i dotyczące 3,8 mln poczęć dzieci poprzez procedurę in vitro, z których wynika, że skuteczność tej metody wynosi zaledwie 3,2 procent. Poważne publikacje naukowe, na które powołuje się dr inż. Zięba, potwierdzają znaczący wzrost poziomu wad wrodzonych u dzieci poczętych tą metodą.
– Dane te jasno dokumentują, że zapłodnienie in vitro nie jest procedurą życia, lecz procedurą śmierci i kalectwa – podkreśla Antoni Zięba. – Ta procedura jest po prostu niepotrzebna w sytuacji, gdy współczesna medycyna wypracowała nowoczesną, etyczną, efektywną metodę leczenia niepłodności w postaci naprotechnologii, która jest dwa-trzy razy skuteczniejsza od in vitro i tyleż samo tańsza.
W tandemie z Kozłowską-Rajewicz
W promowaniu lewicowych, sprzecznych z nauczaniem Kościoła projektów, poseł Kidawa-Błońska jeszcze w poprzedniej kadencji Sejmu znalazła w klubie PO bratnią, a raczej siostrzaną duszę, w osobie poznańskiej poseł Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz. Panie przeszły nieomal identyczną drogę do Sejmu wiodącą przez Unię Wolności, Platformę i samorząd. Nic dziwnego, że szybko znalazły wspólny język, przygotowując w podkomisji liberalny projekt ustawy o in vitro, a także promując ustawę o związkach partnerskich, i to nie tylko w wersji PO, ale również skrajnie lewackie pomysły SLD i Ruchu Palikota.
Ta współpraca zaowocowała po wygranych przez PO wyborach parlamentarnych z 2011 roku. Donald Tusk pozbył się wtedy z rządu nie dość „postępowej” Elżbiety Radziszewskiej i powołał na stanowisko pełnomocnika rządu ds. równego traktowania rekomendowaną przez Kidawę-Błońską feministkę i genderystkę z Poznania Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz.
Już wkrótce obie panie zaskarbiły sobie wdzięczność środowisk homoseksualnych. Pod koniec grudnia 2011 r. zostały w oryginalny sposób pochwalone na portalu „ludzi LGBT”.
„Swoje poparcie dla idei związków partnerskich dla par jednopłciowych wyrażała też bez wstydu Małgorzata Kidawa-Błońska z PO: ’Związki partnerskie są potrzebne. Chodzi o zapewnienie wolności i praw, które wszyscy mamy’ – mówiła polityczka” – ekscytowali się „ludzie LGBT”, czyli lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści, stawiając Kidawę-Błońską na równi z ich „pełnomocniczką” Agnieszką Kozłowską-Rajewicz.
Ta radość była jednak przedwczesna, gdyż w styczniu 2013 r. Sejm większością głosów prawicowych posłów opozycji, a także członków PSL i części PO odrzucił wszystkie trzy projekty ustaw dotyczących związków partnerskich, zarówno ten złożony przez PO, jak i autorstwa Ruchu Palikota i SLD.
Poseł Kidawa-Błońska nie złożyła jednak broni i zapowiedziała „powrót do dyskusji o związkach partnerskich po uspokojeniu emocji”. Według dr Hanny Karp, medioznawcy z WSKSiM, projekt polityczny realizowany przez Platformę Obywatelską za pomocą takich działaczy jak m.in. Małgorzata Kidawa-Błońska to próba wprowadzenia do Polski rozwiązań prawnych płynących z głównego liberalno-lewicowego nurtu ideologicznego dominującego w Unii Europejskiej.
– To jest taki uśmiech PO w stronę Unii Europejskiej, żeby tamtejsze gremia decyzyjne wiedziały, że w Platformie są ludzie, na których można liczyć, że nie zawiodą, kiedy przyjdzie odpowiedni czas – wskazuje.
Doktor Hanna Karp podkreśla, że w Polsce nie ma przyzwolenia społecznego na stawianie spraw zapłodnienia in vitro czy związków partnerskich na ostrzu noża i maksymalne „dociskanie” tych ustaw w parlamencie. Polacy, wśród których ciągle przeważają ludzie o poglądach konserwatywnych, są obecnie bardzo świadomi stojących przed nimi problemów demograficznych.
– Pani poseł Kidawa-Błońska jest na pewno osobą, na którą w tym kontekście unijnym środowiska lewicowo-liberalne mogą liczyć, że jak przyjdzie czas, to stanie na czele tych projektów i znów będzie je forsować – wskazuje dr Karp.
Adam Kruczek