Żale Jana Klaty
Poniedziałek, 6 stycznia 2014 (20:52)Jan Klata znów przemówił. Podczas spotkania z wrocławską publicznością z okazji wystawienia na dużej scenie Teatru Polskiego „Sprawy Dantona”, niedoceniony reżyser żali się na prawicę. To ona, zdaniem Klaty jest winna nagonce na jego autonomiczną sztukę. Mówi to autor spektaklu, w którym ubrani aktorzy (wciąż jeszcze ubrani) kopulują ze sobą na scenie.
Oburzonych i zniesmaczonych widzów Jan Klata wrzuca do worka prawicowych działaczy, którzy chcieli zbić, cynicznie kapitał polityczny na czymś, o czym nie mają pojęcia. Wszystkich, którzy ośmielą się skrytykować dokonania (czytaj: destrukcję nihilistyczną) Klaty trzeba nazwać prawicowymi działaczami.
Oglądałem film z całego zajścia. Słyszałem głównie wybuch żalu wychodzącej publiczności. Haseł politycznych (czytaj: prawicowych) zaś nie słyszałem. Oprócz zniesmaczonych widzów, w samym zespole teatralnym Narodowego Teatru Starego w Krakowie panuje poważny podział, trwa kryzys, znani aktorzy odmawiają udziału w spektaklach Klaty. Czy to także prawicowi działacze i działaczki? Na przykład wielka Anna Polony?
„Gazeta Wyborcza”, która w tętniącym sporze „piękno/dobro a kicz/zło” stoi po stronie kiczu i zła, a także ordynarnego i karłowatego zepsucia oparami dekadentyzmu, opłacanego za pieniądze podatnika, nazywa Jana Klatę „reżyserem awangardowym” oraz „najbardziej znanym reżyserem młodego pokolenia”. Tu się ubawiłem, przyznaję.
Niedouczeni redaktorzy nie znają nawet podstawowych terminów, jakimi się posługują, nie znają także prawdziwych talentów współczesnej reżyserii teatralnej.
Dziś, o czym już chyba uczniowie liceum dobrze wiedzą, nie można mówić o awangardzie, która przeminęła i przypomnę jest w sztuce zawsze przeciwko głównemu nurtowi, głównemu stylowi. A obecnie taki w teatrze nie istnieje.
Awangardą nie można nazwać dramatu, w którym przez cały spektakl aktorzy klną, masturbują się, kopulują, bluźnią, posługują się wulgaryzmami, a mężczyźni jeżdżą półnadzy (w podwiązkach) na wózkach inwalidzkich, o nie. Określeń tego upodlenia sztuki znajdzie się bez wątpienia bez liku, ale na pewno nie jest to awangarda. Paradoksalnie awangardowym reżyserem Jan Klata byłby wówczas, gdyby wrócił do źródła teatru, zapoznanego kilka dekad temu. Do ducha Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa.
Co do absurdalnego obwołania Klaty „najbardziej znanym”, to wymienię tylko kilku reżyserów, którzy pana Klatę przeganiają o lata świetlne w prowadzeniu fabuły, choreografii, oświetlenia, muzyki, itp., Michał Borczuch, Grzegorz Jarzyna, Maja Kleczewska, Wojtek Klemm.
Wygolenie głowy na łyso, założenie T-shirtu ze szkielecikiem czy glanów, poparcie i akceptacja dla zohydzania sztuki przez dewastatora sztuki polskiej i dziedzictwa narodowego ministra Zdrojewskiego, to za mało, żeby zostać określonym jako „najbardziej znany reżyser młodego pokolenia”.
Chyba, że wypowiadający taki sąd jest redaktorem „Wyborczej”, to wówczas się zgodzę. Najbardziej znanym może dlatego, że publiczność wyszła z jego przedstawienia, ale to nie jest akurat powód do chluby.
Jan Klata we Wrocławiu powiedział też, że „ja wiem, że niektórzy by woleli, żeby reżyser po prostu wystawiał Hamleta jak zwykle. Teatr by działał, szkoły by przychodziły, podatnik nie miałby marnowanych pieniędzy”. I tu wylazło na wierzch szydło z worka.
Podczas spotkania we Wrocławiu nikt panu Klacie nie zadał tego fundamentalnego pytania, które stawiam teraz: „Panie reżyserze, czy Pan by w ogóle potrafił wystawić Hamleta albo Makbeta? W sensie klasycznym? I wystawić tak, żeby dzieło zaparło dech w piersi i wstrząsnęło?”.
Osobiście uważam, że sztuki tej miary Klatę przerastają, stąd jego frustracja, bo o tym wie, i potrzebuje odreagowania poprzez deptanie wielkości geniuszy, rozszarpanie z wściekłości, z zemsty na strzępy doniosłych dzieł, a w ich miejsce proponuje ordynarne wygłupy na scenie, które potem niedouczona „Gazeta Wyborcza” nazwie SZTUKĄ awangardową, gdy tymczasem jest to kicz i obscena.
Chociaż argumentacja Klaty o „prawicowych działaczach” może wskazywać jeszcze na jeden ukryty aspekt sprawy.
Może Klata boi się wystawić „Makbeta” czy „Hamleta” ponieważ mu się owe tragedie zanadto kojarzą z polityką aktualnych władz PO (w tym swojego łaskawego chlebodawcy) i prawdopodobnie nie chce on upolityczniać sztuki, tym bardziej że może zostać przez „Gazetę Wyborczą” posądzony o sympatie prawicowe, a przez Zdrojewskiego zwolniony.
Sztuka sztuką, ale nawet awangarda chleb jeść musi. Chociaż to takie zwyczajne, żmudne, i nienowoczesne.
Dr Tomasz M. Korczyński