Pod dyktando gender
Piątek, 3 stycznia 2014 (02:15)Do wielkiej polityki wszedł dzięki samorządowi, drogę do parlamentu i rządu utorowało mu bowiem stanowisko prezydenta Wrocławia.
Bogdan Zdrojewski nie jest jednak rodowitym wrocławianinem, choć z tym miastem związane jest jego całe dorosłe życie. Urodził się w 1957 roku w Kłodzku, gdzie ukończył szkołę podstawową i liceum zawodowe. Część rodziny – ze strony matki – pochodzi z Kresów. Dlatego dalsza rodzina ministra, która opuściła ZSRS razem z Armią Andersa, rozsiana jest teraz po całym świecie. W 1975 roku Zdrojewski przeniósł się do Wrocławia, ale minęło kilka lat, zanim w 1979 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie ukończył filozofię i kulturoznawstwo.
Podczas studiów działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów – w 1980 roku został szefem NZS na Wydziale Filozoficzno-Historycznym. Po wprowadzeniu stanu wojennego kierował (do 1984 r.) tajnymi strukturami NZS na uniwersytecie. Zakładał i drukował podziemne czasopisma, organizował ich kolportaż. Z tego powodu był zatrzymywany przez milicję, która przeprowadzała także rewizje w jego mieszkaniu. W 1984 roku rozpoczął pracę w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie należał do nielegalnej komisji zakładowej NSZZ „Solidarność”, a w 1989 został pracownikiem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego.
Zanim jednak rozpoczęła się kariera naukowa Zdrojewskiego, przyszły minister przez kilka lat pracował w PKP i w Państwowych Zakładach Zbożowo-Młynarskich we Wrocławiu. Najbardziej dochodowa okazała się jednak pasja fotograficzna. W drugiej połowie lat 70. dla Zdrojewskiego praca fotografa była ważnym źródłem dochodów. Jak sam wspominał, dobrze wtedy zarabiał, zwłaszcza przy obsłudze wystaw psów rasowych, na których zjawiali się także właściciele czworonogów zza „żelaznej kurtyny”, którzy płacili w twardej walucie.
Bo Dutkiewicz wybrał stypendium
Rok 1989 oznaczał powrót do normalnej działalności w „Solidarności”. Równolegle Bogdan Zdrojewski był zaangażowany w prace Wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, którego był sekretarzem. W 1990 roku został radnym Rady Miejskiej Wrocławia z listy WKO, a ponieważ był to największy klub w radzie, to wskazywał kandydata na prezydenta miasta.
Początkowo naturalnym kandydatem WKO wydawał się jego szef – Rafał Dutkiewicz. Ale gdy ten zrezygnował z powodu wyjazdu na stypendium do Niemiec, namówił wtedy swojego przyjaciela – Zdrojewskiego – do kandydowania. Kluczowe było zdanie Władysława Frasyniuka, który początkowo nie zgadzał się na Zdrojewskiego, bo go zwyczajnie nie znał, podobnie jak wielu radnych. Ale w końcu, po ostrej awanturze, Dutkiewicz i radni przekonali Frasyniuka i wybór Bogdana Zdrojewskiego na prezydenta Wrocławia stał się formalnością. Mając 33 lata, był wówczas najmłodszym prezydentem miasta.
Przyjaźń Dutkiewcza i Zdrojewskiego trwała zresztą jeszcze długo, tak samo jak bliskie polityczne związki ich obu z Grzegorzem Schetyną. Schetyna pomagał np. Zdrojewskiemu budować poparcie w radzie miejskiej. Jednak z czasem polityka ich podzieliła, a Zdrojewski przyłożył jesienią 2013 roku rękę do tego, że Schetyna stracił funkcję szefa PO na Dolnym Śląsku i dużą część wpływów w Platformie.
Nawet krytycy nie mogli odmówić Zdrojewskiemu sprawności nie tylko w zarządzaniu miastem, ale i w kontaktach z mediami, które szeroko relacjonowały np. jego wizyty na placach budowy miejskich inwestycji. Prezydent odbywał dyżury w redakcjach gazet i tygodników, gdzie odpowiadał telefonicznie na pytania czytelników.
Co tydzień też pojawiał się w lokalnej prywatnej Telewizji Echo, gdzie miał swój program pt. „Czas dla prezydenta”. Na żywo odpowiadał w nim na pytania mieszkańców i sprawiał wrażenie, że zna każdy problem trapiący mieszkańców, każdą przysłowiową „dziurę w jezdni”.
– To nie było trudne, prezydent zorientował się, że autorzy listów ze skargami, jakie trafiały do magistratu, często dzwonią potem z tymi samymi sprawami do telewizji. Więc zapoznawał się najpierw z problemami, jakie podnoszono w tych skargach, a potem był w stanie każdemu udzielić szczegółowej odpowiedzi. I nie omieszkał podkreślić, że „zna tę sprawę”. Stąd ludzie odnosili wrażenie, że prezydent wie wszystko o mieście i jego problemach – mówi Beata Lubieniecka, w latach 90. pracownik wrocławskiego ratusza.
Ratuje go powódź
Jednym z najważniejszych zadań inwestycyjnych, jakich podjął się prezydent, była odnowa Rynku. Modernizacja kamienic, nawierzchni była przyjmowana ze zrozumieniem przez wrocławian, którzy cierpliwie znosili przez cztery lata trudy związane z remontami. Ale wcześniej potężny konflikt wywołały działania prezydenta, który postanowił pozbyć się z Rynku większości sklepów, aby zrobić miejsce dla restauracji, barów, kawiarni, ogródków piwnych.
Najemcy protestowali, organizowali manifestacje, ale bez skutku: musieli opuścić atrakcyjne dla handlu miejsce. To zresztą było jednym z powodów znacznej utraty społecznego zaufania przez prezydenta i wydawało się, że w 1998 roku może on już nie uzyskać poparcia większości radnych, a wtedy kariera polityczna Zdrojewskiego ległaby w gruzach. Ale pomogła mu największa w dziejach miasta klęska żywiołowa – powódź tysiąclecia w 1997 roku.
Fala powodziowa dotarła do Wrocławia na początku lipca, a woda zalała jedną trzecią miasta. – Co prawda po powodzi pojawiły się oskarżenia, że władze miasta być może za późno ostrzegły mieszkańców, ale nikt takich wątpliwości nie zgłaszał, bo ludzie uważali, że Bogdan Zdrojewski zdał wtedy egzamin jako prezydent – relacjonuje Dominika Zajączkowska, wówczas mieszkanka stolicy Dolnego Śląska.
Senator, poseł, minister
Zdobytą popularność Zdrojewski wykorzystał już we wrześniu 1997 roku, gdy wystartował w wyborach do Senatu jako kandydat niezależny, ale z poparciem Unii Wolności. Senatorem był do 2000 roku, gdy Trybunał Konstytucyjny orzekł, iż nie można łączyć mandatu parlamentarzysty z funkcją prezydenta, burmistrza lub wójta. Wówczas Zdrojewski zrzekł się mandatu senatorskiego. Jednak wkrótce prezydent Wrocławia zaangażował się w tworzenie Platformy Obywatelskiej i w 2001 roku z listy PO bez kłopotów zdobył miejsce w Sejmie, co oznaczało rezygnację z fotela prezydenta.
Koledzy partyjni ministra wspominają, że początkowo Zdrojewski niczym specjalnym się nie wyróżniał w klubie, ale systematycznie piął się w górę. – Przy wydatnym wsparciu Grzegorza Schetyny, wówczas najbliższego współpracowniku Donalda Tuska – mówi dolnośląski poseł PO.
Bogdan Zdrojewski trafił do sejmowej Komisji Obrony Narodowej i sprawy wojskowości znalazły się w centrum jego zainteresowań. W 2006 roku został członkiem gabinetu cieni PO odpowiadającym za obronę narodową i dlatego, gdy rok później Platforma wygrała wybory i utworzyła rząd z PSL, wydawało się, że Zdrojewski zostanie ministrem obrony. Tym bardziej że Bronisław Komorowski, który był głównym kandydatem na to stanowisko, został marszałkiem Sejmu. Stało się jednak inaczej.
– Bogdan spróbował być niezależny i w grudniu 2006 roku stanął do wyborów na szefa klubu parlamentarnego. Stanowisko to zwolnił wtedy Tusk, który jednak nie dotrzymał obietnicy i nie wskazał na nowego szefa klubu Jana Rokitę, tylko Zbigniewa Chlebowskiego. Ale wygrał Zdrojewski, bo wtedy jeszcze wola Tuska nie była w partii nakazem. Tylko że Bogdan podpadł Tuskowi i gdy ten został premierem, zaproponował mu fotel ministra kultury, a nie obrony. To było jak upokorzenie, ale Bogdan je przełknął – mówi jeden z senatorów PO.
– I szybko uznał bezwarunkowe przywództwo Tuska, co na pewno jest jednym z głównych powodów tego, że od 2007 roku cały czas – jako jeden z niewielu ministrów – jest nadal w składzie rządu – dodaje.
W resorcie kultury łatwo się odnalazł, nie tylko z racji wykształcenia. Kreował się na konesera dobrego filmu, muzyki (zarówno poważnej, jak i rozrywkowej) oraz malarstwa. Starał się dbać o dobre relacje z twórcami, co nie było trudne, bo wielu z nich otwarcie wspierało PO.
Ale jego dokonania są mizerne, bo nawet zwolennicy ministra mówią o tym, że był aktywny w pierwszej kadencji, a potem „przysiadł”. Zdrojewski interesuje się głównie inwestycjami, a zaniedbuje szeroko rozumianą politykę kulturalną. – Mamy do czynienia z polityką bierną, pasywną, z zerwaniem z tym, co dobre w wysiłkach poprzedników – oceniał Zdrojewskiego poseł Prawa i Sprawiedliwości Kazimierz Michał Ujazdowski, minister kultury w rządach PiS.
Pod rządami ministra Zdrojewskiego udział wydatków na kulturę w PKB jest dramatycznie niski, mimo strumienia funduszy unijnych. – Ministra Zdrojewskiego interesuje teraz niestety tylko infrastruktura i finanse. Stał się oportunistą, nie chce się narazić wpływowym środowiskom, więc toleruje w murach teatrów i muzeów ideologię gender, nie przeszkadza mu promowanie homoseksualizmu, niszczenie narodowych symboli – przyznaje krytycznie jeden z posłów PO.
– Ale nikt go otwarcie nie skrytykuje, bo narazi się na gniew Donalda Tuska. Premierowi taki minister odpowiada – dodaje.
Krzysztof Losz