• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

Dobry jak chleb

Piątek, 27 grudnia 2013 (02:10)

Kapłaństwo, kult maryjny, natchniona twórczość i homiletyka przepełniona patriotyzmem, poezją i muzyką – wszystkie talenty i pasje ks. bp. Józefa Zawitkowskiego sięgają korzeniami domu i rodzinnych stron.

– Gdy pytałem, skąd ten człowiek ma to wszystko, to kluczem do znalezienia odpowiedzi było bliższe poznanie jego rodziny i rodzinnych stron – wskazuje ks. Krzysztof Borucki, proboszcz parafii Matki Bożej Królowej Polski w Iłowie w diecezji łowickiej, którego znajomość z księdzem biskupem trwa już 40 lat.

Kapłan od urodzenia

Józef Zawitkowski urodził się w niewielkiej wiosce Wał w parafii Żdżary koło Nowego Miasta nad Pilicą na pograniczu regionów opoczyńskiego i łowickiego.

– Żdżary to ziemia świętych – uważa ks. Borucki, wskazując, że tam był dom bł. Franciszki Siedliskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, stamtąd pochodził błogosławiony męczennik o. Florian Stępniak, a w małej wiosce Wał urodził się Prymas Polski ks. abp Marcin Dunin, obrońca praw Polaków w czasie kulturkampfu.

Urodzony rok przed wybuchem II wojny światowej jako najstarszy z pięciorga dzieci Marii i Bronisława Zawitkowskich, Józef od najmłodszych lat znosił trudy okupacyjnego życia. W domu panował patriotyczny duch, a w historii rodu nie brakowało kombatanckich momentów. Ojciec uczestniczył w kampanii wrześniowej, a dziadek przeżył trzy wojny XX wieku, przy czym czynnie walczył w tej z bolszewikami.

– Dziadek Franciszek dla księdza biskupa był bohaterem – wskazuje ks. Borucki.

Dom rodzinny ks. bp. Zawitkowskiego był niezwykle religijny i rozmodlony. Modlitwa przesycała całe życie rodzinnej wspólnoty utrzymującej się z dużego gospodarstwa rolnego. Wspólne domowe pacierze oraz przeniknięta modlitwą praca silnie wpłynęły na duchowość młodego Józefa i wybór kapłaństwa jako drogi życiowej.

– Wyglądało tak, jakby się z tym urodził – uważa Jan Zawitkowski, młodszy brat księdza biskupa. – To było w nim zawsze, od małego chłopca – gorliwego ministranta, którym został zaraz po Pierwszej Komunii Świętej, jak tylko mógł zacząć pełnić służbę przy ołtarzu. Nie słyszałem o jakimś przełomowym momencie, w którym by podjął tę decyzję. Nie, u nas w domu nigdy nie było innej opcji.

We właściwym ukierunkowaniu powołania dużą rolę odegrał proboszcz parafii w Żdżarach ks. Ludwik Szepeta, który objął Józefa Zawitkowskiego szczególną opieką po przedwczesnej śmierci matki.

To tragiczne wydarzenie odcisnęło silne piętno na całym życiu przyszłego biskupa, który w chwili śmierci matki miał 12 lat.

– Zawsze brakowało ks. bp. Zawitkowskiemu mamy, za którą wraz z upływem lat tęskni coraz bardziej – wskazuje ks. Borucki. – Mówił mi czasem: „Krzysiu, jaki ty jesteś szczęśliwy, że masz mamę, która jest z tobą”. Ta miłość matczyna przerodziła się w jego miłość do Matki Bożej.

Ksiądz Borucki pamięta, że kiedyś, gdy jako młody kapłan przyjechał z Lipiec Reymontowskich do Łowicza, był świadkiem pisania przez ks. Zawitkowskiego radiowego kazania o matce. Po skończeniu został poproszony o przeczytanie na głos.

– Trudno było oprzeć się wzruszeniu – wspomina. – Byłem też świadkiem, jak urodziła się pieśń „Studziańska Matko Świętej Rodziny”, a potem ks. prof. Wiesław Kądziela uczył mnie ją śpiewać, abym sprawił radość księdzu biskupowi.

Zaufanie Prymasa

Droga do kapłaństwa wiodła Józefa Zawitkowskiego przez niższe seminarium najpierw w Gostyniu Poznańskim, gdzie uzyskał tzw. małą maturę, a następnie w Warszawie. Do warszawskiego seminarium duchownego wstąpił w 1956 roku, zanim jeszcze komuniści uwolnili Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Uczestniczył w słynnej pielgrzymce 200 warszawskich kleryków na Jasną Górę w tej intencji. W czasie pierwszego spotkania z Prymasem został wytypowany do recytacji wiersza, po której otrzymał od niego obrazek Matki Bożej Częstochowskiej z odbitą po drugiej stronie pieczątką prymasowską. Do dziś nosi ten obrazek jako relikwię.

Postać wielkiego Prymasa, z rąk którego w 1962 r. przyjął święcenia kapłańskie, odgrywa istotną rolę w dalszych kolejach losu ks. Zawitkowskiego.

Jako wikariusz stawiał pierwsze kroki w Krośniewicach, potem posługiwał w Legionowie, a następnie w kilku parafiach warszawskich. Był to okres ogromnie intensywnej, prowadzonej na granicy fizycznej wytrzymałości pracy katechetycznej ks. Józefa. Przez pewien czas pracował także w Wydziale Duszpasterstwa Kurii Metropolitalnej w Warszawie. Stan wojenny przeżył jako proboszcz parafii w Gołąbkach pod Warszawą, z którą pożegnał się w 1984 r., gdy został proboszczem w kolegiacie łowickiej.

Decyzją Ojca Świętego Jana Pawła II w maju 1990 r. został mianowany biskupem pomocniczym warszawskim, a w 1992 r. – po ustanowieniu diecezji łowickiej – biskupem pomocniczym łowickim. Jego dewiza biskupia brzmi: „Servus et filius ancillae” – Jam sługa Twój, syn służebnicy. Wcześniej, bo jeszcze w latach 70., gdy w katedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie odprawiał Msze św. dla dzieci, otrzymał propozycję pisywania do dziecięcej rubryki tygodnika „Za i Przeciw”. Pismo to było wydawane przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne, jedno ze stronnictw tzw. katolików koncesjonowanych przez komunistyczne władze.

– Ksiądz Prymas wyraził na to zgodę, ale zastrzegł, aby pisał pod pseudonimem – wyjaśnia Jan Zawitkowski. – Tak zrodził się ks. Tymoteusz.

Kolejnym wyrazem zaufania, jakim ks. Prymas Wyszyński darzył ks. Zawitkowskiego, było powołanie go w 1980 r. do redakcji radiowej jako jednego z kapłanów głoszących kazania podczas Mszy św. radiowych sprawowanych w bazylice Świętego Krzyża w Warszawie.

Te kazania i homilie, nowatorskie w formie, nacechowane wielkim ładunkiem ekspresji, a jednocześnie kunsztownym spleceniem elementów poezji, historii i muzyki przysporzyły ks. Zawitkowskiemu ogromnej popularności.

– W czasie Mszy św. radiowej przed odbiornikami gromadziły się miliony słuchaczy, a po wygłoszeniu homilii do Łowicza przychodziło mnóstwo listów z podziękowaniami – przypomina ks. Krzysztof Borucki. – Starał się odpowiedzieć na każdy list, czasami prosił mnie o pomoc, bo sam nie był w stanie.

Muzyka i poezja z rodzinnych stron

Zdaniem Jana Zawitkowskiego, źródeł sztuki natchnionego słowa i muzyki, które tak mocno przesycają homilie ks. bp. Zawitkowskiego, należy szukać w atmosferze rodzinnego domu, szkoły i miejscowości, w której spędził dzieciństwo i młodość.

Jan Zawitkowski zwraca też uwagę na wpływ młodzieńczych doświadczeń brata na dalszy rozwój jego zainteresowań muzycznych, które zaowocowały studiami muzykologicznymi, prowadzeniem chórów, szkoły dla organistów, a przede wszystkim twórczością wyrażającą się autorstwem ok. 80 różnych utworów, m.in. pieśni religijnych, w tym tak popularnych jak „Panie, dobry jak chleb” czy „Abyśmy byli jedno”.

– Muzykalność kształtowała się w nim od dzieciństwa – podkreśla Jan Zawitkowski. – U nas cała rodzina – i tata, i bracia, i ja – wszyscyśmy grali w miejscowej orkiestrze strażackiej, wcześniej zwanej dworską.

Największym sukcesem orkiestry był występ na prymicjach ks. Zawitkowskiego.

– Wtedy już rzeczywiście graliśmy sporo dobrych utworów, głównie dlatego, że brat, gdy był w seminarium, zdobywał nuty, rozpisywał na poszczególne instrumenty i tak nas prowadził – zaznacza pan Jan. Orkiestra „Esta” istnieje do dziś.

Również zamiłowanie do poezji ks. bp. Zawitkowskiego to w dużej mierze zasługa solidnej edukacji szkolnej.

– Mieliśmy bardzo dobrego nauczyciela języka polskiego w szkole podstawowej, pana Stanisława Górala, który bardzo umiejętnie wprowadzał uczniów w atmosferę polskiej poezji – wskazuje pan Jan. – U niego sporo rzeczy trzeba było uczyć się na pamięć. To zostawało w człowieku na całe życie. Ja przez godzinę mogę mówić „Pana Tadeusza” z pamięci.

W czasach seminaryjnych wielkimi autorytetami i mentorami literackimi ks. Zawitkowskiego stali się ks. Jan Twardowski oraz Kazimierz Orzechowski, wówczas aktor, a później również kapłan.

Te literackie fascynacje znalazły odbicie w homiliach ks. bp. Zawitkowskiego inkrustowanych fragmentami z wielkiej poezji czy literatury. Ludzie, którzy znają go osobiście, zachwycają się jego doskonałą pamięcią i umiejętnością sypania cytatami jak z rękawa.

Charakterystyczne, jedyne w swoim rodzaju homilie, w których nierzadko mocnymi słowami wskazuje na patologie współczesnej rzeczywistości, do dziś wywołują niewybredne ataki kierowane pod jego adresem.

– Myślę, że przyzwyczaił się już do tego. Cóż, bywało gorzej, gdy głosił radiowe kazania radiowe w latach 80., zdarzało się, że jeszcze w trakcie kazania w zakrystii bazyliki Świętego Krzyża rozlegał się telefon, z którego płynęły złowieszcze słowa z wyzwiskami – wspomina Jan Zawitkowski.

Ksiądz Krzysztof Borucki pamięta, że gdy uczył religii w Zespole Szkół Centrum Edukacji Zawodowej i Ustawicznej w Rawie Mazowieckiej, po wizycie duszpasterskiej ks. bp. Zawitkowskiego usłyszał od jednego z nauczycieli: – To jest biskup, o którym kiedyś młodzież będzie się uczyła z podręczników.

– I to jest bardzo słuszne spostrzeżenie – uważa ks. Krzysztof.

Adam Kruczek