Ubożejąca Polska
Sobota, 21 grudnia 2013 (02:00)Ostatnio zapytałam jedną z moich byłych uczennic o to, jak się czuje przed swoją pierwszą sesją na studiach. Byłam przekonana, że ma już za sobą kolokwia zaliczone na bardzo dobre oceny, bo w szkole była ambitna i pracowita, a na dodatek zdolna. Na zakończenie klasy maturalnej otrzymała świadectwo z biało-czerwonym paskiem. Niestety, okazało się, że musiała zrezygnować ze studiów i pójść do pracy, aby pomóc rodzicom.
– Kiedyś wrócę na studia, ale teraz muszę wesprzeć rodziców. Mimo że ojciec pracuje, to nie stać nas nawet na zapłacenie rachunków. Mamy taką sytuację finansową, że nie mogę sobie nawet kupić butów na zimę, więc nie ma mowy o kupnie podręczników, bez których na moim kierunku studiów nauka byłaby niemożliwa – powiedziała.
Niestety, to nie jedyny taki przypadek. Inny mój były uczeń, jeden z najlepszych w klasie, który ma czworo młodszego rodzeństwa, w ogóle nie podjął wymarzonych studiów.
– Była to dla mnie trudna decyzja, ale dzięki temu sam mogę trochę pomóc rodzicom – podkreśla.
– Nie chciałem, żeby ojciec się tak dla nas strasznie zaharowywał. On i tak bardzo ciężko i dużo musiał pracować, żeby nas utrzymać, więc choć zawsze myślałam o studiach informatycznych, musiałem z tych planów zrezygnować – wyjaśnia.
Stypendium socjalne dla studentów raczej w niewielkim stopniu rozwiązuje ich problemy, bo wynosi około 400 złotych. Nie są to więc pieniądze, którymi można realnie wspomóc ubogich studentów. Niestety, także studia zaoczne to znaczny wydatek. Samo czesne to opłata wynosząca ponad cztery tysiące złotych rocznie. Do tego trzeba doliczyć bilety, a nierzadko także wynajem stancji i pokrycie kosztów utrzymania.
Studiować mogą dziś niestety ci, których na to stać, a kryterium możliwości intelektualnych odgrywa już rolę drugorzędną.
Ubożenie Polaków ma odzwierciedlenie w wielu sferach życia społecznego, ale szczególnie wyraźnie widoczne jest wśród uczniów. Dyrektor jednej z gdańskich szkół podstawowych Jolanta Kwiatkowska zauważa, że ten rok był rekordowy pod względem podań złożonych przez rodziców z prośbą o wyprawkę szkolną dla ich dzieci.
– Tak wysokiej liczby próśb o wyprawki szkolne, gdzie do decyzji o jej przyznaniu bierze się pod uwagę kryterium dochodowe, nie mieliśmy nigdy. W tym roku w naszej szkole co szóste dziecko otrzymało wyprawkę – podkreśla Jolanta Kwiatkowska.
Oznacza to, że dochody w tych rodzinach na jedną osobę nie przekraczają w przypadku pierwszoklasistów 539 zł, a w przypadku uczniów klas starszych 456 złotych. Ponadto na 190 dzieci, które jedzą obiad w gdańskiej szkole, aż 110 jest objętych pomocą obiadową, tzn. że otrzymują w szkole nieodpłatnie obiady, bo w domu mają trudne warunki materialne. Dla porównania, w ubiegłych latach darmowe obiady otrzymywało około jednej trzeciej uczniów korzystających ze szkolnej stołówki.
Na obiady dla dwudziestu uczniów szkoła otrzymuje pieniądze z miasta, resztę, czyli 90 obiadów, pokrywają sponsorzy. W akcję włączył się m.in. proboszcz parafii pw. Świętej Rodziny w Gdańsku-Stogach. Ogłosił on w parafii akcję adopcji obiadowej. Uczniowie raz w miesiącu po każdej Mszy św. zbierają pieniądze na obiady dla swoich kolegów.
– Udaje się nam zebrać fundusze na dożywianie dwudziestu uczniów, co jest oczywiście zupełnie niewystarczające – mówi ks. proboszcz Tadeusz Ławicki. – Niestety, pieniędzy do puszki zbieramy coraz mniej, ale nie dlatego, że ludzie są mniej hojni, tylko dlatego, że im także jest coraz trudniej związać koniec z końcem. Zresztą widzimy to, chodząc po kolędzie – dodaje.
O tym, jak wielu ludzi żyje w ubóstwie, świadczy działalność parafialnej Caritas, która od początku roku rozdzieliła potrzebującym 80 ton żywności.
Nie można związać końca z końcem
A tego, że coraz więcej osób nie stać dziś na zakup codziennych, niezbędnych do życia produktów, doświadczają też prowadzący sklepy osiedlowe. Powróciło tam tzw. kupowanie na zeszyt. Jak mówią sklepikarze, nie ma obawy, że dług nie zostanie spłacony. W następnym miesiącu ten sam człowiek znowu będzie potrzebował jedzenia, a jego skromne dochody i tak nie starczą do końca miesiąca czy do następnej wypłaty.
Coraz częściej ludzie kupują produkty najtańsze i niskiej jakości, bo najważniejsza jest cena, a nie jakość. Niestety, na te tańsze artykuły też nie wszystkich stać.
– Dziennie przychodzi do mnie kilka osób – mówi właściciel osiedlowego sklepu z artykułami chemicznymi. – To są głównie emeryci, ale też ludzie z małymi dziećmi, i biorą takie rzeczy jak pasta do zębów, mydło, proszek do prania. Chcą oczywiście tylko te najtańsze produkty, a o tych z górnej półki w ogóle nie myślą i proszą o to, abym poczekał na zapłatę kilka dni, aż otrzymają pieniądze. Na dzień dzisiejszy w zeszycie mam zapisanych kilkanaście osób. Moje możliwości też są ograniczone, bo muszę mieć fundusze na zakup towaru, ale w takiej sytuacji trudno jest odmówić – twierdzi.
Niestety, ten problem dotyka dziś już nie ludzi z tzw. środowisk patologicznych, ale najzwyklejszych emerytów, rencistów czy rodziny, w których jest kilkoro dzieci, nawet gdy oboje rodzice pracują. Jak wyżywić pięcioosobową rodzinę, jeśli matka w sklepie zarabia nie więcej niż tysiąc trzysta złotych, a ojciec na budowie dwa tysiące?
Nie stać nawet na chleb
Według jednego z gdańskich piekarzy Pawła Kidzińskiego, tylko w ostatnich dwóch latach liczba ludzi proszących o zakupy na kredyt czy o darmowe pieczywo bardzo wzrosła.
– Nie ma dnia, żeby nie zgłosiło się do mnie kilka osób z prośbą o darowanie im pieczywa. Gdy zamykam sklep, przy tylnym wejściu stoi zawsze kilka osób. Często dzwonią też do bramy i proszą: „Panie Pawle, czy coś panu zostało z pieczywa, bo już nie mamy na chleb, a jesteśmy głodni” – relacjonuje piekarz.
Bardzo wiele osób prosi też o zakupy na kredyt. W sąsiedztwie piekarni mieszka kilkuosobowa rodzina, z której dzieci codziennie wieczorem po zamknięciu sklepu proszą o drożdżówki. Czasem przychodzą też rano, w drodze do szkoły, bo bywa, że w domu nie było nic do zjedzenia na śniadanie.
– Daję im wtedy już przygotowane kanapki. To nie jest rodzina patologiczna, ale ojciec nie ma pracy – wiadomo, jakie jest bezrobocie. Czasem ten ojciec przychodzi do mnie i prosi, żebym pozwolił mu posprzątać na zewnątrz piekarni, odśnieżyć czy umyć mój samochód, bo chce się odwdzięczyć za otrzymaną pomoc. Nie jest to człowiek, któremu nie chce się pracować – odpowiada.
Pan Kidziński nie ukrywa swojego nazwiska, choć niestety, za rozdawanie pieczywa może mieć kłopoty z urzędem skarbowym. Inni moi rozmówcy proszą o nieujawnianie ich danych, bo darmowa pomoc w dzisiejszej Polsce może sporo kosztować.
Niestety, więcej jest też ludzi, którzy aby przeżyć, zmuszeni są do przeglądania zawartości śmietników. Kiedyś do śmietnika, który widzę z okna mojego domu, zaglądali tylko bezdomni, na ogół osoby uzależnione od alkoholu, dzisiaj coraz częściej są to starsi ludzie, którzy wstydząc się swojego ubóstwa, zaglądają do kontenerów po zmroku, przyświecając sobie latarką. Zdarza się to nie raz na jakiś czas, ale zagląda do niego kilka osób dziennie.
Aglomeracja biedy
Główny Urząd Statystyczny podaje, że w ostatnich trzech latach spadła wysokość wydatków gospodarstw domowych. Nie oznacza to oczywiście, że zmniejszyły się np. opłaty za media czy spadły ceny żywności. Wręcz przeciwnie – wskazuje na proces ubożenia społeczeństwa i konieczność ograniczenia wydatków z powodu mniejszych dochodów.
Według oficjalnych danych poniżej ustawowego poziomu ubóstwa żyje dziś w Polsce około 13 procent ludzi, a to oznacza, że ich dochód na osobę nie przekracza 542 złotych. Połowa z nich ma dochody niższe niż 519 zł, co oficjalnie oznacza, że żyją oni w skrajnym ubóstwie niepozwalającym na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Patrząc na to nie od strony statystyk, ale codziennego życia, wiemy doskonale, że sytuacja materialna rodziny, w której są dzieci, jest tak samo trudna, gdy ten dochód wynosi i 519, i 542 złote.
A to jeszcze nie jest końcowa kwalifikacja ubóstwa, bo istnieje również tzw. ubóstwo relatywne, które Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej określa na poziomie dochodów poniżej 691 zł na osobę. Jednak te i tak już zatrważające statystyki, według których ponad cztery miliony osób żyje w biedzie, nie mówią całej prawdy o tym problemie.
Co ciekawe, jeśli – jak podaje GUS – do określenia stopnia ubóstwa przyjmie się nie tylko kryterium dochodowe, ale także inne, jak np. brak równowagi budżetowej, brak możliwości związania końca z końcem, brak możliwości realizacji takich potrzeb jak zakup odzieży czy pokrycie niespodziewanych wydatków w wysokości 400-500 zł (np. gdy zepsuje się pralka albo kocioł gazowy), to ubóstwo dotyka jedną czwartą gospodarstw domowych w Polsce.
Powyższe dane dotyczą ubiegłego roku, bo aktualnych na stronach GUS jeszcze nie ma, ale skalę problemu i jego narastanie najlepiej widać w życiu codziennym.
Anna Kołakowska