Jaki minister, tacy dyrektorzy
Piątek, 20 grudnia 2013 (10:14)Niedawno przypominałem ważny dokument, „Inter mirifica” (Dekret o środkach społecznego przekazu), którego 50–lecie powstania, gdzieś nam umknęło (Zob. tutaj).
Kontynuuję w tym miejscu także rozważania publicysty „Naszego Dziennika” red. Filipa Frąckowiaka, który w artykule „Prowokacja w sztuce” stwierdza, że seria antykatolickich ataków ze sceny artystycznej jest raczej sztuką prowokacji niż prowokacją w sztuce. „Tymi instalacjami i happeningami ich twórcy chcą wywołać określone reakcje społeczeństwa”, i słusznie później dodaje, że w ostateczności to żadna sztuka. (Zob. tutaj).
Ponieważ patologia w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie oraz w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie trwa w najlepsze, „artyści” od pseudosztuki, czy nawet antysztuki, kwitną, doceniani zachętami i wsparciem ministra-klakiera, zaś podatnik płaci za debaty z satanistami i feministkami, nam w tej sytuacji nie można milczeć i należy stale wskazywać winnych tejże patologii. Niewątpliwie swoimi poczynaniami Zdrojewski powinien zanurzyć się w politycznym niebycie, bo jest jednym z najgorszych widm Tuska, obok Arłukowicza i Kluzik. Powinien zejść ze sceny… politycznej.
Dla tak zwanego ministra kultury i dziedzictwa narodowego antywartości są przedkładane nad wartości, a jego poczucie estetyki i sumienie nie odczuwają dyskomfortu w związku z bluźnierstwami, antypolskimi spektaklami i to naprawdę na dużą skalę, na jakie pozwala jego resort i on sam, przeznaczając na kicz i sromotę pieniądze podatnika. Niestety, ta władza ma to do siebie, że charakteryzuje ją arogancja i pogarda do obywatela.
We wspominanym przeze mnie tekście soborowym poruszający jest szczególnie punkt 6, który dotyczy relacji pomiędzy tak zwanymi prawami sztuki (na które Zdrojewski ciągle się powołuje) a normami moralności. Przytoczę ten fragment:
„Ponieważ coraz częstsze kontrowersje w tej materii wywodzą się nierzadko z fałszywych doktryn dotyczących etyki i estetyki, Sobór podkreśla prymat obiektywnego porządku moralnego, który bezwzględnie winien być uznany przez wszystkich. Przewyższa on bowiem wszystkie inne porządki spraw ludzkich, choćby o wielkim znaczeniu – nie wyłączając estetycznego – oraz należycie je w stosunku wzajemnym do siebie ustawia. Albowiem tylko porządek moralny obejmuje całą naturę człowieka, będącego rozumnym stworzeniem Bożym, powołanym do spraw wyższych. Jeśli porządek ten zostanie przez człowieka całkowicie i wiernie zachowany, doprowadzi go do osiągnięcia pełni doskonałości i szczęścia”.
Ojcowie soborowi nie mówią, co się stanie, gdy porządek ten nie będzie zachowany. My jednak to obserwujemy codziennie, bo patologia dehumanizacji sztuki dokonuje się na naszych oczach. Profanacje krzyża, symboli religijnych, obrażanie ważnych wartości i heroicznych osób Kościoła trwa.
Przywołam tu mistrza riposty, obrońcę intelektu i zdrowego rozsądku G.K. Chestertona, który już dawno rozprawił się z cavalluccimi, klatami i zdrojewskimi. Szkoda, że tak niewielu katolików w Polsce sięga po jego dzieła.
W artykule „Prawdziwe elity” otwierającym książkę „Obrona wiary”, w których zebrano publicystyczne teksty z lat 1920-1930, pan Chesterton zauważa, że ludzie, którzy uważają się za wybitnych powinni „ściśle trzymać się norm moralnych. Oni bowiem rozumieją, że warto się poświęcać, gdyż nagroda jest wielka, chociaż odległa”, a we współczesnych dziełach sztuki „nawet estetyka stoi często pod znakiem zapytania”. Z kolei w książce „Heretycy” stwierdza: „teza, że sztuka jest z natury amoralna, zakorzeniła się solidnie w sferach artystycznych. Artyści mają dziś prawo wstawiać i publikować cokolwiek tylko przyjdzie im do głowy”, co ostatecznie jest szmirą i tandetną podróbką.
Fakt. Zanim Picasso zaczął tworzyć swoje kubistyczne fantazje, przeszedł długi i żmudny szlak twórczego poświęcenia się w poszukiwaniu nowej formy, począwszy od mistrzów klasycyzmu, romantyzmu, realizmu, symbolizmu, impresjonizmu, ba, także tych ze szkoły flamandzkiej. Krótko mówiąc, od samego początku potrafił namalować konia, człowieka, pejzażyk, zgrabny zawijas.
A czy wiecie, Drodzy Czytelnicy, że pan F. Cavallucci nie stworzył osobiście żadnego ze swoich słynnych „dzieł”, tylko zawsze wynajmował do tego rzemieślników? A i pan Klata, niestety nie potrafiłby wystawić klasycznego „Hamleta” czy „Świętoszka”, bo go przerastają wielkością i formatem. Nie udźwignąłby ich, tout court. Dlatego musi z rozpaczliwą zawiścią jakiegoś zakompleksionego artyściny, przerabiać klasyków, odzierając ich z wielkości, smaku, geniuszu.
Ponieważ jego „Dziady” byłyby dziadowskie, a tradycyjna „Nie-Boska komedia” całkowitą klapą, więc Klata nawet nie próbuje się z nimi zmierzyć. A jak zabłysnąć w świetle fleszy pomimo deficytu wielkości i wybitności? Prostacką i hałaśliwą wulgarnością. To się sprzeda i będzie o mnie głośno… przez miesiąc.
Oto ideał współczesnej sztuki, który sięgnął bruku, a jego filary to shoking, obscena, happening.
Dr. Tomasz M. Korczyński