• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

Od „agenta” do ministra

Piątek, 20 grudnia 2013 (02:11)

Arłukowicz to kiepski polityk i administrator, dlatego nie radzi sobie w kierowaniu resortem i reformowaniem ochrony zdrowia. Wcześniej nie kierował nawet powiatowym szpitalem, a teraz ma na głowie setki szpitali i tysiące przychodni

Przez swoich dawnych kolegów Bartosz Arłukowicz jest uważany za karierowicza, osobę bez politycznego kręgosłupa, dla którego liczą się tylko stanowiska i zaszczyty. Dla nich jest gotów zmienić partyjne barwy. Więc gdy tylko Sejm będzie głosował nad wnioskiem PiS o jego odwołanie, posłowie SLD podniosą rękę „za”.

Teraz z nieukrywaną satysfakcją krytykują ministra i mówią, że najlepszym prezentem, jaki Arłukowicz mógłby zrobić na święta pacjentom, byłoby złożenie premierowi pisma z rezygnacją.

Pokazał, jak wykorzystać media do robienia kariery politycznej. Jest także modelowym przykładem polityka „nowej generacji”, dla którego nie jest problemem zmiana poglądów o 180 stopni, jeśli zapewni mu to wymierne korzyści.

Początkowo miał tylko ambicje zawodowe. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego w Darłowie studiował na Wydziale Lekarskim Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Początkowo myślał o tym, aby zrobić specjalizację z ginekologii, ale w końcu zdecydował się na pediatrię i onkologię, zajął się leczeniem dzieci chorych na nowotwory. Jednocześnie pracował w Klinice Chorób Dzieci Pomorskiej Akademii Medycznej. Arłukowicz był w Szczecinie cenionym lekarzem, co też na pewno pomogło mu w polityce.

Polityczny skoczek

Początkiem jego politycznej kariery była jednak… telewizja i udział w niskiego lotu reality show „Agent” emitowanym w TVN w 2001 roku. Zdobytą wątpliwymi środkami popularność młody lekarz postanowił zdyskontować politycznie. Zgłosił się wtedy jako człowiek bezpartyjny do koalicji SLD – UP i w 2002 znalazł się na jej listach w wyborach samorządowych. Bez problemu zdobył mandat radnego miejskiego w Szczecinie.

Pierwszym jego przystankiem była Socjaldemokracja Polska. W 2007 r. zdobył mandat poselski (dostał ponad 21 tys. głosów) jako kandydat z listy Lewicy i Demokratów i wiosną 2008 r. zapisał się do koła poselskiego SdPl – Nowa Lewica. Ale Arłukowicz wciąż szukał swojego miejsca na lewicy. Szefowie Unii Pracy twierdzili później, że złożył deklarację członkowską w tej partii, ale sam zainteresowany zaprzeczał, aby sprawy zaszły aż tak daleko, podobno tylko interesował się działalnością UP.

Gdy jednak gwiazda SdPl zaczęła gasnąć, Bartosz Arłukowicz zaczął przychylniej patrzeć w kierunku SLD. Pod koniec 2008 r. opuścił Nową Lewicę, skarżąc się, że prowadzi ona politykę konfrontacyjną wobec Sojuszu – w marcu 2009 r. był już członkiem klubu poselskiego Lewicy. I dopiero wtedy polityczna kariera obecnego ministra zdrowia nabrała rozpędu – Arłukowicz dostał się do politycznej pierwszej ligi.

Potrafił celnie krytykować rząd Donalda Tuska, zwłaszcza minister zdrowia Ewę Kopacz za jej fatalne decyzje, pseudoreformy, które odbijały się negatywnie na poziomie opieki medycznej i funkcjonowaniu ochrony zdrowia. Za pomocą medialnych trików zbudował sobie image posła lekarza, który troszczy się o pacjentów nie tylko w szpitalu, ale i w Sejmie. I który wie, co zrobić, żeby poprawić ich sytuację.

Hazardowy śledczy

Ale prawdziwą polityczno-medialną sławę pediatra ze Szczecina zdobył podczas obrad hazardowej komisji śledczej, której był wiceprzewodniczącym. Od jesieni 2009 r. do lata 2010 r. komisja próbowała wyjaśnić kulisy prac nad ustawą hazardową i aktywny w niej udział niektórych polityków Platformy Obywatelskiej.

Należał do najbardziej aktywnych członków tej komisji i ku utrapieniu PO był dość dociekliwy podczas przesłuchań świadków. Gdy szef komisji śledczej Mirosław Sekuła przedstawił raport końcowy jeszcze przed zakończeniem jej prac, Arłukowicz nie wahał się takiego działania nazwać politycznym zamachem Platformy na komisję.

Ciśnienie Donaldowi Tuskowi i jego współpracownikom podnosiły wypowiedzi posła SLD w mediach. Arłukowicz był stałym gościem stacji telewizyjnych i radiowych, często udzielał też prasowych wywiadów i komentarzy, w których gromił rządy Platformy Obywatelskiej, wskazywał na patologie, jakie im towarzyszą.

Jednocześnie posłowi stale towarzyszyły tabloidy, relacjonowano, gdzie robi zakupy, jak spędza wolny czas z rodziną, jak wygląda jego praca jako lekarza, jak radzi sobie z nałogiem palenia papierosów itd.

Tym większym zaskoczeniem była najpoważniejsza w jego życiu polityczna wolta, gdy wiosną 2011 r. odebrał nominację na ministra w kancelarii premiera Donalda Tuska, gdzie powierzono mu problemy ludzi wykluczonych.

Pęd do zaszczytów

To prawda, że odejście Arłukowicza z SLD było do przewidzenia, bo posłowi przede wszystkim nie układała się współpraca z ówczesnym szefem partii Grzegorzem Napieralskim. W tle były ambicje o liderowanie na lewicy i walka o wpływy w Szczecinie, bo także Napieralski jest posłem z tego miasta.

Oficjalnie Arłukowicz twierdził, że nie mógł dłużej pozostać w SLD, bo partia za często w krytyce rządu PO – PSL szła ręka w rękę z PiS, a on nie chciał tego firmować. Sprawa była jednak bardziej skomplikowana.

To, że Arłukowicz chce opuścić SLD, nie było dla jego kolegów tajemnicą. Jednak spodziewali się oni, że poseł zasili nową lewicową formację, którą chcieli wtedy budować razem Ryszard Kalisz i Janusz Palikot przy aktywnym udziale byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Arłukowicz w ciągu pół roku odbył z nimi wiele poufnych spotkań i jego wolta była dla lewicy szokiem. Gdy sprawa się wydała, Kwaśniewski osobiście prosił Arłukowicza, aby nie szedł do PO. Co więcej, były prezydent miał nawet dzwonić do premiera, aby zrezygnował z tego transferu.

Minister celebryta

Praca pełnomocnika ds. osób wykluczonych była lekka, łatwa i przyjemna, ale stanowiła przygotowanie do przyjęcia przez Arłukowicza poważniejszych obowiązków.

Świeżo upieczony poseł PO szykował się do objęcia fotela ministra… pracy, bo do kierowania resortem zdrowia wcale się nie palił i publicznie dementował doniesienia, jakoby miał zasiąść w gabinecie przy ul. Miodowej. Wiedział bowiem, jaki bałagan zostawiła po sobie Ewa Kopacz, awansowana na marszałka Sejmu.

Ale gdy resort pracy utrzymało PSL, Tusk przedstawił mu ofertę nie do odrzucenia i Arłukowicz na nią przystał. Miał powiedzieć, że taka propozycja zdarza się raz w życiu i nie można jej tak po prostu odrzucić. I znowu ludzie przecierali oczy ze zdumienia, bo dawny zajadły krytyk Ewy Kopacz zaczął bronić „reform”, jakie ona wprowadziła.

– To była umowa z Tuskiem: Arłukowicz miał przyjąć i realizować wszystko to, co zrobiła Kopacz. I on tej umowy przestrzega – mówi „Naszemu Dziennikowi” jeden z posłów Platformy. – To było widać od razu na początku 2012 roku, gdy wybuchła afera z ustawą refundacyjną. Forsowała ją Ewa Kopacz, Arłukowicz jako poseł SLD ostro ją za to krytykował, a gdy został ministrem zdrowia, jak lew bronił ustawy – dodaje nasz rozmówca.

Arłukowicz to kiepski polityk i administrator, dlatego nie radzi sobie w kierowaniu resortem i reformowaniem ochrony zdrowia. Sami politycy PO przyznają, że problemy go przerosły, może dlatego, że wcześniej nie kierował nawet powiatowym szpitalem, a teraz ma na głowie setki szpitali i tysiące przychodni.

Koledzy ministra wskazują na jeszcze jedną jego cechę: słabą odporność psychiczną. W ministerstwie jest często zagubiony. – On łatwo wpada w panikę, gdy problemy go przerastają. Zamyka się w sobie, unika mediów. I bardzo przeżywa wszystkie pogłoski o tym, że premier go zwolni, bo jest niezadowolony z efektów jego pracy – mówi senator PO.

Jeden z wysokich rangą urzędników resortu zdrowia dodaje, że właśnie z tego powodu przez wiele tygodni przed rekonstrukcją rządu Arłukowicz zapadł się pod ziemię, nie udzielał się medialnie, milczał, tak jakby chciał, aby Tusk zapomniał o jego istnieniu. Niewykluczone, że na wiosnę jego kariera w rządzie się zakończy.

Krzysztof Losz