Spór o referenda
Środa, 11 grudnia 2013 (02:09)Propozycje Bronisława Komorowskiego zmierzają do praktycznego uniemożliwienia odwołania prezydenta miasta, burmistrza czy wójta w trakcie kadencji.
Kwestia możliwości odwołania władz lokalnych zdominowała wczorajsze wysłuchanie publiczne w sprawie prezydenckiego projektu ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego. Pierwsze czytanie Sejm przeprowadził już we wrześniu.
Wczoraj o inicjatywie, która wyszła z Pałacu Prezydenckiego, swoje zdanie w ramach wysłuchania publicznego podczas posiedzenia sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej mogli wyrazić wszyscy zainteresowani funkcjonowaniem organów samorządowych.
O ile reprezentanci władz samorządowych – choć z pewnymi uwagami – akceptowali projekt, niejednokrotnie podkreślając, iż jego zapisy konsultowali już z prezydentem, o tyle krytyczne uwagi zgłaszali przede wszystkim przedstawiciele różnego rodzaju organizacji obywatelskich.
Wymiana zdań dotyczyła głównie lokalnych referendów. Prezydent Komorowski zaproponował m.in., aby podnieść próg frekwencji wymaganej w referendum nad odwołaniem prezydenta, burmistrza bądź wójta – z obecnie trzech piątych, czyli 60 proc. liczby wyborców, którzy wzięli udział w wyborze odwoływanego organu, do co najmniej 100 proc. liczby tych wyborców. Miałoby to uzasadniać potrzebę zachowania stabilności władzy.
Jednocześnie w prezydenckim projekcie uwzględniono możliwość organizacji tematycznych referendów lokalnych. Władze samorządowe byłyby zobowiązane do spełnienia woli mieszkańców podjętej w wyniku referendum – przeprowadzonym bez wymogu minimalnej frekwencji. Jednakże gdyby stwierdziły, że realizacja przedsięwzięcia będzie miała skutki finansowe dla gminy, mieszkańcy musieliby zdecydować o samoopodatkowaniu.
W stronę feudalizacji
Andrzej Porawski, sekretarz generalny Związku Miast Polskich, podkreślał, że zmiany w projekcie zmierzają do wzmocnienia samodzielności jednostek samorządu terytorialnego.
– Wprowadzenie przepisów sprawi, że samodzielność, która jest zagwarantowana tylko w Konstytucji, nabierze konkretnego kształtu – stwierdził.
Pozytywnie odniósł się do kwestii podniesienia frekwencji w referendum odwoławczym, a negatywnie do inicjatywy bezprogowego referendum w innych sprawach. Jan Wygnański z Fundacji Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” pozytywnie ocenił m.in. wymóg imienności głosowań radnych.
Odnosząc się do frekwencji w referendum odwoławczym, powiedział, że o odwołaniu powinna decydować większa liczba osób od tej, która zagłosowała podczas wyborów za danym prezydentem, burmistrzem czy wójtem.
– Uniknęlibyśmy wtedy dyskusji o frekwencji, czy iść, czy nie iść na referendum – ocenił. Lech Królikowski, przewodniczący Rady Dzielnicy Ursynów w Warszawie, krytykował systematyczne, jego zdaniem, umacnianie władzy wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.
– Z funkcji usługowej względem samorządów stali się niemal feudalnymi władcami, na których rady ich gmin mają coraz mniejszy wpływ. Marginalizacja organów przedstawicielskich samorządu terytorialnego, czyli rad, kosztem dalszego wzmacniania władzy wykonawczej wójtów burmistrzów i prezydentów miast jest sprzeczna z Konstytucją – wskazywał.
Wyborcy nie mają głosu
Królikowski krytykował też zaproponowane rozwiązania w kwestii referendów odwoławczych. Podobnie jak Łukasz Wróbel ze Stowarzyszenia Republikanie, który zwracał uwagę, że może dojść do przypadków, iż nawet 51 proc. wszystkich wyborców głosujących za odwołaniem może nie być w stanie odwołać prezydenta miasta, jeśli podczas jego wyboru frekwencja wynosiła np. 52 procent.
– To jest ewidentne zaprzeczenie jakimkolwiek zasadom demokracji. Nie powinniśmy doprowadzać do takich sytuacji. Już dziś trudno jest zaangażować ludzi w życie publiczne, żeby zainteresowali się ich sprawami, gdyż nie wierzą, że mają na nie jakikolwiek wpływ. Taką zmianą prawa pokazujemy ludziom: „faktycznie nie macie nic do powiedzenia, nie możecie odwołać przedstawicieli lokalnych”. To jest niszczenie demokracji, którą trzeba rozwijać – stwierdził Wróbel.
Zaznaczył, że podnoszenie progu frekwencyjnego będzie tylko pogłębiało patologię, którą dzisiaj obserwujemy. – Politycy najwyższych urzędów apelują o bojkot referendów. Uważam, że powinna być tendencja odwrotna, a mechanizmy, które mamy, powinny sprawiać, by praktycznie każdy polityk był zmuszony apelować, mobilizować swoich wyborców do udziału w referendum – dodał.
Dominik Hernik z Ruchu Społecznego Demokracja Bezpośrednia zwracał uwagę, iż możliwość odwołania władzy samorządowej wpływa na lepszą jakość rządzenia. Zmiana przepisów sprawi natomiast, iż władza praktycznie nie będzie odwoływalna.
– Władza miasta, jeżeli ma przeświadczenie, że w każdej chwili decyzją cały czas dużej liczby obywateli działa zdecydowanie sprawnie, czuje się bardziej zobligowana do konsultacji społecznych, do współpracy ze społeczeństwem – stwierdził.
Zaznaczył, iż nikt, kto ma jasny program, nie musi się obawiać, że zostanie odwołany, a – jak ocenił – obawiają się ci, którzy z góry zakładają, że podczas kampanii wyborczej nie powiedzą o wszystkich decyzjach, które planują podjąć po wyborach. Prezydent Radomia Andrzej Kosztowniak apelował, by raczej nie zastanawiać się, w jaki sposób władze samorządowe odwoływać, lecz jak poprawić jakość ich funkcjonowania. Krytycznie odniósł się do koncepcji bezprogowych referendów w sprawach tematycznych.
– Nie wyobrażam sobie sytuacji, że na referendum przychodzi 5 czy 7 osób i decyduje o losie samorządu za kilkaset tysięcy osób – mówił Kosztowniak. Kwestia ta była także podnoszona przez innych samorządowców, przekonujących, iż może to doprowadzić do swego rodzaju paraliżu władzy.
Artur Kowalski