W mętnym nurcie
Piątek, 29 listopada 2013 (02:08)Nominacja Joanny Kluzik-Rostkowskiej na ministra edukacji narodowej to jedna z odsłon rewolucji obyczajowej i kulturowej, w którą zaangażował się rząd Donalda Tuska.
Już u progu działalności politycznej Kluzik-Rostkowska sytuowała się zdecydowanie po lewej stronie każdej grupy, do jakiej należała. Polityka społeczna w jej wykonaniu stawia nie na rodzinę, lecz socjalną inżynierię, przyjmuje mniej lub bardziej jednoznacznie wszystkie postulaty wojującego feminizmu, jest pełna uprzedzeń o charakterze antykatolickim i antyklerykalnym. Może dopiero w SLD lub partii Twój Ruch znalazłaby się w głównym nurcie? Tego na razie nie zobaczymy, bo Kluzik-Rostkowska woli być przy władzy – tam, gdzie ma realny wpływ na państwo. Barwy partyjne są dla niej drugorzędne.
Amok rewolucji
– W rządzie Prawa i Sprawiedliwości przejęła kompetencje pełnomocnika ds. równego statusu. Sam ten urząd jest formą instytucjonalizacji postulatów ideologii feministycznej, a jego obecność w strukturze administracji wynika z naszych zobowiązań unijnych. Joanna Kluzik-Rostkowska znakomicie się odnajdywała w tym ideologicznym kontekście, gdyż ideologia feministyczna jest jej bliska – wskazuje prof. Aleksander Stępkowski, prawnik, prezes Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris.
Dodaje, że powierzenie jej teki ministra edukacji powinno napawać niepokojem. – Można się spodziewać, że jako minister edukacji dynamicznie wesprze rewolucję kulturową, w którą zaangażował się obecny rząd. Spodziewam się jeszcze intensywniejszej pod tym względem współpracy resortu edukacji z urzędem Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania kierowanym przez Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz – zauważa prawnik.
Nowa minister edukacji ma „doprowadzić do końca kwestię pójścia 6-latków do szkół”. To rozwiązanie korzystne jest jedynie dla władzy, która chce jak najwcześniej indoktrynować nasze dzieci i zyskać jeden rok dłużej obecności młodych na rynku pracy jako płatników składek ubezpieczeniowych.
Sześciolatki nie są fizycznie, intelektualnie i emocjonalnie przygotowane do funkcjonowania w systemie klas, programów, podręczników, wymagań i oczekiwań. O nieprzygotowaniu szkół do przyjęcia tak małych dzieci alarmują rodzice z całej Polski.
W 2008 roku jako posłanka PiS Kluzik-Rostkowska powtarzała te właśnie argumenty, chociaż raczej w ich części pragmatycznej. – Szkoły nie są przystosowane na przyjęcie sześciolatków i raczej nie będą – mówiła, dodając, że przesunięcie wieku rozpoczęcia edukacji to ogólnie słuszny krok, bo rzekomo „wyrównujemy szanse dzieci”.
Argumentem o wyrównywaniu poziomu dzieci posługiwała się wówczas i do tej pory strona rządowa jako w zasadzie jedynym. Dla Kluzik-Rostkowskiej reforma była dobra, tylko źle prowadzona, „od dymu z komina”, jak się wyrażała. To samo zdanie miała jako założycielka efemerycznej partii Polska Jest Najważniejsza, a nawet w Platformie Obywatelskiej. W 2011 roku mówiła, że sześciolatki „są przygotowane do tego, żeby pójść do pierwszej klasy”, ale nie podobało jej się prowadzenie reformy przez Katarzynę Hall i Krystynę Szumilas, jak się okazuje, swoje poprzedniczki. Teraz pozostaje drobna korekta: stwierdzenie, że jednak reforma jest prowadzona dobrze, a przynajmniej będzie, chociaż w jej założeniach nic się nie zmieniło od samego początku.
– Pierwsza wypowiedź nowej minister, z której wynika, że nic się nie wydarzyło, nie było protestu miliona rodziców, ale pojawia się deklaracja, że chce ona kontynuować reformę, była niedobrym sygnałem – zauważa Tomasz Elbanowski, inicjator akcji „Ratuj maluchy”.
Dodaje, że na pewno nie sposób już przykryć propagandą problemu nieakceptowanej społecznie i źle przygotowanej reformy, a rzeczowy dialog resortu z rodzicami jest koniecznością. A problem nie sprowadza się jedynie do stanu przygotowania szkół, ale obejmuje także kwestie pikującego w dół programu nauczania, szacunku do instytucji rodziny i rodziców, którzy powinni mieć pozostawione prawo wyboru, czy posyłają dziecko do szkoły w wieku 6 lat.
W tak krytycznym dla polskiej szkoły momencie Kluzik-Rostkowska jako minister będzie zbierać pierwsze doświadczenia w dziedzinie edukacji, poznawać zawiły system prawa oświatowego, zgłębiać tematy, które zna jedynie na poziomie prasowych enuncjacji. – Nie stać nas na taki luksus, by osoba, która podejmuje się roli ministra, miała czas na tego typu rozbieg. Nie jest po prostu gotowa do tego zadania – zauważają eksperci.
Religia – nie, seksedukacja – tak
Pierwsze zapowiedzi programowe nowej minister edukacji nie dotyczyły żadnego z największych problemów polskiej oświaty. Brak wsparcia dla samorządów w finansowaniu oświaty skutkuje masowym zamykaniem placówek, wśród nauczycieli rośnie bezrobocie, pogłębione niżem demograficznym. Dla obejmującej resort polityk PO ważne są jednak inne tematy.
W polskiej szkole nie podoba jej się pomysł religii na maturze. – Religia jest sferą ducha i wiary, i absolutnie nie wyobrażam sobie, żeby była przedmiotem maturalnym – powiedziała zaraz po desygnowaniu na urząd ministra. To, czego młodzież uczy się na religii, nie jest – zdaniem świeżo upieczonej znawczyni meandrów edukacji – żadną wiedzą. Widać, że Kluzik-Rostkowska nie ma pojęcia o programie szkolnej katechezy. Czyżby wiedzą nie była znajomość Biblii, historii Kościoła w Polsce i na świecie, doktryny dogmatycznej i moralnej Kościoła, wiedzy o liturgii, małżeństwie i rodzinie, obyczajach chrześcijańskich czy kościelnych formach organizacyjnych? Czym więc, jeśli nie dokładnie tym samym, tylko w bardziej zaawansowany sposób, zajmują się całe uniwersytety kościelne i wydziały teologiczne, na których powstają prace naukowe, nadaje się stopnie i tytuły?
– Odróżnienie religii od wiary nie oznacza przeciwstawienia. Religia jest drogą poznawania i pogłębiania wiary. Nauka może prowadzić do wiary, próba redukowania religii do wiary jest nieporozumieniem. Nauka religii jest czymś obiektywnym, gdyż odwołujemy się do pewnych faktów obiektywnych, historycznych dotyczących istnienia Boga, celu ludzkiego życia. Tak jak z każdej innej dziedziny wiedzy powinna istnieć możliwość zdawania matury z religii – podkreśla ks. prof. Andrzej Maryniarczyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
– W społeczeństwie polskim minister, który nie rozumie tej kwestii, stawia pod znakiem zapytania zasadność pełnienia tej funkcji. Te pierwsze sygnały ze strony minister dowodzą wielkiej niewiedzy w materii, którą ma kierować – dodaje.
Może dlatego niewskazane jest zdawanie religii na maturze, żeby zostawić jak najwięcej miejsca ulubionemu przedmiotowi pani minister, czyli edukacji seksualnej. Ma ona według Kluzik-Rostkowskiej „uzupełniać” wiedzę pozyskaną „z internetu w formie bardzo zwulgaryzowanej”. Nie przyszło jej do głowy, że wiedzę o sprawach intymnych można otrzymać także w domu, od rodziców, w formie odpowiedniej do stopnia rozwoju i w kontekście całego wychowania w rodzinie i do życia w rodzinie. Szkoła zamiast ewentualnie wspomóc w tym zadaniu, ma dać przymusowo dzieciom „komplet informacji”.
Nauczanie o seksie ma być – według Kluzik-Rostkowskiej – „miękkie, ładne, przyjemne”. Pozostawmy te osobliwe zachwyty nad metodami demoralizacji najmłodszych bez komentarza. Celem seksedukacji ma być uniknięcie „błędów takich jak niechciana ciąża”, więc można sobie wyobrazić, jakie elementy programowe będą priorytetem dla resortu. Przedmiot sprowadzi się do szkolenia konsumentów środków antykoncepcyjnych.
Wciskanie in vitro
Kluzik-Rostkowska dała się także poznać jako zwolenniczka zapłodnienia in vitro. Pozytywnie o tej procedurze mówiła jeszcze jako urzędnik warszawskiego samorządu. Była wtedy pełnomocnikiem prezydenta Warszawy ds. kobiet i rodziny.
W listopadzie 2005 roku te właśnie wypowiedzi działały alarmująco i były podnoszone przeciwko jej kandydaturze na wiceministra pracy i polityki socjalnej. Kazimierz Marcinkiewicz powołał jednak współpracownicę Lecha Kaczyńskiego na to stanowisko, przejęła ona wówczas także część obowiązków pełnomocnika rządu ds. równego statusu.
Pomysł zalegalizowania i refundowania in vitro przez NFZ wspierała i wspiera do dziś, a jedyny kompromis z przeciwnikami weterynaryjnej metody polegał na tym, że refundacja mogłaby być nie stuprocentowa. W 2009 roku przekonywała, żeby klub PiS nie wprowadzał dyscypliny głosowania w tej sprawie. Obecnie, już w Platformie Obywatelskiej, nie musi się obawiać wewnątrzpartyjnej odpowiedzialności.
Także stosunek Kluzik-Rostkowskiej do problemu układów jednopłciowych jest podobnie jak w przypadku związków partnerskich i in vitro zupełnie liberalny. Jeszcze w czasach koalicji PiS – LPR – Samoobrona krytykowała propozycje forsujące zmiany w ustawie o oświacie, mające na celu zakazanie propagandy homoseksualnej. Opowiadała się za „szacunkiem dla odmienności”.
– Osoby, które mają problem z akceptowaniem związków homoseksualnych, po prostu się ich boją – powiedziała w kwietniu „Newsweekowi”.
Cały wywiad jest dobrym podsumowaniem jej poglądów. To apologia moralnej obojętności. Nawołuje ona do przyjmowania wszystkiego, co się wokół dzieje, z akceptującą i de facto bezmyślną biernością, nazywaną „tolerancją” i „prawem wyboru”. Obejmuje ona wszelkie patologie, negatywne prądy społeczne i zjawiska kultury. Zatem za edukację, to jest wychowanie, czyli kształtowanie umysłu i charakteru młodych Polaków, odpowiadać ma osoba, która z zachwytem opowiada o płynięciu z nurtem narzuconych przez „nasze czasy” pseudoidei i pseudowartości.
Beata Falkowska