• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Lewicowy ideolog

Piątek, 15 listopada 2013 (02:00)

Uważa się za eksperta w sprawie polityki społecznej, planowania rozwoju kraju i rozwiązywania sporów zbiorowych. Nie ma wątpliwości, że kształtujące się równolegle z reformami Balcerowicza uregulowania dotyczące rynku pracy są w dużej mierze dziełem Boniego.

Składa się na nie prawny i faktyczny kształt relacji pracodawcy i pracownika, stosunku państwa do roli człowieka jako pracownika, konsumenta, a także jego funkcji rodzicielskiej i zabezpieczenia bytu socjalnego (zdrowia, utrzymania w podeszłym wieku), podział odpowiedzialności pomiędzy jednostką, rodziną, zakładem pracy i państwem w kwestii ekonomicznych podstaw egzystencji. Te zasady ukształtowały się na nowo po upadku realnego socjalizmu właśnie w czasach Boniego i pod jego wpływem. Tym bardziej że poza doraźnymi funkcjami mediacyjnymi zawsze preferował zajmowanie się kwestiami strategicznymi, wizjami i planowaniem.

Wielki Brat patrzy

W rządzie Donalda Tuska najgłośniejszym dokumentem strategicznym powstałym pod kierownictwem Boniego był opracowany w 2009 roku Raport Polska 2030, w którym jak w soczewce skupiały się wszystkie patologie zarządzania właściwe rządom PO – PSL.

W raporcie założono „polaryzacyjno-dyfuzyjny” model rozwoju Polski, czyli bogacenie się metropolii przy akceptacji degradacji obszarów peryferyjnych. Do miana sukcesu cywilizacyjnego w raporcie urosło zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz wydłużenie go do (co najmniej) 67 lat w 2030 roku.

– Minister Boni to przede wszystkim niebezpieczny ideolog promujący lewicowy światopogląd. Praca do 67. roku życia, przekształcenie wszystkich więzi rodzinnych w ekonomiczne, obniżenie wieku szkolnego – to, z czym borykamy się teraz, wielokrotnie po raz pierwszy pojawiało się jako postulat w wielkich strategiach przygotowanych przez ministra Boniego. W tym upatruję największą szkodliwość jego działań – mówi poseł Barbara Bubula.

Wyrazem skrajnego zideologizowania było zainicjowanie przez Boniego prac nad ustawą walczącą z „mową nienawiści”. Pod lupę rządu trafiłyby przejawy „mowy nienawiści” (także w homiliach!) wobec osób homoseksualnych, niepełnosprawnych, wszelakich mniejszości i oponentów politycznych. Prace nad złożonym w Sejmie projektem utknęły w martwym punkcie, ale Boni czuwa i stara się wypracować porozumienie z przedstawicielami trzech klubów, które złożyły projekty ustaw w tej sprawie. Mowa o PO, Twoim Ruchu i SLD.

Warto przytoczyć jedno z ostatnich wystąpień Boniego w tej sprawie z 8 listopada br. wygłoszone w Belgradzie na konferencji organizowanej przez Radę Europy: Wolność Wypowiedzi i Demokracja w Dobie Ery Cyfrowej – Wyzwania, Prawa, Odpowiedzialność. Oto przesłanie z Warszawy: „W sprawie mowy nienawiści nie wystarczy nam egzekwowanie prawa. Europa potrzebuje wspólnych działań – uświadamiania i dawania świadectwa”. Egzekwowanie prawa to dla ideologa Boniego za mało.

Maciej Iłowiecki, medioznawca, zapał Boniego do walki z „mową nienawiści” podsumowuje krótko: – Można powiedzieć, że to niesmaczne, ale to słowo jest za małe, przy całym szacunku i dopuszczeniu myśli, że on się zmienił.

Boni donosił na Iłowieckiego w okresie PRL. – Rakowski parę razy wzywał mnie do siebie i pokazywał grube teczki raportów na mój temat. Byłem tzw. figurantem. Rakowski powiedział mi wówczas, że niektóre raporty to głównie idiotyzmy, ale raporty jednego agenta są wręcz doskonałe. „Mamy o tobie dużo dokładnych, cennych dla nas informacji” – perorował. Przekaz był jasny: przestań działać, bo wszystko o tobie wiemy i cię wsadzimy. Tym agentem był właśnie pan Boni – wspomina Iłowiecki.

– Nie odbieram mu prawa do zmiany, dobrze, że się przyznał. Oczywiście, można założyć, że i agenci tego rodzaju mogli przejść metamorfozę i zostać patriotami suwerennej Polski, niemniej tego rodzaju agent nie powinien pełnić tak ważnej funkcji obecnie i zajmować się tak delikatną materią jak cyfryzacja czy walka z „mową nienawiści” – dodaje.

Pasmo porażek

Minister administracji i cyfryzacji w części zajmuje się sprawami wydzielonymi z dawnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, a w pozostałej jego rola jest dość efemeryczna, bo w praktyce cyfryzacja (komputeryzacja i ogólnie unowocześnienie wszystkiego) sprowadza się do różnych wizji, strategii, „planów ramowych” itp., wylewania atramentu.

– Od czego zaczyna się innowacyjny proces cyfryzacji w Polsce? Tworzy się nowe ministerstwo. Mało tego, jego szefem zostaje pan Boni, który nigdy w życiu nie specjalizował się w informatyce, cyfryzacji i absolutnie nie jest fachowcem – mówił w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prof. Witold Kieżun.

A w konkretach Boni jest bardzo kiepski. Barbara Bubula dotychczasowe działania ministerstwa związane z cyfryzacją telewizji określa jako porażkę. – Zapewnienie postępu cywilizacyjnego w zakresie dostępu do internetu i cyfryzacji telewizji okazało się ponad siły ministra Boniego – mówi pani poseł.

– Razi typowe dla ministra Boniego potraktowanie cyfryzacji jako procesu technologicznego, który nie ma nic wspólnego ze światem wartości. Ponadto cały proces przeprowadzono w taki sposób, aby to władza była zadowolona, a nie obywatele. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, który nie wziął pod uwagę tego, czy ludzi stać na taką zmianę technologiczną, zakup dekoderów, telewizorów. Także tego, że część osób może nie mieć wystarczającej wiedzy technicznej, by sprawnie dokonać koniecznych zmian. W innych krajach funkcjonowały grupy pomocy, które wspierało państwo. U nas takie wsparcie było w szczątkowej postaci – ocenia Bubula.

Niekiedy jednak ludzi takich jak Boni dosięgają konkrety. Bezpośrednio sprawy konkretnych ludzi musiał Boni załatwiać jako członek międzyresortowego zespołu koordynującego działania rządu po katastrofie smoleńskiej. Odpowiadał m.in. za pogrzeby. Okazało się, że trumny trzeba było sprowadzić aż z Włoch, chociaż polskie zakłady pogrzebowe chciały je przekazać za darmo. Wożono je specjalnym samolotem NATO, żeby, jak się potem tłumaczył Boni, „nikt nie powiedział, że są ruskie trumny”.

Kolejną wielką wpadką Boniego było parcie do przystąpienia Polski do ACTA, czyli międzynarodowej umowy handlowej o zwalczaniu handlu artykułami podrabianymi. Jej zapisy dotyczące ochrony własności intelektualnej, zdaniem jej krytyków, ograniczają swobodne funkcjonowanie internetu. Po gwałtownych protestach głównie młodych osób i po hakerskich atakach na strony państwowe rząd Tuska wycofał się z tego pomysłu.

– Rząd Tuska i minister Boni osobiście przyjęli wówczas argumentację leżącą w interesie wielkich firm, które chciały osiągać jeszcze większe tantiemy z tytułu restrykcyjnych ograniczeń dotyczących internetu. Oczywiście internet powinien być jak najbardziej wolny, a ograniczenia wynikające z praw autorskich winny być realizowane w przypadku orzeczeń sądowych, a nie w wyniku działania administracji czy tym bardziej firm prywatnych – stwierdza prokurator Bogdan Święczkowski, były szef ABW.

Opresja Kościoła

Obecnie Michał Boni zajmuje się sprawami majątku kościelnego. Jego ministerstwu podlegają sprawy wyznań religijnych. Sprawa likwidacji Funduszu Kościelnego (tak jak wcześniej tzw. Komisji Majątkowej) wpisuje się w ogólną atmosferę antykatolickiej nagonki i instrumentalnego traktowania religii przez rządzących polityków. Oficjalnie mowa jest o problemach prawno-ekonomicznych, lecz nastawienie polityków odgrywa rolę w kształcie rządowych propozycji, który utrwala dyskryminację Kościoła katolickiego (i jednocześnie innych wyznań).

Zamiar likwidacji Funduszu Kościelnego powstał na początku drugiej kadencji Donalda Tuska. Miały go zastąpić rozwiązania „bardziej nowoczesne”. Szczegóły miał wypracować w rozmowach z biskupami minister Boni. Chyba wbrew oczekiwaniom strona kościelna zgodziła się na zastąpienie utworzonego w 1950 roku Funduszu odpisem podatkowym. Fundusz powstał jako częściowa rekompensata za dobra zagrabione Kościołowi przez PRL.

Wyliczenie wielkości zagrabionych dóbr było od początku niesprawiedliwe i krzywdzące dla katolików, ale przede wszystkim utrwalało stan dyskryminacji ludzi wierzących. Odebrano majątek służący konkretnym dziełom apostolskim, charytatywnym, edukacyjnym i innym. Odpis podatkowy ma polegać na dobrowolnym przekazaniu części podatku na wybrany Kościół lub związek wyznaniowy przez każdego obywatela przy składaniu corocznego zeznania podatkowego. Negocjacje trwały wiele miesięcy i zakończyły się kompromisowym ustaleniem odpisu 0,5 proc. podatku.

Gdy jednak biskupi zwracali uwagę na pozostałe przeszkody, m.in. brak rozliczenia Funduszu Kościelnego, oczekiwali też umowy kościelno-państwowej, zanim sprawą zajmie się parlament. Boni jednak niespodziewanie skierował projekt do tzw. konsultacji poprzedzających jego ostateczne przyjęcie przez rząd. Oponującym biskupom insynuował skrywanie intencji.

– Może część Episkopatu nie jest przyzwyczajona, że projekty, które mają wartość publiczną, są także publicznie konsultowane, a nie tylko w zaciszu gabinetów – mówił, chociaż trudno tak nazwać negocjacje, po których każdej rundzie odbywają się konferencje i obie strony szczegółowo relacjonują zarówno osiągnięte porozumienia, jak i pozostałe kwestie sporne.

Wśród zadań ministra Boniego w ramach spraw wyznań religijnych znajduje się też rejestracja nowych grup starających się o status związku wyznaniowego. W październiku do rejestru Boni wciągnął Wyznawców Słońca. To fikcyjna grupa bez doktryny religijnej, założona przez pewnego ekologa ze Szklarskiej Poręby, proponująca jako swoje „obrzędy” m.in. muzykę, śpiew oraz spożywanie piwa i wina. Do zarejestrowania związku wyznaniowego tak naprawdę wystarczy 100 podpisów zadeklarowanych sympatyków, a w efekcie uzyskuje się spore przywileje należne „zarejestrowanej religii”. Przykład Wyznawców Słońca pokazuje, że ministerstwo daje je lekką ręką nie tylko sektom, ale i inicjatywom będącym de facto kpiną z wszelkiej religii.

Beata Falkowska