Ulubienica feministek
Czwartek, 31 października 2013 (02:18)Platforma Obywatelska w kwestiach ideologicznych mocno skręciła w lewo, a symbolem tych zmian był awans poseł Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, bardzo ciepło przyjęty przez feministki i środowiska homoseksualne.
W zasadzie nie wiadomo, jak tytułować panią minister. Oficjalna nazwa jej urzędu to pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania, ale podczas wielu publicznych wystąpień, wywiadów Kozłowska-Rajewicz każe siebie nazywać „pełnomocniczką”. Co jest zgodne z postulatami środowisk feministycznych żądających, aby kobiety zajmujące wysokie stanowiska nazywać marszałkinią, ministrą, prezeską.
Niewątpliwie na sprawowaniu urzędu pełnomocnika rządu Agnieszka Kozłowska-Rajewicz chce budować swoją polityczną pozycję. – Ona wyczuła, skąd wieje wiatr, że Donald Tusk kieruje Platformę w lewą stronę. I im bardziej będzie mu zależało na poparciu lewicy, tym większe szanse na awans będą mieli politycy pokroju pani pełnomocnik, która ma poparcie wpływowych środowisk lewicowych, czy wręcz lewackich – mówi nam jeden z posłów Platformy Obywatelskiej. – Zresztą już jej powołanie do rządu w 2011 r. było ukłonem w stronę tych środowisk – podkreśla.
Kętrzyn – Poznań – Warszawa
Agnieszka Kozłowska-Rajewicz pochodzi z Kętrzyna, urodziła się w rodzinie nauczycielskiej i jak wspominali jej znajomi, była to tradycyjna, katolicka rodzina. Pani minister podkreśla, że jest osobą wierzącą, chodzi w niedzielę do kościoła, ale to jej nie przeszkadza w forsowaniu pomysłów sprzecznych z nauką Kościoła, takich jak in vitro, czy też w promowaniu legalizacji układów homoseksualnych i próbie nadania im takich samych praw, jakie mają rodziny. Co więcej, zgłaszała publicznie nawet pomysły głębokiej „reformy” Kościoła, której elementami miałyby być m.in. zniesienie celibatu i dopuszczenie kobiet do kapłaństwa.
Agnieszka Kozłowska maturę uzyskała w liceum w Kętrzynie i wyjechała do Gdańska, aby na miejscowym uniwersytecie studiować biologię. Szybko jednak zmieniła plany i przeniosła się na Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, aby zgłębiać antropologię człowieka.
Po studiach przez kilkanaście lat była pracownikiem naukowym na Wydziale Biologii UAM, gdzie obroniła pracę doktorską z biologii człowieka. Obok pracy naukowej zajmowała się też pisaniem programów i podręczników szkolnych. Kilka razy wyjeżdżała na staże na uniwersytety w Wielkiej Brytanii, Holandii i w Niemczech.
Pod koniec lat 90. zajęła się polityką, podobno za namową męża Andrzeja, z zawodu politologa.
Z Unii do Platformy
Pierwszą partią Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz była – mocna wówczas w Poznaniu – Unia Wolności. To z niej wywodzili się obaj prezydenci miasta od 1990 roku (poprzedni – Wojciech Szczęsny Kaczmarek i obecny – Ryszard Grobelny). Ale szybko wyczuła, że przyszłość należy do Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, dlatego bez wahania razem z mężem przeszła do nowej formacji. W poznańskiej PO kierowała Sekretariatem Edukacji.
W 2005 roku nie udało się jej dostać do Sejmu, ale rok później została wybrana do Rady Powiatu Poznańskiego. W 2007 roku już była posłem. Jej awans to z jednej strony efekt przychylności dla niej Waldy’ego Dzikowskiego, szefa wielkopolskiej PO, a z drugiej – parytetów. Donald Tusk chciał się przypodobać środowiskom feministycznym i zdecydował, że w pierwszej piątce listy w każdym okręgu wyborczym muszą być dwie kobiety i Kozłowska-Rajewicz dostaje wysokie, trzecie miejsce, co ułatwia jej zdobycie mandatu posła. Gdy w 2010 roku trwają wybory do władz regionalnych PO, w Poznaniu Agnieszka Kozłowska-Rajewicz popiera Rafała Grupińskiego, który walczył z jej mentorem Waldym Dzikowskim. Wygrywa ten pierwszy.
Jedni mówią, że zmiana sojuszy to efekt politycznego pragmatyzmu, bo Grupiński okazał się silniejszy, a inni że to koniunkturalizm.
– Agnieszka Kozłowska-Rajewicz po prostu uznała, że przy Dzikowskim już nic nie osiągnie. Ona nie kieruje się w polityce sentymentami. Zresztą w naszej partii takie postawy są promowane, Donald Tusk woli koniunkturalistów od ideowców, ludzi kierujących się lojalnością wobec kolegów, bo ci drudzy mogą chcieć budować jakieś swoje sfery wpływów w partii – tłumaczy senator PO.
Także Waldy Dzikowski nie krył rozgoryczenia, ale nie nazywał postępowania swojej młodszej koleżanki „niewdzięcznością”. Przynajmniej oficjalnie. – W prywatnych rozmowach miał do niej pretensje. Bo on pomagał jej w stawianiu pierwszych kroków w poważnej polityce, promował w partii, a ona odpłaciła mu za to wszystko „ciosem w plecy”, popierając jego największego rywala – przyznaje jeden z poznańskich polityków PO.
Ale współpraca z Rafałem Grupińskim nie układa się różowo. Szef Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej jest w partii uważany za osobę o bardziej umiarkowanych poglądach, jednak ich spory wynikały głównie z tego, że Grupiński to także jeden z głównych stronników Grzegorza Schetyny, który stopniowo traci wpływy w partii. Pani pełnomocnik zaś uważa się teraz za człowieka premiera Donalda Tuska i stoi po jego stronie.
Kurs na feminizm
Dla wielu działaczy i parlamentarzystów PO awans Kozłowskiej-Rajewicz do kancelarii premiera nie był zaskoczeniem. Od początku poprzedniej kadencji parlamentu zaangażowała się w „postępowe” projekty Platformy, takie jak ustawa o parytetach, której celem miało być zwiększenie udziału kobiet w polityce i biznesie. Była też aktywna w pracach nadzwyczajnej podkomisji ds. ustaw bioetycznych i in vitro. To tam bardzo blisko współpracowała z Małgorzatą Kidawą-Błońską, popierając jej liberalny projekt ustawy o in vitro. I zaczęła być coraz bardziej znana w środowiskach feministycznych. Promowała np. projekt ustawy żłobkowej zgodny z postulatami feministek. Twardo też sprzeciwiała się jakimkolwiek projektom ustaw zmierzającym do całkowitego zniesienia, a przynajmniej ograniczenia aborcji.
Znajomość z Kidawą-Błońską zdecydowała o tym, że po wyborach w 2011 r. Donald Tusk zaproponował Agnieszce Kozłowskiej-Rajewicz stanowisko pełnomocnika rządu ds. równego traktowania. Premierowi jej kandydaturę podpowiedziała Kidawa-Błońska, a Tusk szukał właśnie kogoś na miejsce Elżbiety Radziszewskiej, gdyż poprzednia minister pełnomocnik była dla premiera za mało postępowa. Tusk słabo jednak znał Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz i dlatego polegał na opinii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, do której ma ogromne zaufanie.
Od razu też szef rządu zapunktował u feministek i lobby homoseksualnego. Dla nich Elżbieta Radziszewska była kiepskim pełnomocnikiem, bo nie dość energicznie realizowała ich postulaty, co więcej, wiele z nich – zdaniem obu wpływowych środowisk – wręcz torpedowała. Radziszewskiej zarzucano też „strach przed biskupami”, czego nie odczuwa Kozłowska-Rajewicz.
Ona – tak jak premier – „nie klęka przed biskupami”. I dlatego w oficjalnych deklaracjach i w poufnych rozmowach ze współpracownikami premiera Tuska padały postulaty zdymisjonowania Elżbiety Radziszewskiej. Tusk nie chciał co prawda działać pod ich dyktando, ale wybory i tworzenie nowego rządu były doskonałym pretekstem do dokonania zmiany na stanowisku pełnomocnika.
Gdy Donald Tusk ogłosił tę nominację, została ona przyjęta przez „postępowców” z entuzjazmem. Henryka Bochniarz, jedna z liderek feministycznego Kongresu Kobiet, mówiła, że jej środowisko bardzo dobrze przyjęło nominację Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz. Równie ciepło oceniono tylko awans Joanny Muchy na ministra sportu.
– Agnieszka Kozłowska-Rajewicz zaangażowała się w walkę o parytety i wytrwale broniła interesów kobiet – komplementowała panią pełnomocnik Bochniarz. Zresztą ustawa parytetowa była w praktyce przygotowana i promowana przez Kongres Kobiet. Ponadto dla feministek pani pełnomocnik jest ideałem kobiety łączącej działalność polityczną z wychowaniem syna jedynaka. Z kolei działacze ze środowisk homoseksualistów, lesbijek, transseksualistów liczyli, że nowa pełnomocnik wreszcie zrealizuje ich postulaty. Z tego powodu dochodziło do ostrych sporów między panią pełnomocnik a posłami i senatorami z tzw. konserwatywnego skrzydła Platformy Obywatelskiej.
Jeden z najgłośniejszych dotyczył konwencji w sprawie przemocy wobec kobiet. Przestrzegali oni przed tym, że pod płaszczykiem konwencji dojdzie do wprowadzenia feministycznych przepisów uderzających w rodzinę. Dopiero premier rozstrzygnął ten spór, popierając konwencję. Teraz, gdy w PO tzw. frakcji konserwatywnej już nie ma, ratyfikowanie dokumentu ma przebiec bez kłopotów.
Gorzej idzie z in vitro czy ustawą o związkach partnerskich, bo PO nie chce drażnić swoich umiarkowanych wyborców, a ci będą partii bardzo potrzebni podczas serii wyborów w 2014 i 2015 roku. Tracąca w sondażach Platforma musi dbać o każdy głos.
Krzysztof Losz