Agent sporu ideowego
Czwartek, 31 października 2013 (02:16)Prawdziwe oblicze Platformy Obywatelskiej ma twarz „ministry” Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz. Biorąc pod uwagę kolejne akcje minister, nikt nie powinien już mieć złudzeń co do domniemanego konserwatyzmu Platformy.
– Minister Rajewicz jawi się jako postać, która dostała specjalne zadanie do wykonania i stara się je wykonać, jak umie. Być może otrzyma za to nagrodę w postaci stanowiska unijnego – mówi dr Hanna Karp, medioznawca.
Moi rozmówcy są jednoznaczni w ocenie działań minister: wszystko, co robi, jest podporządkowane postulatom lobby homoseksualnego. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z walką z dyskryminacją osób homoseksualnych, celem jest legislacyjna rewolucja podporządkowująca sferę życia publicznego homodyktaturze.
Polonez dyskryminuje
Minister objęła patronat nad tegoroczną Paradą Równości w Warszawie, a także nad książką Kampanii przeciw Homofobii „Lekcja równości”. W powyższej publikacji sugerowano, że polonez na studniówce może dyskryminować homoseksualistów, zaś nauczyciele przy omawianiu utworów literackich Marii Konopnickiej powinni szczególnie podkreślać jej rzekome homoseksualne skłonności.
Za publiczne środki walczy m.in. z dyskryminacją językową. „Miałam już kilka interwencji do biura Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania. Istnieje klasyfikacja zawodów, w której nazwy stanowisk wiążących się z prestiżem, pieniędzmi są zawsze w formie męskiej, natomiast te, które się z tym nie wiążą, występują w formie żeńskiej. Czyli mamy sprzątaczkę i dyrektora” – wyłuszczała w jednym z wywiadów.
– Jest ideologicznym agentem sporu kulturowego, czego zresztą nie kryje. Jako urzędnik, który ma dbać o równość, jest gotowa – i robi to – godzić się na dyskryminację niektórych grup społecznych, jak rodziny wielodzietne – mówi Paweł Woliński z Fundacji Mamy i Taty, organizatora akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o odwołanie minister Kozłowskiej-Rajewicz.
– W badaniach przeprowadzonych przez jej urząd respondenci wskazali, że oczekują bardziej aktywnej działalności państwa w zakresie przeciwdziałania dyskryminacji rodzin wielodzietnych. Tymczasem na podstawie tego badania jej urząd planuje i podejmuje działania w większości przypadków skierowane wyłącznie na osoby homoseksualne – wskazuje Woliński.
Fundacji Mamy i Taty udało się zgromadzić ponad 20 tys. podpisów. Protest został wysłany do kancelarii premiera. Rezultatem presji społecznej było wycofanie się minister z kilku najbardziej kontrowersyjnych projektów.
Zaplanowana deprawacja
Najgłośniejszą pierwszą publiczną akcją Kozłowskiej-Rajewicz była promocja ratyfikacji w Polsce Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej przyjętej w maju 2011 roku i podpisanej przez Rajewicz w grudniu 2012 roku. To typowy wytwór ideologii gender, tym razem na poziomie europejskim. Dokument wprowadza „genderową” definicję płci, według której nie jest ona cechą biologiczną, a pochodną „roli społecznej”. Za główne źródła przemocy wobec kobiet uznaje się już nie bliżej niesprecyzowane „stereotypy”, ale wprost: religię, tradycję, kulturę i „honor”.
Przystąpienie Polski do konwencji jest propagowane pomimo licznych protestów także organizacji kobiecych. Ratyfikacja szczęśliwie utknęła w martwym punkcie z uwagi na spory w samej PO. Zdecydowany sprzeciw wyrazili polscy biskupi. „Łączenie słusznej zasady przeciwdziałania przemocy z próbą niebezpiecznej ingerencji w system wychowawczy i wyznawane przez miliony rodziców w Polsce wartości, jest bardzo niepokojącym sygnałem” – napisali w oświadczeniu członkowie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski.
Burzę wywołała pierwotna wersja firmowanego przez Rajewicz Krajowego Programu Działań na Rzecz Równego Traktowania 2013-2015, gdzie wyraźnie podnoszono kwestię obowiązkowej edukacji seksualnej już od przedszkola i edukacji równościowej, pod którą kryje się propagowanie homoseksualizmu poprzez pokazywanie, że każdy rodzaj aktywności seksualnej jest równoprawny, bezpieczny etc. Mainstreamowe media wówczas milczały, nie dostrzegając niczego złego w brutalnej seksualizacji najmłodszych.
– Kozłowska-Rajewicz nie jest zbyt sprawna medialnie. Nie ma predyspozycji do prowadzenia własnego dialogu z mediami, z drugiej strony uderza to, jak przychylni pani minister są dziennikarze głównych mediów, wchodząc na jej konferencjach w rolę stojaków na mikrofony – zauważa dr Karp.
Pod naciskiem opinii publicznej minister wycofała się z najbardziej kontrowersyjnych zapisów Programu. Sprzeciw społeczny zmusił ją także do rezygnacji z forsowania zmian w kodeksie karnym mających ułatwić ściganie osób posługujących się tzw. mową nienawiści wobec osób homoseksualnych i transseksualnych. W planach Rajewicz miałyby grozić za to nawet dwa lata więzienia.
Genderowa frontmenka
Tymczasem doświadczenia bezpośredniej konfrontacji Rajewicz z myślącymi inaczej są bardzo negatywne, noszące wszelkie znamiona dyskryminacji, o ile nie „mowy nienawiści”.
Dobrym przykładem są tzw. konsultacje społeczne Krajowego Programu Działań na Rzecz Równego Traktowania 2013-2015, które zostały zorganizowane w maju tego roku.
– Już na samym początku pani minister oświadczyła, że konsultacje nie są jej obowiązkiem i odbywa je niejako ponadprogramowo. Na spotkanie, na które przybyło kilkadziesiąt osób reprezentujących organizacje pozarządowe zajmujące się różnorodnymi problemami społecznymi, przeznaczyła półtorej godziny i oświadczyła, że w tym czasie należy zamknąć debatę – opisywała Kaja Godek z Fundacji PRO – Prawo do Życia.
Spotkanie było prowadzone chaotycznie, a minister najchętniej ucinała zadawane pytania, odsyłając do innych resortów. Od razu zaznaczyła się wyraźna sympatia Rajewicz do części obecnych na sali i zauważalna niechęć do pozostałych. Na przychylność pani pełnomocnik mogły liczyć tzw. stowarzyszenia antydyskryminacyjne i środowiska mniejszości seksualnych.
Chętnie podejmowała temat wykreślenia z podręczników do wychowania do życia w rodzinie treści rzekomo zideologizowanych, to jest niezgodnych z ideologią gender. Zapowiedziała wówczas również monitoring mediów pod kątem występowania w nich szkodliwych stereotypów płciowych i związanych z mniejszościami i przeciwdziałanie ich upowszechnianiu.
Inaczej sprawa ma się z wypowiedziami przedstawicieli ruchów pro-life czy stowarzyszeń działających na rzecz rodziny. – Prawo do życia nie jest przedmiotem programu równościowego rządu, który nie przewiduje żadnych zmian w obszarze prawa aborcyjnego – to cała odpowiedź na pytania i postulaty obrońców życia. Nie pozwoliła na dyskusję o prawie kobiet do informacji o zdrowotnych i psychologicznych skutkach aborcji oraz poronnym działaniu antykoncepcji hormonalnej. W ogóle nie chciała rozmawiać o rządowym wsparciu dla programów rozwoju naprotechnologii, ponieważ… jest już w Ministerstwie Zdrowia program dotyczący in vitro.
– Aktywność pani minister jest wpisana w ideologię gender, ideologię tolerancji wobec tego, co stanowi odchylenie od normy, w gruncie rzeczy jest nietolerancją normalności, nietolerancją przede wszystkim związków małżeńskich, które stawia się w sytuacji grup i osób pokrzywdzonych – konstatuje ks. prof. Paweł Bortkiewicz, etyk.
– Podporządkowanie ideologii działań rządu, które powinny służyć sprawom obiektywnych reguł rządzących życiem społecznym, przekształca samą koncepcję państwa jako instytucji służącej dobru obywateli – dodaje.
Indoktrynowanie na potęgę
Zaślepienie ideologiczne minister Kozłowskiej-Rajewicz i brak symetrii w postrzeganiu prawdziwych problemów pokazuje historia interwencji Nikolety Brody z Fundacji MaterCare w sprawie dyskryminacji położnych z powodów światopoglądowych. Na prośbę o zwrócenie uwagi na zmuszanie personelu do asystowania przy aborcji, skierowaną w 2012 r., nie otrzymała do tej pory odpowiedzi.
Ale szczytem zideologizowania i instrumentalnego wykorzystywania państwowego urzędu był wpis Kozłowskiej-Rajewicz na stronie internetowej Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, wzywający ks. prof. Dariusza Oko z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie do przeprosin za słowa, że pedofile rekrutują się głównie ze środowisk homoseksualnych, a także za „obrazę” ideologii gender. – Jako urzędnik państwowy zapomniała, że stosunki państwo – Kościół reguluje konkordat – kwituje dr Karp.
Urząd pełnomocnika i jego działalność kosztuje niemałe pieniądze. Program „równościowego” szkolenia pracowników administracji rządowej pochłonął już 4,2 mln zł, a kolejne pół miliona ma za chwilę zostać wydane na dodatkowe szkolenia dla zaledwie 200 osób. Tym razem mają obejmować zagadnienia mniejszości narodowych i etnicznych, w tym „społecznego włączania Romów”.
Z wypowiedzi współpracowników minister Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz trudno wywnioskować, czego właściwie mają się uczyć wysocy urzędnicy zajmujący się na poziomie województw sprawami cudzoziemców i mniejszości narodowych, bo przecież znają obowiązujące prawo i procedury administracyjne dotyczące tych grup społecznych.
Proponuje im się program „zwiększania potencjału urzędników służby cywilnej w zakresie opracowywania i wdrażania krajowej strategii w dziedzinie niedyskryminacji na szczeblu regionalnym”, który ma doprowadzić do „włączania kwestii związanych z niedyskryminacją w główny nurt strategii realizowanych na szczeblu regionalnym”. Za tę ministerialną mowę-trawę wszyscy zapłacimy, przypomnijmy, pół miliona złotych.
Moi rozmówcy podkreślają, że nie możemy rezygnować z manifestowania sprzeciwu wobec działań podejmowanych przez Kozłowską-Rajewicz. – Jeśli kontrowersyjne pomysły rządu natrafiają na sprzeciw społeczny, brak akceptacji, szeroką kontrofensywę obywateli chociażby w sieci, poprzez wysyłanie protestów, pewnym rzeczom można zapobiec. Mam wrażenie, że gdybyśmy w ogóle nie protestowali, wiele pomysłów, jak legalizacja związków partnerskich, dziś byłaby rzeczywistością – wskazuje Woliński.
Nawet jeśli duży opór społeczny nie przekłada się na pewne zmiany legalizacyjne, na pewno spowalnia negatywne procesy. A wytrwały sprzeciw może pewne trendy odwrócić. – Wszelkie protesty mają olbrzymią wartość. Kropla drąży skałę, nie wiadomo, w którym momencie ta skała drgnie – podsumowuje dr Karp.
Beata Falkowska