• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Był z nami Bóg

Sobota, 12 października 2013 (02:02)

Z Luisem Urzúa, chilijskim sztygarem, który razem z 32 górnikami po katastrofie górniczej przez 70 dni był uwięziony w kopalni w Copiapó 700 metrów pod ziemią, rozmawia Agnieszka Gracz

„Misja zakończona”, „Wyszedł Pan jako ostatni, jak dobry kapitan” – usłyszał Pan 13 października 2010 roku, opuszczając specjalną kapsułę, za pomocą której przeprowadzono zakończoną sukcesem akcję ratunkową w Copiapó. Pamięta Pan ten dzień?

– Dla mnie wspomnienie tego dnia to wspomnienie ponownych narodzin, ponieważ muszę powiedzieć, że podczas uwięzienia w kopalni poznałem piekło. Ocaleliśmy tylko dzięki żarliwej modlitwie, jaką w tym czasie ofiarowało w naszej intencji wiele osób z całego świata, w tym na pustyni Atakama. Bóg wysłuchał błagania o miłosierdzie dla górników i powiedział: „Jestem, który jestem”. Uczynił cud – 33 mężczyznom, górnikom uwięzionym ponad 700 m pod ziemią, pozwolił powrócić do ŻYCIA.

Byłem ostatnim górnikiem, który wyszedł na zewnątrz z zawalonej kopalni, ponieważ byłem szefem zmiany. Ministerstwo Zdrowia ustaliło kolejność, w jakiej mieliśmy być wydobywani na powierzchnię. Mogłem więc pozostać do końca pod ziemią i przypilnować, aby moi koledzy górnicy bez problemów weszli do kapsuły La Fenix II.

Wiedział Pan, że jest to dzień fatimski – wspomnienie ostatniego objawienia Matki Bożej?

– To był dla mnie dzień wielkiego cudu, podczas którego cały świat raz jeszcze poznał prawdę, prawdę o życiu i śmierci. Wcześniej, przed 2010 rokiem przeżywałem uroczystości Matki Bożej Fatimskiej w kościele jak każdy inny katolik – z szacunkiem. Poza tym czytałem książki religijne, objawienia fatimskie w sposób szczególny przykuwały moją uwagę. Przede wszystkim dlatego, że zawierały proste wskazówki, ale jednocześnie były tajemnicze i pełne Boskiego działania.

Jak wspomina Pan ponad dwa miesiące spędzone pod ziemią w zawalonej kopalni San José na pustyni Atakama?

– Mimo że upłynęły już trzy lata od tej katastrofy górniczej, wciąż odczuwamy skutki tego wypadku. Dla mnie jeszcze dziś – z perspektywy czasu – wspomnienie życia przez tak wiele dni w niepewności, tak głęboko pod ziemią jest niezwykle trudne. To był czas wielkiej niepewności. Nie wiedzieliśmy, czy zostaniemy uratowani, czy przeżyjemy. Podczas tej zmiany byłem jej szefem, ale w tym trudnym momencie zdjąłem kask i stałem się jednym z górników. Bez względu na okoliczności musiałem być jednak silny, by wspierać moich towarzyszy, za których czułem się odpowiedzialny. Wielu z nich pracowało w kopalni od niedawna. Inni byli górnikami z długim stażem i w zaawansowanym wieku. Przez cały ten czas dodawaliśmy sobie otuchy, modliliśmy się, dzieliliśmy się żywnością, chlebem, jaki nam pozostał. Na przykład puszka tuńczyka, jaką mieliśmy, również została podzielona pomiędzy nas wszystkich, 33 górników.

Byliście uwięzieni w kopalni, mając do dyspozycji zaledwie 50 metrów kwadratowych. Jak w tych ekstremalnych warunkach udało się Wam nie stracić nadziei?

– Od momentu, kiedy doszło do wypadku, czekaliśmy na pomoc. Najważniejsza w tym czasie była praca zespołowa. Staraliśmy się zachować codzienny rytm pracy, aby utrzymać równowagę psychiczną, emocjonalną. Wiedzieliśmy, że zostaną podjęte działania, aby nas ratować, aby do nas w jakiś sposób dotrzeć, a musimy spokojnie czekać. Ale wiedzieliśmy też, że nie możemy stracić nadziei na ratunek i przede wszystkim wiary. Wszystko jest przecież możliwe. Starałem się, by przez cały czas każdy miał jakieś zadanie do wykonania, aby przetrwać ten trudny czas pod ziemią, by nie stracić kontroli nad swoim umysłem, nie poddać się kryzysowi, w jakim byliśmy. W ciągu dnia mieliśmy dwukrotnie czas modlitwy, włączali się w nią wszyscy, niezależnie od wyznawanej wiary. Modliliśmy się do Boga Wszechmogącego.

W tym czasie o Wasze ocalenie modlił się cały świat, nie tylko członkowie Waszych rodzin. Czuliście tę wewnętrzną siłę?

– Kiedy przebywaliśmy głęboko pod ziemią, nie mieliśmy żadnych informacji z zewnątrz. Dopiero kiedy 17 sierpnia ekipy ratownicze nawiązały z nami kontakt, dowiedzieliśmy się, że nie tylko całe Chile modliło się i obserwowało akcję ratunkową, ale włączył się w to cały świat. Wszyscy modlili się, by Bóg okazał nam łaskę i pozwolił wydobyć nas spod ziemi żywych. Nie wiedzieliśmy tego, ale to właśnie ci wszyscy ludzie umacniali nas i posyłali nam promienie światła, byśmy tam, na dole, nie stracili nadziei na wyjście z tego piekła.

Podziękował Pan osobiście za ocalenie Matce Bożej w Fatimie?

– Po tym, jak zostaliśmy wydobyci na powierzchnię ziemi, otrzymałem zaproszenie od jednej z firm Sagres z Portugalii. Poproszono mnie, bym opowiedział, jak żyliśmy po wypadku w kopalni pod ziemią, jak radziliśmy sobie w tak trudnych warunkach, w jaki sposób kształtowały się nasze relacje, jak wyglądała nasza współpraca, co pozwoliło nam przetrwać. I Boża Opatrzność sprawiła, że w planie tej wizyty w Portugalii było również, poza innymi licznymi punktami, nawiedzenie sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, które bardzo chciałem odwiedzić.

Coś szczególnego przekazał Pan Matce Bożej?

– Przede wszystkim wyraziłem wdzięczność Matce Najświętszej za opiekę, jaką otaczała nas, gdy przebywaliśmy uwięzieni pod ziemią. W delikatny, cichy sposób zeszła do kopalni San José na Atakamie, gdzie byliśmy. Także tym razem Maryja pragnęła, aby poprzez cud ocalenia znajdujących się głęboko pod ziemią górników świat Ją poznał. Najświętsza Panienka pozostała w tym miejscu jako największa tajemnica przeżywana w głębokiej wierze, nadziei i niezmierzonej miłości dla życia, które ponownie zostało ofiarowane 33 górnikom. Dziś w naszej kopalni znajduje się przepiękna figurka Matki Bożej z Fatimy. Z czasem, kiedy znajdziemy odpowiednie środki, kiedy stanie się miejscem pielgrzymowania, przekształci się w sanktuarium.

Będąc z wizytą w Portugalii, zwrócił Pan uwagę, że w kopalni San José było Was 34.

– Tym 34. górnikiem był Bóg. W każdej chwili to czuliśmy. On nas chronił, wspierał, dał nam mądrość i umiejętności do przetrwania, by przeżyć w tych dramatycznych warunkach uwięzienia pod ziemią. Wtedy być może mieliśmy więcej wolności i wiary niż jakakolwiek istota na ziemi, która nie zeszła do tego piekła. Nie mieliśmy żadnego innego miejsca, dokąd mogliśmy pójść, mogliśmy tylko spojrzeć w głębię naszych serc, ufnie, bez lęku ofiarować się Bogu. Mówiliśmy, że Bóg nie patrzy na to, jaką funkcję pełni człowiek, jak wygląda. On widział tylko nas, w całej szczerości, pokorze naszych serc. I tylko ofiarowując Mu nas samych, prawdę o nas, mogliśmy być wolni i z ufnością czekać na ratunek.

W Roku Wiary pielgrzymował Pan do Rzymu. Jakie owoce duchowe wydała ta wizyta i spotkanie z Benedyktem XVI?

– Do Rzymu pojechałem na zaproszenie Ojca Świętego, jakie otrzymałem 8 grudnia 2012 roku. Była to dla mnie szczególna okazja, by wyrazić wdzięczność Bogu za to, że mogłem powrócić do domu, do rodziny wraz z 33 uratowanymi górnikami. Mogłem złożyć świadectwo wiary i nadziei, którą mieliśmy przez 70 dni pod ziemią, w miejscu, w którym dokonał się cud miłości. Ojciec Święty Benedykt XVI był bardzo wzruszony. Powiedział mi, że zawsze będzie miał nas, 33 górników z Atakamy, głęboko w swoim sercu i będzie wspierał nas modlitwą, ponieważ jesteśmy świadkami wiary i miłości Boga do ludzkości.

Minęły już trzy lata od cudownego ocalenia. Jak dziś wygląda życie Pana i Pańskiej rodziny?

– Życie nasze jest proste. Każdego dnia dziękuję Bogu za nie, za to, że co dzień wschodzi słońce, że ziemia rodzi owoce. Żyję, dziękując… Bliscy cieszą się, że mogę być z nimi. Wsparcie rodziny jest dla mnie nieocenione, dzięki niemu mogą iść drogą ufności.

Dziękuję za rozmowę.

Agnieszka Gracz