• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Sowietów było jak szarańczy

Czwartek, 10 października 2013 (02:03)

Z sierż. Mirosławem Trzasko, łącznikiem AK, rozmawia Adam Białous

 

Co należało do Pana obowiązków w Armii Krajowej?

– Zaraz po zakończeniu wojny byłem łącznikiem funkcjonującego w Lipsku oddziału AK. Organizatorem AK na ziemi lipskiej był ppor. Bolesław Sztukowski ps. „Tygrys”. Pomagałem w pracy konspiracyjnej, jaką prowadził mój ojciec – plutonowy Bronisław Trzasko. Nasz oddział był najpierw dowodzony przez ppor. Franciszka Żelazowskiego ps. „Sęp”. Kiedy w lipcu 1943 roku został zabity przez gestapo, nasz oddział połączono z oddziałem Antoniego Dąbrowskiego ps. „Zając”. Głównym zadaniem, jakie do mnie należało, a w zasadniczej części do mojego ojca, było zapewnienie łączności między oddziałami działającymi na terenie ziemi augustowskiej i Grodzieńszczyzny. Prowadziliśmy wówczas gospodarstwo rolne położone na pograniczu gminy Nowy Dwór i Lipsk nad Biebrzą. Było to dogodne położenie do prowadzenia łączności. Z racji mojej funkcji łącznika posiadłem sporą wiedzę na temat rozkazów i informacji, jakie przed obławą augustowską i podczas niej docierały z dowództwa AK do oddziałów operujących głównie w powiecie augustowskim.

Jakie zadania wykonywały oddziały AK funkcjonujące na terenie powiatu augustowskiego w okresie przed obławą?
– Na wiosnę roku 1945 na obszarze obwodu Augustów działało co najmniej sześć kompanii Armii Krajowej Obywatelskiej, czyli musiało to być około 600 osób gotowych do walki zbrojnej. W marcu 1945 roku z komendy głównej Okręgu AK Białystok dotarła do dowódców tych oddziałów m.in. lista z personaliami 18 agentów NKWD i UB, a także rozkaz, aby ich zlikwidować. Te wyroki w kwietniu i maju wykonywali żołnierze z Kedywu. Wówczas też, z dużymi sukcesami, trwało rozbrajanie posterunków MO i niszczenie zebranej tam przeciwko członkom AK dokumentacji. Na wiosnę 1945 roku oddziały AKO były na tych ziemiach naprawdę mocne i skuteczne w walce.

Nie mogło to ujść uwagi władz sowieckich.
– To prawda. Sukcesy podziemia niepodległościowego i jego siła na terenach Augustowszczyzny, Sejneńszczyzny i Suwalszczyzny poważnie zaniepokoiły Sowietów i dlatego postanowili oni rozprawić się z AK. Poprzez pacyfikację podziemia niepodległościowego chcieli również zapewnić bezpieczeństwo konwojów i transportów mienia, jakie masowo wywozili przez nasze tereny z Mazur i Warmii na wschód. Te sowieckie konwoje szlakami wiodącymi z Augustowa do Grodna i z Goniądza do Grodna płynęły od maja 1945 roku. Zrabowane w Prusach dobra wywożono koleją i samochodami, natomiast inwentarz żywy pędzono drogami. Na drogach był wówczas duży ruch, wszystko to pod silną eskortą czerwonoarmistów.

Kiedy zauważyliście, że wojska sowieckie szykują jakąś dużą akcję?
– To był koniec czerwca i początek lipca 1945 roku. Na obrzeżach Puszczy Augustowskiej, od strony Lipska, Sztabina i Krasnegoboru, Sowieci zaczęli gromadzić bardzo duże ilości wojska. Było ich wszędzie pełno jak szarańczy. Wiem, że zanim rozpoczęła się obława, był rozkaz z białostockiego dowództwa AK, aby wszystkie oddziały z terenu, jaki miała ona objąć, wycofały się do sąsiednich miejscowości. W tym czasie do naszego domu dotarł m.in. szef Inspektoratu AK Augustów – Suwałki mjr Franciszek Szabunia ps. „Zemsta”, który ewakuował się przed obławą. Był przebrany za chłopa. Ojciec kazał mi go zawieźć furą do Różanegostoku. Za nim, było to około tygodnia przed rozpoczęciem obławy, na nasz teren, tj. teren powiatu Sokółka, z powiatu augustowskiego zaczęli licznie przybywać żołnierze AK. Zostali zakwaterowani u zaufanych gospodarzy. To ich uratowało, bo tu obława nie dotarła. Chociaż nie wszyscy ocaleli. W Nowej Kamiennej zakwaterowali się dowódcy zgrupowania AKO: sierż. Wacław Sobolewski „Sęk” i Jan Goś „Drucik”. Zostali rozpoznani przez konfidenta NKWD, który ich wydał. Mieliśmy informację, że rozstrzelano ich w Osowych Grądach, jednak ich ciał nie znaleziono. Do dziś tajemnicą jest również, dlaczego największe oddziały sierż. Władysława Stefanowskiego „Groma” i sierż. Józefa Sulżyckiego „Brzozy” nie przeszły przed obławą w bezpieczne miejsca. W wyniku tego oddział „Groma” został zdziesiątkowany w bitwie nad jeziorem Brożane. Być może nie dotarł do nich rozkaz ewakuacji, a może dotarł zbyt późno.
Natomiast o szczęściu mógł mówić oddział AKO dowodzony przez ppor. Mieczysława Miedzińskiego. To był oddział z Grodzieńszczyzny, który chciał przejść na teren powiatu Augustów. Gdy byli już blisko celu, ludzie ostrzegli ich, że tam trwa obława, więc zawrócili i ulokowali się w rejonie Druskiennik. Tam ten oddział dotrwał aż do roku 1948.

Jakie informacje na temat przebiegu obławy docierały do was?
– Podczas obławy na naszych terenach, których ona nie objęła, zorganizowano grupę wywiadowczą. Jej zadaniem było przenikanie na tereny zajęte obławą i pozyskiwanie informacji o jej przebiegu. Mnie również przydzielono do tego zadania. Przechodziłem więc za Biebrzę i zbierałem informacje z terenu północno-zachodniej części gminy Lipsk. Udało mi się m.in. dowiedzieć, że w położonych tam wsiach, takich jak m.in. Krasne, Wyżarne czy Gruszki, dokonano licznych aresztowań. W przypadkach, kiedy w domu nie zastano osoby, którą chciano aresztować, brano z jej rodziny zakładnika. Aresztowanych przetrzymywano najpierw we wsi Krasne, później w Jastrzębnej. Brano też ludzi prosto z pola czy z drogi. Aresztowanych wywoływano na przesłuchania po nazwisku. Jedni wracali do miejsca przetrzymywania, innych wywożono ciężarówkami. Kilka osób, z którymi wówczas rozmawiałem, twierdziło, że w stronę Grodna. Ci, których wywieźli, żywi już do domu nie wrócili.

Która relacja świadków obławy zapadła Panu najbardziej w pamięć?
– Historia, która mną najmocniej wstrząsnęła, opowiada o tragicznym losie pani Mieczkowskiej ze wsi Gruszki. Jej czterej synowie z AK zostali aresztowani podczas obławy, a później zamordowani. Ta matka z rozpaczy straciła rozum. Do końca życia nie przyjęła do wiadomości, że jej synowie nie żyją, i wciąż nosiła im chleb do lasu.

Czy uważa Pan, że warto słać do Rosji, do FSB, pytania na temat losów ofiar obławy, prośby o pomoc, wnioski, jak robią to rodziny ofiar obławy?
– Kto pyta, nie błądzi – mówi stare porzekadło. Trzeba pytać Rosję, ile tylko można. Przecież widać gołym okiem, że warto. Rodziny ofiar obławy wysłały kilkadziesiąt wniosków do FSB już ponad pół roku temu. Czekały cierpliwie i otrzymały w końcu odpowiedź. Są w niej zawarte dane – daty i miejsca aresztowań, a nawet informacja, że zostali aresztowani za przynależność do AK, wszystko to podane na podstawie dokumentów z archiwum FSB. To są już konkretne dane. Może to kolejny krok przybliżający nas do celu – czyli ujawnienia miejsca straceń i pochówku ofiar obławy. Tak więc i wnioski białostockiego IPN, który prowadzi śledztwo w sprawie obławy, i pisma rodzin ofiar obławy uważam za działania słuszne. Przydałyby się jeszcze bardziej owocne działania rządu i prezydenta RP w tej sprawie.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Białous