Mówiłem tylko o faktach
Wtorek, 24 września 2013 (02:08)Z prof. Andrzejem Kochańskim, lekarzem genetykiem, członkiem Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Beata Falkowska
Jeździ Pan po Polsce i straszy ludzi – ogłosiła „Gazeta Wyborcza”. Proszę opowiedzieć naszym Czytelnikom o Pańskich wykładach, które wzbudziły taką furię medium Adama Michnika i zmobilizowały ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza do zajęcia stanowiska.
– To były trzy wykłady. Tak się złożyło, że referaty były blisko siebie. Ale tu nie ma mowy o żadnym rajdzie po Polsce z wykładami. Pierwszy z nich wygłosiłem w Częstochowie i był skierowany do samorządowców. Wykład odbył się w urzędzie miasta. Zwróciłem w nim uwagę na pewne aspekty demograficzne, przytaczałem fakty opisywane w literaturze fachowej, jak ten, że na przestrzeni ostatnich 20 lat wzrasta liczba wrodzonych wad rozwojowych w ciążach mnogich. Autorzy cytowanego raportu sugerują, że jedną z głównych przyczyn tego stanu może stanowić zapłodnienie pozaustrojowe. W związku z tym, że wykład był skierowany do samorządowców, wskazałem, że dopuszczając czy dotując ze środków publicznych in vitro, powinniśmy na każdym etapie liczyć się z konsekwencjami zdrowotnymi dla populacji. Starałem się w sposób klarowny przedstawić różne rodzaje zaburzeń, których ryzyko wzrasta w przypadku procedury in vitro. Posłużyłem się metaforą literacką z „Fausta”. Ta metafora została przytoczona w „Gazecie Wyborczej” niejako wprost bez zaznaczenia, że to jest metafora. Nie będę do tego się odnosił. Jeżeli ktoś metaforę traktuje tak samo jak konkretną informację naukową, to jestem wobec tego faktu bezradny.
Drugi wykład odbył się w Poznaniu podczas Polskiego Kongresu Genetyki. Była to prelekcja czysto naukowa, zaaprobowana przez komitet naukowy zjazdu. Spotkała się z dużym zainteresowaniem, wywołała ciekawą dyskusję. W tym drugim wykładzie skupiłem się na podłożu różnych problemów genetycznych. Trzeci wykład odbył się w moim rodzinnym mieście – Gnieźnie. Tematyka była ta sama, ale audytorium inne – były to osoby związane z duszpasterstwem rodzin, zatem profil prelekcji również był inny. Poruszyłem tę tematykę w szerszym kontekście. Z tego szerszego kontekstu „Gazeta Wyborcza” wyłuskała pewne tylko elementy i stworzyła określoną całość, która ma niewiele wspólnego z tymi trzema wykładami. Na podstawie tej nowej całości rozpoczęto na mnie nagonkę medialną.
Rozumiem, że każda informacja o charakterze naukowym zaprezentowana podczas tych prelekcji ma źródło w konkretnej pracy naukowej?
– Wszystko, co podałem w czasie moich wykładów, ma poparcie w literaturze fachowej. To nie są moje tezy, moje pomysły, są to dane, które zostały już opublikowane. Większość przeszła ostry proces recenzencki w USA. To naprawdę nie są moje projekcje. Jeżeli coś jest hipotezą, to jest to wyraźnie zaznaczone. Tendencyjny wybór pewnych treści pozbawionych kontekstu i odpowiednia kompilacja – jak uczyniła to „Gazeta Wyborcza” – skutkuje tym, czym skutkuje.
Wziął Pan udział w dyskusji w programie „Pytanie na śniadanie”, gdzie w roli eksperta od genetyki i procedury in vitro wystąpiła pierwsza w Polsce osoba z in vitro, ginekolog stosujący tę procedurę i tendencyjni prowadzący, już w pierwszych zdaniach prezentujący swoje zbulwersowanie Pańskimi wykładami.
– Jestem bezradny wobec formuły tego programu. Nie ja jestem jej autorem. Cóż można zrobić w takiej konfiguracji? W tym programie nie została zachowana minimalna symetria w prezentowaniu stanowisk dwóch stron.
Nie żałuje Pan, że się zgodził na udział?
– Postanowiłem nie odmawiać, gdyż jest to jednak jakaś szansa na podzielenie się nie tyle swoimi poglądami, ale przedstawienie swego stanowiska. Oczywiście, że wolałbym, by wyglądało to inaczej. Ważne jest dla mnie, że doszło do spotkania, że mogłem poznać przesympatyczną osobę. Trudno jednak w takiej formule rozmawiać o poważnych wadach rozwojowych i problemach związanych z in vitro. Z drugiej strony też nie można przenieść dyskusji o in vitro do sal wykładowych. Trzeba starać się jakoś funkcjonować w tej rzeczywistości, niesamowitej jakby nie patrzeć, w której minister zdrowia wzywa Polską Akademię Nauk, by zadbała o poprawność poglądów naukowych profesora.
Również Instytut Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN wydał takie oświadczenie.
– To jest bardzo świeża sprawa. Ponieważ ten instytut jest moim drugim domem, a ja w tej chwili nie mam dystansu do całej tej sprawy, z odniesieniem się do tego faktu chciałbym poczekać. Dla mnie jest to sprawa zaskakująca i bolesna. Nie chcę wypowiadać się szerzej, gdyż nie chcę nikogo skrzywdzić.
Jak widać, genetyka in vitro to zajęcie wysokiego ryzyka. Ten obszar rzeczywiście nie cieszy się popularnością wśród genetyków?
– Jest grupa osób, które w sposób systematyczny, zorganizowany zajmują się tym tematem. Nie jest tak, że pojawił się jeden człowiek, który głosi jakieś swoje tezy. W międzynarodowym piśmiennictwie medycznym znany jest szereg opracowań poświęconych tym zagadnieniom. Także w Polsce są genetycy, którzy tym tematem się interesują i chcą mówić o tym otwarcie. Jednak w sytuacji, w której minister zdrowia otwarcie atakuje naukowca, wiele osób może nie odważyć się zabrać w tym temacie głosu.
Mówi Pan, że instytut to Pański drugi dom, proszę opowiedzieć nam więcej o swojej naukowej ścieżce.
– W mojej rodzinie wraz z siostrą – lekarzem internistą, jesteśmy trzecim pokoleniem lekarzy. W 1996 roku ukończyłem Akademię Medyczną w Poznaniu. Doktoryzowałem się w zakładzie genetyki u pani profesor, wówczas jeszcze docent, Anny Latos-Bieleńskiej. Tam zdobywałem pierwsze doświadczenia. Później przyjechałem do Warszawy. Od 2000 roku pracuję w Zespole Chorób Nerwowo-Mięśniowych, którym kieruje pani prof. Irena Hausmanowa-Petrusewicz. W tym zakładzie zrobiłem habilitację, byłem najmłodszym docentem w historii instytutu. W 2013 roku uzyskałem profesurę belwederską. Dodatkowo uzyskałem dwie specjalizacje medyczne (genetyka kliniczna oraz laboratoryjna), które pozwalają mi pracować w poradni genetycznej. Od trzech lat jestem zatrudniony na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie prowadzę zajęcia z genetyki i przedmiotów pokrewnych. Kierowałem dwiema pracami licencjackimi z zakresu genetyki zapłodnienia pozaustrojowego. W PAN zajmuję się pewnym obszarem neurogenetyki. Kilka lat temu zainteresowałem się genetyką zapłodnienia pozaustrojowego. Powstał pewien zespół naukowców, z Polski i ze świata, w którym się znalazłem i w ramach którego śledzimy publikacje o in vitro. Pokonaliśmy już pewien próg w naszej działalności i opublikowaliśmy w piśmiennictwie międzynarodowym dwie prace poświęcone zaburzeniom genetycznym związanym z in vitro. Praca w poradni genetycznej pozwoliła mi także zetknąć się z praktycznym aspektem: zacząłem przyjmować chore dzieci, które urodziły się z zastosowaniem zapłodnienia pozaustrojowego.
Kto oprócz Pana tworzy zespół?
– To mały zespół, w skład którego wchodzą neonatolodzy i genetycy. Każdy z nas ma swoją afiliację, staramy się pewne rzeczy zbierać, informować o badaniach, które już zostały wykonane. W tym obszarze jest bardzo duża praca do zrobienia. Dane są rozsiane po literaturze fachowej, bardzo wiele czasu zabiera, by je skategoryzować, usystematyzować, uaktualniać.
Skala tego ataku zaskoczyła Pana, nadal widzi Pan siebie w składzie Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski?
– Oczywiście. W ogóle bardzo się cieszę, że istnieje struktura, która poważnie się tymi problemami interesuje. Próbuje mi się robić zarzut z tego, że znalazłem się w składzie tego gremium, ale zapomina się, że nie stworzono alternatywy. Jak widać, te treści budzą opór i trudno się z nimi przebić. Na wielkim zjeździe – Polskim Kongresie Genetyki, zagadnieniu genetycznych problemów związanych z in vitro poświęcono jeden referat. Oczywiście jestem wdzięczny komitetowi naukowemu kongresu, że pomimo trudności zgodzono się ostatecznie na moją prelekcję, ale skala problemu jest duża i jeden referat to stanowczo za mało. Nie zmienię w żaden sposób swojego postępowania. Będę dalej dociekał prawdy, ale rzeczywiście zostałem zaskoczony wydarzeniami ostatnich dni. Do pewnych spraw zdołałem się przyzwyczaić, ale fakt, że można ograniczać wolność wypowiedzi naukowej, szokuje. To cenne doświadczenie, obraz rzeczywistości jest ostrzejszy. Czy w USA wysoki rangą urzędnik państwowy ingerowałby w treści wykładane przez jednego profesora? Nie wolno się z tym nigdy pogodzić.
To się będzie działo coraz częściej. By eliminować pewne tematy z publicznej debaty.
– Tematy i ludzi.