• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Tułaczym szlakiem

Czwartek, 19 września 2013 (02:28)

Przed południem 11 listopada 1939 r. na plebanii w Hajnówce pojawił się posłaniec z sowieckiej milicji. Przyniósł nakaz, by ks. Michał Wilniewczyc stawił się na posterunku.

Fałszywie oskarżony kapłan został aresztowany przez NKWD i po kilku godzinach przesłuchań wywieziony do Świsłoczy, a stamtąd do więzienia w Wołkowysku. Tak rozpoczęła się wojenna historia zesłańca, łagiernika, kapelana Armii gen. Andersa i opiekuna setek polskich dzieci – ofiar sowieckich deportacji, cudownie uratowanych od śmierci w tajdze Sybiru i stepach Kazachstanu.

Fascynującą biografię ks. Michała Wilniewczyca, bogato inkrustowaną fragmentami jego niepublikowanych wspomnień, relacjami osób, które zawdzięczają mu ocalenie i pomoc, unikalnymi zdjęciami, prezentuje ks. dr Andrzej Chibowski, wychowanek niezłomnego kapłana w Wyższym Seminarium Duchownym w Drohiczynie.

Album „Kapłańska odyseja” zapisuje kolejną kartę martyrologium polskiego duchowieństwa, tak ofiarnie dzielącego cierpienia Polaków podczas wojny i okupacji. Piękna postać, piękna publikacja.

Sprawne pióro ks. dr. Chibowskiego ukazuje życiorys ks. Wilniewczyca na tle szerokiej panoramy polskich losów podczas minionego stulecia, oddaje sprawiedliwość jego ogromnym zasługom, a czytelnika umacnia duchowo. Bo skoro mieliśmy – i mamy – takich kapłanów, to nil desperandum. Na fundamencie wiary wszystko może być odbudowane – tak odczytuję przesłanie „Kapłańskiej odysei”.

Ksiądz Wilniewczyc był mocno wrośnięty w Kresy: urodzony w 1912 r. w Dąbrowicy na Nowogródczyźnie, uczył się i studiował w Nowogródku, Drohiczynie i w Pińsku, gdzie przyjął święcenia kapłańskie.

Przed wojną pracował jako wikariusz w Hajnówce, na skraju Puszczy Białowieskiej, w środowiskach przeważnie robotniczych, do tego stopnia skomunizowanych, że sowieckie radio nadające z Mińska pozdrawiało swoich pobratymców słowami „Da zdrastwujet krasnaja Gajnouka” – Niech żyje czerwona Hajnówka. Ksiądz Wilniewczyc umiał jednak zdobyć ich zaufanie do tego stopnia, że w czasie jego pobytu w Hajnówce nikt nie umarł bez sakramentów świętych.

Aresztowany niemal na początku okupacji sowieckiej – i Niemcy, i Sowieci równoległe w dniu Święta Niepodległości w 1939 r. przeprowadzili szeroko zakrojone akcje wymierzone w polskie elity – 18 lat spędził na tułaczce.

„Na korytarzu więziennym przy ołtarzu, gdzie za czasów Polski niepodległej odprawiano Mszę św., rozebrano mnie do naga. Zabrano sutannę, brewiarz, medalik, futerko, zegarek, pasek od spodni, a nawet sznurowadła, poodpruwano guziki i wpuszczono do celi. Cela była przepełniona Polakami i Białorusinami. Byli tam i komuniści. Poznałem tu już siedzących od miesiąca: senatora Bispinga spod Grodna, posła Brzozowskiego, trzech Jankowskich: jeden z nich był poetą chorym na cukrzycę, drugi zamożnym ziemianinem, trzeci również ziemianin wyznania prawosławnego. Tchnięty łaską Bożą złożył przede mną wyznanie wiary katolickiej. Był wesoły, dowcipny i niewielkiego wzrostu Bochwic. Byli policjanci, robotnik Wasilewski z masarni spod Wołkowyska. Byli tam także i konfidenci. Razem około 30 osób” – opisywał pierwszy dzień w więzieniu w Wołkowysku.

Przeszedł bardzo ciężkie, nocne przesłuchania przez NKWD, cierpiał głód, pozbawiony był całkowicie możliwości sprawowania służby kapłańskiej.

Bóg go ocalił, nie znalazł się w transporcie na miejsce kaźni w więzieniach, gdzie rozstrzeliwano ofiary z tzw. listy białoruskiej. 29 czerwca 1940 r. został wywieziony do Homla, tam po trzech miesiącach przyszedł z Moskwy wyrok: 7 lat łagru na Syberii.

17 września 1940 r. po załadowaniu do bydlęcego wagonu ks. Wilniewczyc razem z grupą Polaków wyruszył w drogę na wschód, do Kotłasu na Syberii.

„Wrażenie po przybyciu było straszne. Baraki, nagie prycze, pełno złodziei i zbrodniarzy, rekrutujących się przeważnie z samych Rosjan. Pierwszą noc w łagrze spędziłem pod namiotem. Obudziły nas krzyki. To złodzieje z innych baraków przyszli okradać nas – nowicjuszy”.

Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Rzuceni w tajgę Polacy pierwsze noce spali w śniegu, pod gołym niebem, za pożywienie musiały im wystarczyć zmarznięte borówki. Niewolnicza praca przy budowie drogi, niedożywienie i choroby – w tej codzienności pozbawionej nadziei ks. Wilniewczyc potrafił nieść innym pociechę: prowadził katakumbowe duszpasterstwo – spowiadał, w najgłębszej tajemnicy odprawiał Msze Święte. Wiele razy bliski śmierci przeżył, jak sam wyznawał, dzięki Opatrzności Bożej.

Po zwolnieniu z łagru dołączył jako kapelan do Armii gen. Andersa i razem z nią ostatnim transportem pod koniec sierpnia 1942 r. opuścił Rosję – „więzienie narodów”. W Persji (Iranie) został przydzielony do opieki duszpasterskiej nad uratowanymi polskimi sierotami w Isfahanie, zwanym wówczas miastem polskich dzieci.

Z częścią z nich podążył w 1944 r. na antypody, do Nowej Zelandii, której rząd zgodził się przyjąć ponad 700 najmniejszych tułaczy. W niewielkiej miejscowości Pahiatua niedaleko Wellington urządzono doskonale wyposażony ośrodek Polish Children Camp, w którym znalazły się budynki mieszkalne, szkoły, biblioteka, kaplica, szpital.

Gościnna Nowa Zelandia ofiarowała polskim sierotom to, czego najbardziej potrzebowały po traumie zesłania: troskliwą opiekę i dobre warunki do nauki. W polskich szkołach w Pahiatua ks. Wilniewczyc uczył religii i łaciny, zabiegał przede wszystkim o to, by dzieci zachowały w obcym kulturowo kraju swoją wiarę i polską tożsamość. Stąd religijne wychowanie, codzienne Msze Święte, harcerstwo, akademie, uroczystości patriotyczne, obchodzenie polskich świąt narodowych i codzienny kontakt z wychowankami.

W 1947 r., wyczerpany trudami wojny i łagru, poprosił o zgodę na podjęcie studiów w Bejrucie, potem w Rzymie. Do Polski powrócił w 1957 r., wezwany do pracy duszpasterskiej na skrawku diecezji pińskiej, która znalazła się w granicach PRL. Posługiwał jako profesor Wyższego Seminarium Duchownego w Drohiczynie, ceniony spowiednik i cichy dobroczyńca ubogich. Do końca życia modlił się o nawrócenie Rosji.

Małgorzata Rutkowska