• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Reguły ustala rząd

Sobota, 31 sierpnia 2013 (02:08)

Nowa wartość, tzw. wartość dodana brutto, powstaje w kolejnych fazach procesu produkcyjnego. W przypadku rolnictwa początek tworzenia produktu finalnego, który zdejmujemy z półki supermarketu, znajduje się w gospodarstwie rolnym.

 

Gdyby nie było polskiego rolnika, nie byłoby surowca, a półka w supermarkecie byłaby pusta. Chyba że półki zapełniłby import. Pytanie od strony ekonomisty brzmi: jak dzielą się zyski z pracy rolnika na dystansie „od zasiania roli lub wykarmienia zwierzęcia do atrakcyjnie opakowanego produktu na półce supermarketu?”.

Pytanie to można sformułować inaczej: czy wartość dodana brutto jest sprawiedliwie dzielona między poszczególne fazy produkcji w proporcji ich wkładu w tworzenie tej wartości, czy też podmioty któregoś ogniwa w sposób nieuzasadniony zawłaszczają wartość dodaną, wytworzoną w innym ogniwie procesu produkcyjnego?

W produkcji rolniczej występują trzy ogniwa: gospodarstwa rolne, zakłady przetwórstwa (mleczarnia, rzeźnia, piekarnia) i sieć dystrybucji (supermarket, sklep). Istnieje zasadnicza różnica między ogniwem pierwszym, czyli gospodarstwami rolnymi, a dwoma pozostałymi, czyli fazą przetwórstwa i dystrybucji. Ze względów historycznych sektor gospodarstw rolnych jest w Polsce rozdrobniony i oparty na prywatnej własności ziemi. Przeciętna powierzchnia gospodarstwa indywidualnego w roku 2012 wyniosła 10,4 hektara. Oznacza to, że tzw. siła rynkowa pojedynczego gospodarstwa jest niewielka. Ponadto podstawowe ryzyko produkcji rolniczej związane z warunkami atmosferycznymi spada na rolnika, a nie na przetwórcę i dystrybutora.

Czyli z tego tytułu rolnik ma prawo do dodatkowego wynagrodzenia. Z kolei ogniwa przetwórstwa i dystrybucji są skoncentrowane, najczęściej z pozycją monopolisty względem rolnika. To daje im przewagę nad rolnikiem, przede wszystkim jeśli chodzi o dyktat cen skupu surowca do przetwórstwa i dystrybucji. Monopolista z pozycji siły przejmuje wartość dodaną od indywidualnego rolnika, której de facto sam nie wytworzył. Jego renta ekonomiczna wynika nie z wkładu pracy, lecz z przewagi siły. Dodam, że warunki do takiej przewagi stworzył monopoliście rząd.

Taki rozkład siły rynkowej – tj. z jednej strony rolnik wytwarzający dominującą część wartości dodanej i ponoszący największe ryzyko, a z drugiej strony silne i zorganizowane podmioty przetwórstwa i dystrybucji oparte głównie na kapitale zagranicznym – daje możliwość tym ostatnim przechwytywania wartości dodanej wytwarzanej w sektorze gospodarstw indywidualnych. Co też skwapliwie czynią. Proces ten już od dwóch dekad drenuje sektor polskich gospodarstw indywidualnych, ograniczając ich możliwości akumulacji kapitału. Rolnik zmuszony jest przyjąć cenę za swoje produkty niepokrywającą kosztów ich wytworzenia. W tak przymusowej sytuacji rolnik nawet nie wspomina o wynagrodzeniu za własną pracę. Jest sam.

Kto jest odpowiedzialny za wyzysk i drenaż polskiego sektora rolniczego przez monopolistyczne firmy z kapitałem zagranicznym? Odpowiedź jest prosta. Zawiodło państwo. Tyle tylko, że w tym przypadku państwo ma imię i nazwisko. Są to rządy postkomunistyczne SLD wraz z PSL, które w trakcie negocjacji akcesyjnych zadbały głównie o interes zagranicznego kapitału, a nie ochroniły polskiego rolnika. Tę politykę kontynuuje rząd Tuska i Rostowskiego. Nie wolno było wystawiać polskiego rolnika na nierówną i z góry przegraną konkurencję z silnymi organizacjami. Kapitał zagraniczny nie będzie szanował ani polskiej tradycji, ani wartości narodowych. To powinien chronić polski rząd! Ale na taki jeszcze musimy poczekać.

Jaka może być odpowiedź społeczności rolniczej na sytuację, kiedy państwo pozostawiło ją na pastwę losu? Można wskazać na trzy możliwości.

Pierwsza to tworzenie silnych związków producenckich jako przeciwwagi dla firm skupujących, przetwarzających i dystrybuujących produkty rolnicze. Zwiększenie „siły rynkowej” indywidualnych rolników w zorganizowanym związku producenckim pozwala uzyskać rolnikowi wyższą cenę i tym samym zatrzymać w gospodarstwie należną mu wartość dodaną. Na to trzeba kapitału i wsparcia państwa. O jedno i drugie niestety trudno.

Druga to wydłużenie cyklu życia własnego produktu. Oznacza to, że rolnik nie tylko wytwarza surowiec we własnym gospodarstwie, ale go przetwarza (np. na wędliny, sery czy świeże, niestemplowane unijną pieczątką jajka) i sprzedaje we własnym sklepie przy własnym domu. Tu służby państwa, wierne unijnej trosce o dobro konsumenta, taką inicjatywę rolnika niewątpliwie zniszczą.

I trzecia możliwość to sprzedaż płodów rolnych i nieprzetworzonych produktów zwierzęcych (mleko, śmietana, jajka itp.) bezpośrednio na targowiskach. Powinny być one – targowiska – objęte ochroną i szacunkiem państwa z uwagi na ciężką pracę rolnika. Niestety, nie zawsze tak jest. Często widzę dobrze umundurowanego i wypasionego strażnika miejskiego pastwiącego się nad babcią sprzedającą pietruszkę, szczypiorek i kilka jajek bez pieczątki unijnej. Ja w te produkty zaopatruję się tylko u tej babci. To naprawdę smakuje – żaden supermarket jej nie dorównuje.


Autor jest wykładowcą Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie – Kolegium Zarządzania i Finansów w Katedrze Teorii Systemu Rynkowego.

prof. Feliks Grądalski