• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Kto następny pod młotek

Sobota, 10 sierpnia 2013 (02:08)

Kolejny akt tragedii greckiej przed nami. Kraj, w którym w starożytności stworzono podwaliny ekonomii (jako nauki o prawach rządzących gospodarstwem domowym), znalazł się w tak głębokiej zapaści gospodarczej, że obecnie jest zmuszony do częściowej wyprzedaży swojego domu ojczystego. Na sprzedaż zostaną wystawione malownicze greckie wyspy.

Wymóg prywatyzacji był jednym z narzuconych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny i Unię Europejską w ramach memorandum, czyli dokumentu określającego reformy i cele fiskalne, jakie Grecja musi spełnić, by otrzymać międzynarodową pomoc finansową.

Zagrożony bankructwem kraj zobowiązał się do 2020 roku z wyprzedaży swojego majątku narodowego uzyskać 50 mld euro. Grecki Fundusz Prywatyzacyjny (HRADF) planuje sprzedać wiele cennych nieruchomości i firm państwowych do 2015 roku, m.in. Pocztę Grecką, największe lotniska i grecki monopol loteryjny.

W tej puli znajdują się także piękne wyspy, do wyprzedaży których już trzy lata temu na łamach niemieckiej prasy namawiali Greków przedstawiciele rządu Angeli Merkel. Znamienne, że jeszcze w sierpniu 2012 roku premier Grecji Antonis Samaras podkreślał, że jedynym argumentem przeciwko wyprzedawaniu terytorium i przekazywaniu go w prywatne ręce jest bezpieczeństwo narodowe kraju.

Doraźnie okazało się ono jednak dla rządu greckiego mniej warte od pieniędzy uzyskanych z tych transakcji. Wygląda więc na to, że po utracie suwerenności monetarnej w związku z przyjęciem wspólnej waluty kraj ten stopniowo będzie tracił terytorium i swoje bogactwa narodowe.

Doświadczenia gospodarki greckiej to surowa przestroga dla innych gospodarek Unii Europejskiej, zwłaszcza tych w dużym stopniu uzależnionych od kapitału zagranicznego. Co prawda nie wszystkie przyjęły euro, ryzykując – jak Grecja – stopniową utratę konkurencyjności międzynarodowej i pozbawiając się możliwości wykorzystania autonomicznej polityki monetarnej oraz elastycznego reagowania na szoki zewnętrzne i wewnętrzne, ale nie oznacza to, że one nie są zagrożone kryzysem.

„Na wszelki wypadek” także i gospodarki spoza strefy euro (poza Wielką Brytanią i Czechami, które na to się nie zgodziły) unijni decydenci objęli dyscypliną wyznaczoną przez obowiązujący od stycznia br. „Traktat o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej”. W praktyce wprowadzenie paktu fiskalnego zakłada zwiększenie kontroli budżetów krajów członkowskich przez instytucje unijne, a także sankcje dla gospodarek naruszających nowe, rygorystyczne zasady dyscypliny budżetowej.

Nie sposób z góry ocenić, jakie będą konsekwencje funkcjonowania tego paktu. Państwom o słabszej pozycji konkurencyjnej w porównaniu z wiodącymi gospodarkami eurolandu (przede wszystkim Niemcami) grozi to, że będą musiały przeprowadzić głębokie i dotkliwe dla społeczeństwa „reformy strukturalne”, nie tylko ograniczające wydatki, ale także modyfikujące sposób funkcjonowania rynków pracy czy systemów zabezpieczeń społecznych.

Podpisanie paktu fiskalnego oznacza więc dalsze ograniczenie suwerenności gospodarczej, a w konsekwencji zgodę na stopniowe dostosowanie się do niemieckiego sposobu funkcjonowania gospodarki. Ponadto założenia tej umowy nie rozwiązują problemu narastającej nierównowagi w bilansach płatniczych państw unii monetarnej.

Biedniejsze kraje południa Europy: Portugalia, Hiszpania, Włochy, mniej konkurencyjne w porównaniu z bogatymi krajami północy, od lat odnotowują szybszy wzrost importu w porównaniu z eksportem inarażone są na dalszy skokowy wzrost zadłużenia zagranicznego. W tej sytuacji w nieodległej przyszłości kolejny kraj może być zdany na łaskę i niełaskę pożyczkodawców międzynarodowych.

Dr Dorota Żuchowska