• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Mnożenie patologii

Czwartek, 12 lipca 2012 (06:45)

Według opinii niektórych znawców przedmiotu, skala przemocy fizycznej lub seksualnej, przynajmniej wobec kobiet w Polsce, jest porażająca. Towarzyszy temu nikła wykrywalność przestępstw.

Nie przytaczam danych socjologicznych, gdyż zachowuję wobec nich pewien sceptycyzm. Zwłaszcza że dotyczy on spraw co najmniej trudno wymiernych, jak przemoc seksualna czy psychiczna.

Mój sceptycyzm bierze się stąd, że dane te są podawane w "świecie wartości", w którym walcząc z rzekomymi molestowaniami seksualnymi, propaguje się "kulturę" wyuzdania seksualnego.

Przeciwnicy pedofilii są wszak zwolennikami prostytucji. Tak zwana opinia publiczna piętnuje na podstawie nie faktów, lecz donosów kogoś, kto rzekomo molestował seksualnie niepełnosprawne dziecko, i ta sama opinia cieszy się kolejnym sukcesem reżysera od lat ściganego za dowiedzioną sądownie pedofilię.

Dane statystyczne przemawiają lub nie, ale tak naprawdę naszą uśpioną wrażliwość zdolne są pobudzić konkretne tragedie, o zmaltretowanych twarzach ofiar. Te ofiary niewątpliwie są. I choćby było ich mniej niż w danych statystycznych, budzą nasze sumienie.

Prasa czy też portale internetowe podają zarysy takich tragicznych, obolałych portretów. Zaczyna się to wszystko jeszcze gdzieś w liceum: moment zakochania, zauroczenia, pierwsze rozstanie i ponowne bycie ze sobą.

Zamieszkanie razem, co wydaje się dzisiaj tak często sposobem na szczęście. I gdzieś u końca tego etapu, który ma być początkiem wspólnego życia, pojawia się zapoczątkowanie przemocy. Obrzucanie obelgami, szantaże, poniżanie, ból i stres, które odstręczają od przyjmowania posiłków, poczucie winy, własnej odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy. Bunt i wstyd. Upokorzenie.

Bywają próby zmiany tego stanu rzeczy - na przykład próba porzucenia domu, człowieka, który jest oprawcą. Ale nie są one proste. Często w momencie ich podejmowania następuje zmiana postawy z sadystycznej na opiekuńczą. Pojawiają się obietnice, a kiedy decyzja o porzuceniu zostaje cofnięta, życie wraca do normy, którą jest piekło.

Psychologowie zauważają w tym momencie fakt, że kobiety doświadczające przemocy domowej stają się ofiarami syndromu sztokholmskiego, to znaczy ulegają "emocjonalnemu zniewoleniu". Oznacza to usprawiedliwianie aktów agresji ze strony partnera i minimalizowanie własnej krzywdy. Powtórzmy raz jeszcze - w ramy tego scenariusza wpisane są konkretne biografie, konkretne łzy, cierpienia i tragedie aż po przemoc posuniętą do zabójstwa.

W tym kontekście może wydawać się rzeczą ze wszech miar słuszną, że rząd polski w osobie premiera Donalda Tuska zadeklarował gotowość podpisania przez Polskę konwencji dotyczącej przemocy wobec kobiet.

Deklaracja premiera nie odzwierciedla jednak stanowiska całego rządu, a zwłaszcza osoby w tym zakresie szczególnie ważnej - ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. To sytuacja dość wyjątkowa, a na pewno nietypowa w działalności tego rządu zgody narodowej (wszak "zgoda buduje, niezgoda rujnuje", by zacytować słowa prezydenta Komorowskiego). Nie wiadomo wszakże, czy postawa ministra jest wyrazem jego przekonań czy gry politycznej...

Kościołowi katolickiemu, który jednoznacznie krytycznie wypowiada się na temat konwencji, zarzuca się prymitywne postawy. Internautka Anna oburza się: "Czyli co, tradycyjny model rodziny to kobieta do rodzenia dzieci, gotowania i traktowania męża jak pana i władcę? A w razie przemocy - do siedzenia cicho, aby nikt nie wiedział, bo to wstyd? A jak już się zgłosi odważniejsza na policję, to policjanci i tak nic nie zrobią, bo w końcu to małżeństwo i jutro się pogodzą".

Takie głosy świadczą jednak o kompletnym niezrozumieniu zarówno tekstu konwencji, jak i słów krytyki pod jej adresem. Nie chodzi o stwierdzenie faktu przemocy, ale o sposób jej diagnozy oraz prognostyczne środki zaradcze. Przedmiotem obaw krytyków konwencji jest wszakże zwłaszcza jej artykuł 12. Ale nie tylko ten jeden artykuł budzi kontrowersje. Tak naprawdę jest kilka powodów do obaw.

Europejski dokument prezentuje dość oryginalną koncepcję płci. W artykule 3 konwencji płeć jest określona jako "społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn".

Płeć przestaje być tutaj traktowana jako konstrukcja bytowa, tworząca podstawy ludzkiej natury, ale jawi się jako efekt świadomości kulturowej, którą można zmieniać wedle uznania społeczeństwa. W bardzo spornym artykule 12 w punkcie 1 mowa jest o przymusie walki z tradycją:
"Strony stosują konieczne środki, aby promować zmiany w społecznych i kulturowych wzorcach zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na pojęciu niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn".

Co w zamian? Skoro należy walczyć z tradycją kształtującą stereotypy, coś trzeba zaproponować w zamian. Otóż w zamian proponuje się swoisty przymus promocji homoseksualizmu czy transseksualizmu (art. 14):
"1. Strony podejmują, w stosownych przypadkach, konieczne działania w celu uwzględnienia materiałów dydaktycznych na temat kwestii takich jak równość między kobietami i mężczyznami, niestereotypowe role płci, wzajemny szacunek, rozwiązywanie konfliktów w relacjach interpersonalnych bez użycia przemocy, przemoc wobec kobiet uwarunkowana płcią oraz prawo do integralności osoby, dostosowanych do rozwijanych zdolności uczących się, w formalnych programach zajęć i na wszystkich poziomach edukacji.
2. Strony podejmują konieczne działania w celu promowania zasad, o których mowa w ustępie 1, w nieformalnych obiektach edukacyjnych, jak również w obiektach sportowych, kulturalnych i rekreacyjnych oraz w mediach".
Spróbujmy zreasumować dotychczasowe refleksje. Niekwestionowany jest fakt przemocy w rodzinach. Niezależnie od skali, która jest zawsze za wysoka, dramatem jest każdy jednostkowy przypadek poniżenia, gwałtu, zadanego cierpienia. W tej sytuacji konwencja dotycząca przemocy wobec kobiet, opracowana przez stosowne gremia europejskie, proponuje... ideologię gender, to znaczy ideologię płci kulturowej zamiast aprobaty płci biologicznej i naturalnej, jako drogę rozwiązania problemów.

Czym jest gender?

W latach 70. do istniejącego już i mającego się żywo ruchu feministycznego dołączyli radykałowie. Przedstawiali w ramach tworzonej przez siebie ideologii kobiety jako prototyp "klasy uciskanej", natomiast małżeństwo i "obowiązkowy heteroseksualizm" jako narzędzia ucisku.

Ten ruch filozoficzny swój początek wywodzi nie od kogo innego, jak od Fryderyka Engelsa i jego analizy powstania rodziny. Klasyk marksizmu w 1884 r. stwierdzał: "W historii za pierwszorzędny antagonizm należy uznać antagonizm między mężczyzną i kobietą w monogamicznym małżeństwie, a za pierwszorzędny ucisk - ucisk kobiety przez mężczyznę".

W konsekwencji celem rewolucji gender stało się nie tylko usunięcie przywilejów mężczyzn, lecz wyeliminowanie różnicy między płciami. Dlatego też gender, swoista mutacja feminizmu, nie tylko wystąpił przeciwko mężczyznom, ale i przeciwko macierzyństwu. Wszak istotą ucisku kobiet jest macierzyństwo i wychowywanie dzieci.

Nancy Chodorow w książce "The Reproduction of Mothering" uznała, że dopóki kobiety będą pełnić funkcje wychowawczo-opiekuńcze, dzieci będą rosnąć, postrzegając ludzkość podzieloną na dwie różne i - według niej - nierówne klasy. A te klasy stają się przyczyną tolerowania ucisku "klasowego", w konsekwencji są źródłem przemocy.

Problemem jednak było i jest, jak wyeliminować "klasy płciowe" (sex classes), które uwarunkowane są biologicznymi różnicami między kobietą i mężczyzną? Szukając odpowiedzi na tę kwestię, dr John Money z Hopkins University w Baltimore (USA) zauważył, że do lat 50. słowo "gender" było terminem gramatycznym i wskazywało po prostu, czy wyraz jest rodzaju męskiego, żeńskiego czy nijakiego.

Rewolucja semantyczna dr Money wyraziła się w tym, że zaczął go używać w nowym kontekście, wprowadzając termin gender identity, by określić, czy dana osoba czuje się mężczyzną czy kobietą.

W konsekwencji stwierdził, że gender identity zależy od tego, jak dziecko było wychowywane, a zatem nie musi pokrywać się z płcią biologiczną. I stąd już tylko krok dalej: Kate Millet w książce z 1969 r. "Sexual Politics" wyznała ze zdumiewającą pewnością: "...nie ma różnicy między płciami w chwili urodzin. Osobowość psychoseksualna jest więc czymś wyuczonym po narodzeniu".

Raz jeszcze powróćmy do głównej myśli filozofii konwencji przeciw przemocy dotyczącej kobiet. Przemoc jest faktem, a drogą jej pokonania jest usunięcie tradycyjnej koncepcji płci i stereotypu rodziny. To bowiem rodzina w tradycyjnym ujęciu jest praźródłem konfliktów, przemocy i walki klas.

Zapewne niejeden czytelnik tych słów sięga ręką po jakiś poradnik psychiatryczny. Niestety, ideologia gender nie jest uznawana za przejaw wadliwości myślenia.

Warto zajrzeć do ważnych współczesnych dokumentów. O ile do 1990 r. w dokumentach ONZ kładziono nacisk na wyeliminowanie wszelkich form dyskryminacji kobiet, o tyle od lat 90. główne miejsce zajął problem gender. W broszurze ONZ-owskiej agencji INSTRAW, zatytułowanej "Gender Concepts", pojęcie gender definiowane jest jako "system ról i stosunków między kobietą i mężczyzną, który nie jest zdeterminowany biologicznie, lecz zależy od kontekstu społecznego, politycznego i gospodarczego. Tak jak płeć biologiczna jest dana, tak gender jest wytworem".

Starając się ze wszystkich stron i wytężając maksimum dobrej woli, próbuję zrozumieć intencje autorów konwencji, intencje polskiego premiera i intencje polskich feministek.

Nie potrzebuję wysiłku, by uznać fakt przemocy w rodzinach. Jednak wysiłek mój okazuje się zbyt nikły, bym zrozumiał, w jaki sposób źródłem tej przemocy jest tradycyjna, modelowa rodzina. Jak może rozwiązać problem dekonstrukcja rodziny i zastąpienie jej "uznaniowymi" modelami?

Czy model partnerskiego związku, którego potrzeby są zaspokajane posiadaniem dziecka, gwarantuje cokolwiek innego niż okaleczenie psychiczne dziecka, nie mniejsze niż przemoc?

Próbuję zrozumieć intencje tych wszystkich pomysłodawców. Nie mogę jednak pojąć, dlaczego, widząc problem, nie analizuje się jego przyczyn. W opisywanych tak namiętnie przez feministki i genderystki przypadkach przemocy aż roi się od patologii w budowaniu rodziny.

Wczesna inicjacja seksualna, pożycie pozamałżeńskie, deprecjonowanie małżeństwa, mylenie pożądania i zaspokajania potrzeb seksualnych z miłością, niedojrzałość do miłości - przecież te elementy pojawiają się jak wyraziste kreski na każdym z portretów kreślonych w mediach.

Czy zatem rozwiązaniem jest tworzenie związków jeszcze bardziej patologicznych, czy rozwiązaniem nie powinno być leczenie patologii? Decyzja o podpisaniu konwencji przez premiera nie została poprzedzona żadną realną konsultacją.

Jak rozumiem, ideą przeciwdziałania przemocy w rodzinie powinno być wychowanie do życia pełnego miłości osobowej, a także przeciwdziałanie wszelkim patologiom rodziny jako takiej.

Tymczasem nie sposób nie odnieść wrażenia, że od kilku miesięcy próbuje się nam wmówić, że typowym modelem rodziny w Polsce jest rodzina państwa Waśniowskich, a modelem normalności jest już tylko patologia wyrażająca się w przemocy, wyrzucanych na śmietnik, topionych w stawach dzieciach, patologia ujawniona w przemocy wobec kobiet, bitych, maltretowanych, poniewieranych. I oto nadchodzi wyzwolenie!

Stworzenie wizji prawnej dającej podstawy do roszczeń tworzenia związków homoseksualnych, związków pozbawionych racjonalności natury i instytucjonalności. Zamiast małżeństwa - związek gejów bądź lesbijek, zamiast miłości małżeńskiej i rodzicielskiej - zaspokojenie popędu pożądania.

Może warto by było, by pan premier, grono jego doradców spojrzało przytomnie wokół siebie, by zapytało samych siebie - z jakich rodzin wyszliśmy? Jakie rodziny zakładają nasze dzieci? Czy chcielibyśmy sami dla siebie i swoich bliskich tworzyć społeczeństwo gender? Może warto spojrzeć wokół siebie i dostrzec miliony normalnych rodzin, które funkcjonują mimo braku pomocy ze strony państwa. Mimo braku realnej polityki prorodzinnej.

 

Ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz TChr, etyk