Stawka jest wysoka
Czwartek, 26 lutego 2026 (16:45)Rozmowa z Adrianem Wawrzyniakiem, rzecznikiem prasowym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”
Do Parlamentu Europejskiego trafiła petycja NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” w sprawie objęcia sankcjami państw bloku Mercosur handlujących z Rosją. Dokument ma zostać przekazany do Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Handlu Międzynarodowego. Co to w praktyce oznacza dla umowy o wolnym handlu?
– Jesteśmy już po posiedzeniu Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego. To była naprawdę merytoryczna dyskusja. Petycja została rozpatrzona pozytywnie, a to w unijnym żargonie oznacza coś więcej niż uprzejme przyjęcie do wiadomości. To zielone światło do dalszej pracy legislacyjnej. Wyraźne głosy poparcia padły ze strony europosłów z Europejskiej Partii Ludowej oraz Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Wskazano wprost, że sprawa nie może utknąć, tylko powinna trafić do dwóch kluczowych komisji: Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Handlu Międzynarodowego. To tam zapadają decyzje, które realnie wpływają na kształt wspólnej polityki rolnej i zasad handlu z państwami trzecimi.
I to sukces NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”?
– Nie tylko dla nas. Dla wszystkich środowisk rolniczych to nie jest symboliczny gest, tylko konkretny sukces. Głównymi sygnatariuszami petycji byli NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” oraz Federacja Branżowych Związków Producentów Rolnych. Od miesięcy alarmujemy, że nie da się z jednej strony nakładać sankcji na Rosję, a z drugiej przymykać oka na kraje, które prowadzą z nią intensywną wymianę handlową, korzystając jednocześnie z preferencji w relacjach z Unią Europejską. Stawka jest wysoka. Rolnicy mówią wprost: jeśli Unia chce być konsekwentna politycznie i gospodarczo, nie może udawać, że nie widzi tego rozdźwięku. Ta petycja to pierwszy, formalny krok na poziomie europejskiej biurokracji, by zablokować umowę lub przynajmniej wymusić twarde warunki wobec partnerów, którzy utrzymują relacje handlowe z Rosją. Krótko mówiąc, sprawa wyszła z poziomu protestu i weszła w fazę realnej gry instytucjonalnej. Teraz wszystko rozegra się w komisjach merytorycznych. Jeśli tam uda się zbudować większość, zainteresowanie tematem sankcji wzrośnie. Zaś przyszłość umowy z Mercosurem stanie pod znakiem zapytania. A to już zupełnie inna liga.
Sprawa dotyczy wprost objęcia sankcjami państw bloku Mercosur współpracujących z Rosją oraz wprowadzenia całkowitego zakazu importu produktów niespełniających unijnych norm wraz z klauzulą „zero tolerancji” dla niedozwolonych substancji. Na czym dokładnie polegają te postulaty i co mają realnie zmienić?
– Tak, mówimy wprost o sankcjach wobec państw Mercosuru, które utrzymują intensywne relacje handlowe z Rosją. Nie chodzi o półśrodki ani o kolejną rezolucję, która faktycznie nic nie oznacza. Chodzi o twarde instrumenty: presję gospodarczą oraz jasny sygnał, że Unia nie będzie prowadzić interesów „jak gdyby nigdy nic” z partnerami, którzy otwarcie wspierają Kreml. Drugi filar postulatów jest równie istotny i dotyka samego sedna uczciwej konkurencji. Domagamy się całkowitego zakazu importu produktów niespełniających norm obowiązujących w Unii Europejskiej. To jest kwestia bezpieczeństwa żywności i elementarnej równości zasad gry. Jeżeli europejski rolnik musi przestrzegać rygorystycznych regulacji dotyczących środków ochrony roślin czy dobrostanu zwierząt, to nie ma żadnego powodu, by na wspólny rynek trafiały towary wytwarzane według standardów, które w Europie byłyby po prostu nielegalne. Dlatego proponujemy klauzulę „zero tolerancji”.
Gdzie są granice tego hasła – „zero tolerancji”? Z reguły rzeczywistość jest łagodniejsza niż twarde zapisy…
– Jeśli w którejkolwiek partii zostaną wykryte substancje zakazane w UE, import danego produktu powinien być automatycznie wstrzymany. Bez negocjacji, bez przeciągania sprawy miesiącami, bez rozmywania odpowiedzialności. To ma być mechanizm szybki i jednoznaczny. Inaczej cały system kontroli staje się fikcją. UE musi pokazać, że jest w tej sprawie stroną dominującą.
Nie sposób też uciec od wymiaru politycznego…
– I trudno racjonalnie wytłumaczyć sytuację, w której Unia nakłada sankcje na Rosję, a jednocześnie utrzymuje uprzywilejowane relacje handlowe z blokiem państw, które z Rosją współpracują. Taka podwójna logika podkopuje wiarygodność wspólnoty. Ale dla nas to była pewnego rodzaju szansa. Wiemy, jak kwestia odcięcia się od Rosji jest ważna – choćby wizerunkowo – dla Europy Zachodniej. Właśnie dlatego ciężar petycji został świadomie przesunięty na te konkretne kwestie: sankcje oraz bezwzględne egzekwowanie norm. Nie skupiamy się na samym Mercosurze – choć to jego dotyczy, ale na tym, że nie można handlować z Rosją… I co istotne, ten kierunek został wstępnie zaakceptowany na poziomie komisji. Teraz zaczyna się prawdziwy test konsekwencji.
Mówił Pan o merytorycznej debacie. Krytyka też się pojawiła?
– Żadnej. Wszystkie głosy podczas posiedzenia popierały nasz punkt widzenia. Dla nas to też jest ważny impuls do dalszych prac, i to daje nadzieję.
Strategia uderzenia w umowę z państwami Mercosuru poprzez wątek ich współpracy z Rosją została wyraźnie zaakceptowana. Skąd taki pomysł?
– Bardzo długo nad tym dyskutowaliśmy, bardzo długo. Konsultowaliśmy się też z grupą europosłów z Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Pytaliśmy ich, gdzie realnie można uderzyć, aby przeciwnikowi stworzyć poważne problemy. Wiedzieliśmy, że frontalny atak na samą umowę handlową z Mercosurem może zostać rozbrojony argumentami o wolnym rynku i globalnej konkurencyjności. Berlin by coś wymyślił. Natomiast wątek współpracy części państw tego bloku z Federacją Rosyjską to zupełnie inna płaszczyzna. W obecnym klimacie politycznym nikt rozsądny nie wyjdzie na mównicę, by bronić relacji gospodarczych z Moskwą. I właśnie to jest punkt ciężkości.
Gra pod publiczkę?
– To nie jest gra pod publiczkę, tylko chłodna kalkulacja. W tej sytuacji żaden eurodeputowany nie będzie ryzykował wizerunku, stając w obronie kontaktów z Rosją. Ten kontekst stał się naszym atutem i świadomie go wykorzystaliśmy. Skoro Unia Europejska deklaruje konsekwencję wobec Kremla, to musi ją stosować także pośrednio, w relacjach z partnerami, którzy z Rosją utrzymują intensywne więzi handlowe. Jednocześnie trzeba jasno powiedzieć: to nie jest próba zamykania Europy na świat. Nikt nie mówi o zerwaniu relacji z państwami Mercosuru dla samej zasady. Handel jest możliwy, ale oparty na wyborze. Albo partnerstwo z Unią Europejską, z jej standardami i polityczną odpowiedzialnością, albo utrzymywanie bliskiej współpracy z Rosją. Tego nie da się dłużej łączyć bez konsekwencji. Każde z tych państw musi sobie odpowiedzieć na proste pytanie, co w długiej perspektywie bardziej im się opłaca. I to już nie jest retoryka, tylko twarda geopolityka.
Na jakim etapie formalnym znajduje się dziś ta petycja, skoro została już skierowana do Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Handlu Międzynarodowego Parlamentu Europejskiego? To realny krok naprzód, czy dopiero początek długiej drogi?
– Dokument trafił do dwóch kluczowych gremiów: Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Handlu Międzynarodowego. To oznacza, że wyszedł z etapu ogólnej debaty i wchodzi w fazę pracy merytorycznej. Ale nie ma co pudrować rzeczywistości, to dopiero początek drogi. Procedura w Brukseli rządzi się swoimi prawami, a tempo bywa takie, jakie jest. Dalekie od oczekiwań opinii publicznej. Mimo to traktujemy ten moment jako sukces. Po raz pierwszy tak wyraźny sygnał wyszedł bezpośrednio ze środowisk rolniczych. Inicjatywa została przeprowadzona oddolnie, ponad podziałami, które zwykle rozbijają wspólne działania. Poparcia udzieliły m.in. Krajowa Rada Izb Rolniczych, Samoobrona oraz inne organizacje zrzeszone w Copa-Cogeca. To pokazuje, że w sprawach fundamentalnych potrafimy mówić jednym głosem. W praktyce jest to sygnał, że rolnicy nie chcą już wyłącznie reagować na decyzje polityków, organizować protestów i apelować o uwagę. Chcemy coraz częściej działać na poziomie instytucjonalnym, wchodząc w przestrzeń, która dotąd była domeną zawodowych polityków. Od lat mówi się o potrzebie silniejszej reprezentacji środowisk wiejskich w polityce, o budowie trwałych struktur wpływu. To jednak proces, który wymaga czasu, konsekwencji i wspólnej strategii. Dziś najważniejsze jest to, że petycja nie została wyrzucona. Trafiła tam, gdzie zapadają decyzje. Jeśli uda się wykorzystać ten etap do wypracowania szerszego porozumienia, może to być moment przełomowy. Rolnicy pokażą, że oprócz protestów i wystąpień medialnych potrafią prowadzić poważną, systemową grę o swoje interesy. A to już zmienia układ sił.
Kiedy sprawa powinna się wyjaśnić?
– Jeżeli trzymać się tego, co usłyszeliśmy od europarlamentarzystów, mówimy raczej o miesiącach niż o tygodniach. Realnie trzeba zakładać perspektywę około dwóch miesięcy. Choć każdy, kto zna tempo prac w UE wie, że może to być nawet dłużej. Ale my mamy świadomość, że to nie jest sprint, tylko administracyjny maraton. Z drugiej strony sprawa ma wyraźny kontekst polityczny. Jeżeli utrzyma się obecne zainteresowanie i determinacja po stronie europosłów, decyzje mogą zapaść szybciej, niż wskazywałaby na to standardowa praktyka. Dziś najuczciwiej powiedzieć tak: kilka miesięcy to scenariusz realistyczny, a dwa miesiące to wariant optymistyczny.
Wszyscy wiemy, że w tle jest umowa handlowa z państwami Mercosuru, za którą stoją potężne interesy gospodarcze. Jeśli zostałaby zawieszona z powodu ich współpracy z Rosją, to dobrze wiemy, kogo realnie by to zabolało. I czy da się w ogóle przełamać silne lobby, zwłaszcza ze strony największych państw, takich jak Niemcy?
– Nie jesteśmy naiwni. Wiemy, jak wyglądają realia w Brukseli i jaką siłę mają państwa, które od lat budują swoją pozycję w oparciu o eksport i globalne łańcuchy dostaw. Dla części gospodarek zachodnich relacje z Mercosurem to nie jest temat ideologiczny, tylko twardy rachunek ekonomiczny. Dla nas to być albo nie być. Gdyby umowa została zawieszona, najmocniej odczują to właśnie ci, którzy liczą na otwarcie rynków Ameryki Południowej dla swojej motoryzacji, przemysłu chemicznego czy maszynowego. Nie oszukujmy się, tu chodzi o miliardy euro. Czy da się przełamać tak silne lobby? To będzie trudne. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą interesy państw takich jak Niemcy, które mają w tej umowie konkretne cele strategiczne. Dlatego od początku zakładaliśmy, że frontalny atak na samo porozumienie handlowe byłby politycznym samobójstwem. Sprzeciw pojawiłby się natychmiast, i to z bardzo wpływowych stron. Zastosowaliśmy więc inny manewr. Przesunęliśmy ciężar debaty. Zamiast mówić wyłącznie o Mercosurze, skupiliśmy uwagę na relacjach części tych państw z Federacją Rosyjską. W obecnym klimacie politycznym nikt nie chce być kojarzony z obroną interesów powiązanych z Moskwą. I to jest ten punkt nacisku, który uznaliśmy za najbardziej skuteczny. Nie uciekamy od meritum, ale stawiamy sprawę w kontekście, który trudno zignorować.
Czy to się uda?
– Mamy nadzieję, inaczej nie byłoby sensu wychodzić z tą inicjatywą. Jednocześnie mierzymy siły na zamiary. To będzie gra o wysoką stawkę, prowadzona wśród twardych zawodników. Jednak jeśli Unia chce zachować spójność między deklaracjami politycznymi a praktyką gospodarczą, prędzej czy później będzie musiała odpowiedzieć na pytanie, czy interes ekonomiczny jest ważniejszy niż elementarna konsekwencja wobec Rosji. I właśnie to pytanie próbujemy dziś postawić w centrum debaty.