Jestem dzieckiem bohatera
Piątek, 17 maja 2013 (15:46)Z Jadwigą Jolantą Dziewiór z domu Sojczyńską, córką generała brygady Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, rozmawia Izabela Kozłowska
Jest Pani córką generała brygady Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, który przez wiele lat był wypierany z pamięci Polaków...
– Na wstępie dziękuję za zainteresowanie się osobą mojego taty. Jestem wdzięczna i wzruszona, że zechcieliście Państwo go przypomnieć. Urodziłam się po wojnie w lipcu 1945 roku. Tatuś co prawda był obecny przy moim porodzie, ale w tym samym czasie zaczął po kryjomu organizować wojsko podziemne. Dlatego też przebywał w lesie, a do domu przychodził od czasu do czasu na krótkie odwiedziny. Aresztowano go w czerwcu 1946 roku, gdy miałam niespełna rok. Dlatego mojego tatę znam jedynie ze wspomnień, opowiadań kochanej mamy i starszych braci.
Jak Pani bracia zapamiętali ojca?
– Najważniejsza dla niego zawsze była idea „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Nią kierował się w całym swoim życiu. Uczył chłopców dyscypliny, którą sam wyniósł z domu. Był wymagający i jednocześnie bardzo dobry i kochany.
Wartości te przekazywał synom?
– Oczywiście. Z tego, co wiem, zawsze podkreślał, że są one najważniejsze. Mówił o tym zarówno tata, jak i jego ojciec, a nasz dziadek. Pamiętam też, jak w czasie wakacji wpajano nam, że Ojczyznę trzeba kochać i być gotowym oddać za nią swą wolność, a nawet życie. By to Polska była wolna i niepodległa.
Skąd w generale Sojczyńskim takie umiłowanie Ojczyzny?
– Tatuś miłości do Ojczyzny nauczył się od swojego taty, który żył w czasach zaborów. On wiedział, czym jest rosyjska władza nad Polską. Mój tatuś obawiał się powrotu rosyjskiego zaboru i wiążących się z nim dramatem. Podjął walkę o prawdę, wolność i suwerenność. Pragnął, aby Polska była wolna. Był gotów poświęcić swoje życie, los swojej rodziny dla dobra ukochanej Ojczyzny.
Jakie było Pani dzieciństwo?
– Mam dwóch starszych braci. Stanisława, który na drugie imię ma Jerzy i w domu wszyscy mówimy na niego Jurek, oraz Zbigniewa. Jurek urodził się w 1935 roku, zaś Zbyszek w 1937 roku. Rodzice mieli jednak więcej dzieci. Pierwsza córka – urodzona jeszcze przed Jurkiem – zmarła. Przede mną była Halinka urodzona w 1939 roku, ale w 1943 roku również i ona zmarła. Z relacji mamusi i braci wiem, że tatuś bardzo chciał mieć córeczkę, dlatego jak się urodziłam, był bardzo szczęśliwy. Niestety to szczęście nie trwało długo. Przyszłam na świat w czasie, kiedy Sowieci wkroczyli już do Polski. Podobno w czasie, kiedy mama mnie rodziła, weszli do domu, ale pozostawili ją i tylko zażądali wódki.
Jak wyglądało moje dzieciństwo? Mamusia, mimo że chorowała, to otaczała nas wielką miłością i pielęgnowała najlepiej jak mogła i potrafiła. Przez to, w jaki sposób pracował tata, nie mieliśmy stałego miejsca zamieszkania. Przenosiliśmy się z jednej kwatery na drugą. Bywało, że niektóre kwatery zajmowaliśmy po kilka razy, ale w różnym czasie. O tym, jak bardzo „ruchome” było nasze życie, świadczy chociażby fakt, że każde z nas przyszło na świat w innym miejscu. Jurek w Borze, Zbyszek w Ładziszy koło Będzina, ja zaś urodziłam się w Płoszowie koło Radomska.
Można powiedzieć, że całe dzieciństwo „siedzieliśmy na walizkach”. Mamusia oczekiwała na wieści od tatusia i nawet w jednej chwili wszystko zbieraliśmy, pakowaliśmy i opuszczaliśmy nasze dotychczasowe lokum. Wiadomo, najbardziej odczuli to moi bracia, bo są dużo starsi. Ja wszystko to przede wszystkim wiem z opowieści, bo byłam za malutka, żeby pamiętać.
Cały czas żyli Państwo pod prawdziwym nazwiskiem?
– Nie. Po II wojnie światowej nasza mamusia żyła pod nazwiskiem Stachurska. W czasie wojny nie było to potrzebne. Do naszego nazwiska wróciliśmy po aresztowaniu tatusia, do którego doszło 27 czerwca 1946 roku w Częstochowie. Wówczas przenieśliśmy się także do naszego wujka na Śląsk.
Odczuła Pani jakieś represje wymierzone w Panią lub rodzinę ze względu na to, że ojciec walczył o niepodległą Polskę?
– Pamiętam pewne zdarzenia, do których dochodziło w szkole... Pewnego dnia przyszedł do naszego gimnazjum jakiś mężczyzna. Wtedy mieliśmy akurat lekcję przysposobienie wojskowe. Ten mężczyzna porozmawiał z naszym profesorem po cichu, a potem zostałam zawołana i przepytywano mnie z materiału, który był przerabiany. Profesor pytał, a ten mężczyzna się przyglądał i przysłuchiwał. Nie wiem, o co chodziło. Poza tym wydarzeniem bardzo dokuczała mi nauczycielka od języka polskiego i nauczyciel chemii. Czepiali się i zwracali uwagę na to, co i jak mówię. Na szczęście ze strony władzy komunistycznej nie odczuwaliśmy represji. Jednak najgorsze były komentarze szkalujące i obrażające tatę. Wyzywano go od bandyty, zdrajcy. Tak straszliwe rzeczy wypisywano w gazetach. Te słowa bardzo bolały nas, dzieci, dla których tata był niezwykle ważny, a także dla mamy, która musiała znosić te wszelkie obelgi, nie poddawać się i radzić sobie.
Musiała w pewien sposób zastąpić Państwu ojca...
– Dokładnie tak. Pomagała jej babcia, której mąż został zamordowany w Oświęcimiu. Myślę, że gdyby nie babcia, wszystko byłoby znacznie trudniejsze, szczególnie dla mamy. W babci mama miała wsparcie i pomoc. Te nerwy, ciągły stres, strach o życie dzieci, męża i swoje, obawy o nasz dalszy los sprawiły, że ciężko zachorowała. Zmarła, kiedy miałam zaledwie dwanaście lat. Mimo choroby i walki z nią nie poddawała się. Była dla nas ostoją. A z drugiej strony ten ciągły strach wpłynął na jej zdrowie. Moi bracia są dużo starsi. Poza tym wiadomo, jak to chłopaki. Mieli swoje „męskie” sprawy. My z mamą też miałyśmy swoje. Dlatego bardzo odczułam jej odejście.
Jak potoczyły się Pani losy po śmierci matki?
– Mieliśmy wiele problemów. Jednym z nich był brak zgody na przyznanie renty po niej. Ona nam się należała, a mimo to robiono wiele kłopotów. Wszystko było załatwiane przez sąd, wydłużało się. Oficjalnie opiekę nade mną otrzymała babcia. Jednak sędzina powiedziała, że musimy napisać ogłoszenie i wywiesić je w prezydium w Zabrzu. Na tym ogłoszeniu umieszczone było pytanie, czy ktoś był świadkiem śmierci mojego taty Stanisława Sojczyńskiego. Było to wręcz absurdalne, czysta parodia. Nikt się nie odezwał na to ogłoszenie i dopiero wówczas przyznano mi rentę sierocą, która nie była bardzo wysoka, ale pozwalała nam żyć.
Ponieważ dość wcześnie straciłam oboje rodziców, zawsze pragnęłam mieć swoją rodzinę. Kiedy spotkałam swojego przyszłego męża, byłam bardzo młoda. Miałam 18 lat, gdy się pobraliśmy. Mąż miał wówczas zaledwie dziewiętnaście. Dwa miesiące po naszym ślubie męża powołano do wojska, które kiedyś było obowiązkowe. Mąż pracował w fabryce maszyn górniczych, co miało zwalniać ze służby, lecz mimo to został powołany.
Wysłali go na drugi koniec Polski. To był bardzo trudny dla nas czas. Bardzo to przeżyłam. Spodziewaliśmy się dziecka, a dzieliło nas tak wiele kilometrów. Dzięki pomocy teściów daliśmy radę to wszystko przetrwać.
Na zdjeciu gen. Stanisław Sojczyński „Warszyc” wraz z małżonką.
Druga część wywiadu z Jadwigą Jolantą Dziewiór zostanie opublikowana jutro na portalu NaszDziennik.pl, a w nim m.in. informacje o aresztowaniu „Warszyca”, jego ostanim spotkaniu z żoną oraz przetrwaniu pamięci o bohaterskim generale.
Izabela Kozłowska