• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Gospodarka na rozdrożu

Czwartek, 16 maja 2013 (02:07)

Polska jeszcze niedawno uchodziła za „gospodarczego tygrysa”, ale teraz już nawet rządowa propaganda nie ma argumentów, aby przekonywać Polaków o tym, w jak znakomitym stanie ekonomicznym jest Polska. Kryzys, jaki nas coraz mocniej dotyka, jest w dużym stopniu pochodną błędów, jakich wiele popełniliśmy po 1989 roku.

Jednym z największych błędów była niewątpliwie prywatyzacja. To prawda, że w zdrowej gospodarce prywatna własność jest dominująca, więc sprzedaż państwowych firm po 1989 roku wydawała się jak najbardziej właściwa.

Z tym że w Polsce prywatyzacja niestety nie była przeprowadzona wedle jakiegoś dalekosiężnego planu, strategii, której celem miałoby być przyniesienie krajowi jak największych korzyści.

Ten proces niestety bardzo często przybierał formę wyprzedaży majątku narodowego, gdyż sprzedawano duże, dobrze prosperujące firmy za niewielki procent ich wartości w jednym celu: żeby jak najszybciej uzyskać wpływy do budżetu państwa. Ile przy okazji było przypadków korupcji – nie wiadomo, czy kiedykolwiek się dowiemy.

Straciliśmy swoją własność

Efekt jest taki – przed czym ostrzegało wiele osób, także poseł Gabriela Masłowska, ale ich głos był przemilczany – że wiele kluczowych sektorów naszej gospodarki należy już od dawna w większości do właścicieli zagranicznych.

Przykładem mogą być huty, cementownie, telekomunikacja czy zwłaszcza sektor finansowy. I wiele dobrych firm zamiast dawać zyski Polsce, wzbogaca zagranicznych właścicieli, którzy transferują zyski do swoich państw.

To drenowanie krajowych zasobów ekonomicznych odbywa się też za pomocą sieci handlowych – choć akurat te ostatnie wchodziły do kraju nie drogą wykupu polskich firm, ale korzystając z bardzo korzystnych warunków do inwestowania. Niemniej spowodowało to znaczny spadek udziału polskich firm w handlu, zarówno tych małych, jak i znanych od lat podmiotów, choćby spółdzielni Społem.

Efektem polityki pozbywania się polskiej własności jest proces, jaki dokładnie opisał prof. Jerzy Żyżyński. Wskazał on, że o naszym dobrobycie decyduje nie produkt krajowy brutto (PKB), ale produkt narodowy brutto (PNB), czyli pieniądze, jakimi w rzeczywistości dysponują Polacy.

Okazuje się, że skala transferów pieniędzy z Polski za granicę jest tak wysoka, że absolutnie nie równoważy jej napływ pieniędzy przysyłanych do kraju przez emigrantów – i dlatego PNB słabnie.

Profesor wyliczył, że jeszcze w 2000 r. nasz PNB wynosił 99,2 proc. PKB, a w 2011 roku tylko 95,8 procent. W ubiegłym roku – jak wskazują szacunki – było to 95,6 procent. Innymi słowy, Polska na skutek wywozu pieniędzy wypracowanych w kraju traci co roku już ponad 4 proc. PKB, a w kolejnych latach może być jeszcze gorzej. Co więcej, tempo przyrostu PNB jest niższe niż PKB, co jeszcze bardziej zagraża naszej przyszłości.

Niewątpliwie ogromnym błędem było to, że polskie państwo zrobiło bardzo mało w tym kierunku, żeby miliony Polaków stały się właścicielami, przecież w czasach PRL prywatna własność była ledwie tolerowana, i to tylko w niektórych sektorach. – Tyle mamy wolności, ile własności – to argument nieraz często podnoszony przez poseł Masłowską.

Ale program powszechnej prywatyzacji stał się własną karykaturą, państwo broniło się też przed uwłaszczeniem członków spółdzielni mieszkaniowych, nie załatwiło również sprawy uregulowania polskiej własności na Ziemiach Zachodnich i Północnych.

A z najnowszych przykładów można podać fiasko prywatyzacji Krajowej Spółki Cukrowej, która powinna już dawno trafić w ręce rolników i pracowników cukrowni, a teraz rząd tę sprawę w praktyce unieważnia. Bo znowu ważniejszy jest doraźny interes budżetu państwa niż dalekosiężne korzyści dla Polskiego Cukru i gospodarki.

Nauka poszła w las?

Wydawałoby się, że powinniśmy wyciągnąć nauki z przeszłości, ale niestety, rzadko tak jest. Przecież nie możemy wykluczyć, że rząd zacznie kolejną wyprzedaż dochodowych firm, zwłaszcza energetycznych. Przykłady STOEN czy wielu firm ciepłowniczych są aż nadto widocznym ostrzeżeniem. Kto wie, jak wyglądałaby dzisiaj struktura własnościowa Lotosu czy PKN Orlen, gdyby nie strach rządzących przed politycznymi skutkami wpuszczenia do sektora paliwowego Rosjan.

Z drugiej jednak strony nie widać jakiegoś strachu premiera Donalda Tuska przed wpuszczeniem do Grupy Azoty rosyjskiego Acronu, bo trudno teraz za wiarygodne uznać ubiegłoroczne deklaracje, że rząd zrobi wszystko, żeby zakłady chemiczne nie dostały się w ręce Rosjan.

Tylko że połączenie z tarnowskimi Azotami zakładów w Puławach wręcz ułatwia Acronowi zadanie. Dla Gabrieli Masłowskiej to gorzkie potwierdzenie tego, że miała rację, ostrzegając przed scalaniem polskich zakładów ciężkiej chemii.

Poseł ostrzega też przed prywatyzacją warszawskiej giełdy, która może spowodować kolejne straty dla całej gospodarki. Giełda to wszak istotny składnik infrastruktury finansowej państwa, którą też w większości oddaliśmy zagranicznym podmiotom.

– Za nieduże, jak na zachodnie warunki, pieniądze inwestorzy z Europy wykupili największe banki w Polsce, tak że w rękach państwa pozostał tylko bank PKO BP, Bank Ochrony Środowiska, Bank Pocztowy i Bank Gospodarstwa Krajowego, które stanowią niewiele ponad 20 proc. sektora bankowego – przypomina poseł Zbigniew Kuźmiuk.

I rządzący teraz liberałowie zaczęli dostrzegać błędy, jakie wcześniej popełnili, prywatyzując większość państwowych banków.

Jan Krzysztof Bielecki, były premier, a obecnie szef Rady Gospodarczej przy premierze, mówi teraz, że „sektor bankowy powinien być bardziej zrównoważony, jeśli chodzi o udział w nim inwestorów zagranicznych i krajowych”.

Bielecki zaczął dostrzegać to, że w czasie kryzysu zagraniczne banki chcą wysysać ze swoich polskich spółek jak najwięcej pieniędzy, bo w ten sposób ratują swoje centrale. Jednocześnie o tyle mniej pieniędzy zachodnie rządy muszą wydać na ratowanie swoich banków.

Były premier wzywał więc do cofnięcia procesu wyprzedaży banków przez ich renacjonalizację. Tylko czy nie za późno na takie działania? Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, jest jak najbardziej za zwiększaniem polskich udziałów w bankowości, ale obawia się, że teraz państwo, np. za pośrednictwem PKO BP, mogłoby odkupywać od zachodnich właścicieli ich polskie spółki-córki, które byłyby wydmuszkami, ponieważ zostałyby pozbawione kapitałów. Czyli kupowalibyśmy kota w worku.

Krzysztof Losz