• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Mercosur – uderzenie w bezpieczeństwo żywnościowe

Sobota, 27 września 2025 (10:12)

Rozmowa ze Szczepanem Wójcikiem, prezesem
Instytutu Gospodarki Rolnej, przedsiębiorcą rolnym

Czy umowa o wolnym handlu z krajami Mercosuru to wyrok dla europejskiego rolnictwa, który już wydano, czy to czarny scenariusz, który nie musi się ziścić? 

– Chciałbym wierzyć, że piłka jest nadal w grze i że
nie dojdzie do ratyfikacji tej umowy. Niestety, ta wiara
z każdym dniem jest coraz słabsza. Obawiam się, że nie będziemy w stanie stworzyć mniejszości blokującej,
nad którą przecież pracujemy od kilku miesięcy. Wiemy,
że sprzeciwiać ma się Polska, mamy zapowiedź ze strony Francji. W kuluarach dużo mówi się na temat Austrii.
To wszystko to wciąż za mało...

Skoro tak wiele państw jest za ratyfikacją tej umowy, to może jednak warto szukać
jej plusów?

– Plusów tej umowy jest faktycznie dużo. Problem w tym, że korzyści te są zogniskowane w ramach gospodarek
kilku największych europejskich graczy. Sama Komisja Europejska mówi jasno, że najbardziej zyskają branże: motoryzacyjna, maszynowa, chemiczna i farmaceutyczna. Europejskim hegemonem w tych obszarach są jednak Niemcy. To właśnie dla Niemiec umowa z krajami Mercosuru to szansa na nowy rynek zbytu dla ich fabryk. Mowa przecież o dostępie do 260 mln nowych konsumentów, którzy będą mogli kupować np. wyprodukowane w Unii samochody. Dane dotyczące wartości eksportu do krajów Mercosuru, a więc Argentyny, Brazylii, Paragwaju i Urugwaju: Niemcy eksportują towary o wartości 15,4 mld euro rocznie. Oprócz Niemców zarobić mogą Francja – 8,6 mld euro wartości eksportu, Włochy
– 7,7 mld euro, Holandia – 6,1 mld euro, oraz Belgia
– 4,8 mld euro). Tymczasem wartość polskiego eksportu do tych krajów nie przekracza 600 mln euro. Szans na to, żeby zyskać na tej umowie, nie ma. Jednocześnie to właśnie Polska może stracić najwięcej. Ekonomicznie najwięcej straci Polska, a pod względem bezpieczeństwa
– cała Europa.

 Pod względem bezpieczeństwa?

– Tak. Z jednej strony otwieramy nasz wspólnotowy rynek na żywność, która jest produkowana w ramach zupełnie innych norm i przepisów dotyczących tego, jak żywność powinna być produkowana. Znacząco większe zużycie substancji czynnych środków ochrony roślin, wciąż dopuszczone do obrotu substancje od wielu lat wycofane
w Europie, nadal wykorzystywane zakazane w Europie hormony wzrostu. Oczywiście, zaraz pojawiają się zapewnienia ze strony Komisji Europejskiej, że do Europy wpuścimy tylko tę żywność, która spełnia normy.
Ale przecież ta sama KE, a mianowicie Komisja DG Sante, opublikowała raport, z którego wynika, że nie ma wystarczająco dużo dowodów na to, iż system nadzoru
nad produkcją rolno-spożywczą w krajach Mercosuru
jest wystarczający.

 Nie wiemy zatem, co do nas przypłynie?

– Pewne jest to, że na początku żywność ta będzie
tańsza niż ta produkowana przez europejskich rolników. Tańsza, bo przecież tam nie ma Zielonego Ładu i innych prośrodowiskowych inicjatyw, które podrażają europejską produkcję. I tylko na początku tania, bo wszyscy musimy zdawać sobie sprawę z tego, że kiedy europejskie gospodarstwa będą bankrutowały przez brak możliwości konkurowania z produktami z Mercosuru, to ta żywność przestanie być tania. Zresztą spadków cen, nawet na początku, konsument nie odczuje – straci rolnik, straci konsument, a zarobi pośrednik. Mercosur to więc uderzenie w nasze europejskie bezpieczeństwo żywnościowe.
Ale nie tylko. Brazylia po ataku Rosji na Ukrainę stała
się największym importerem nawozów z Rosji. W 2024 roku Brazylia była największym odbiorcą nawozów rosyjskich. Wartość importu z Rosji sięgnęła blisko 4 mld dolarów. W 2024 roku Brazylia kupiła 11,4 mln ton nawozów mineralnych od Rosji, co oznacza wzrost
o ok. 20 proc. rok do roku i potwierdza jej status głównego odbiorcy. Co więcej, po pierwszych siedmiu miesiącach 2025 roku to również Rosja była najważniejszym dostawcą nawozów do Brazylii, odpowiadając za około 28,2 proc. importu – 6,88 mln ton. To pokazuje jedno – działania prorozwojowe dla tamtejszego rolnictwa to sponsorowanie zbrojenia Rosji! Przecież to są jakieś odmęty szaleństwa. Rację mają ci, którzy mówią, że podpisanie umowy z Mercosurem to kupowanie czołgów Putinowi!

 To odmęty szaleństwa Ursuli von der Leyen?

– Wiele można zarzucić pani przewodniczącej. Niestety,
nie szaleństwo. To raczej nieuczciwa, wyrachowana gra ukierunkowana na partykularną korzyść jednego państwa członkowskiego. Co więcej, jest to gra obudowana w dobry PR. Każdy europejski rolnik widzi, co tak prowadzona polityka robi z europejskim rolnictwem. Tymczasem słyszymy od Ursuli von der Leyen podczas orędzia o stanie UE ckliwe słowa o tym, jak to „rolnicy zasługują na uczciwe ceny” i jak „Europa będzie promować najlepszej jakości żywność”. Hipokryzja. I tak jak powiedziałem – Polska straci najwięcej.

 Dlatego że nie mamy rozwiniętych innych sektorów w sposób pozwalający nam
na konkurowanie z produktami, które
z Niemiec będą wysyłane do Mercosuru?

– To także, ale warto zwrócić uwagę na to, co bezcłowo
lub z niskim cłem w dużych ilościach ma trafić do Polski. Przede wszystkim dlatego, że specjalizujemy się dokładnie w tych produktach, które zostały wpisane do kontyngentów taryfowych. Mercosur uzyskał dostęp do rynku unijnego
w obszarach wołowiny, drobiu, cukru i bioetanolu – a to
są sektory, w których Polska jest jednym z głównych producentów i eksporterów w całej Unii. Weźmy drób. Polska od lat jest liderem w produkcji i eksporcie drobiu
w UE – rocznie wytwarzamy ponad 3,2 mln ton, z czego połowę wysyłamy na rynki zagraniczne. Każdy dodatkowy napływ mięsa z Brazylii czy Argentyny – krajów, które mają niższe koszty produkcji i gigantyczne możliwości eksportowe – będzie uderzał bezpośrednio w naszą konkurencyjność. Podobnie wygląda sytuacja z wołowiną: większość naszej produkcji trafia do Unii, więc nawet niewielki spadek cen w Europie oznacza realne problemy dla polskich hodowców.

 Takim kolejnym kluczowym obszarem jest cukier? 

– Polska właśnie zanotowała rekordowe zbiory – ponad
2,5 mln ton – co czyni nas jednym z filarów unijnego rynku. Jeżeli do tej nadpodaży dołożymy import 180-190 tys. ton tańszego cukru z Ameryki Południowej, presja na ceny będzie ogromna. Dla plantatorów buraka oznacza to ryzyko niższych kontraktów i spadku opłacalności upraw. Nie można też zapominać o efekcie domina. Produkcja mięsa w Polsce generuje olbrzymie zapotrzebowanie
na pasze, głównie pszenicę i kukurydzę. Jeśli spadnie opłacalność hodowli i zmniejszymy stada, automatycznie zmaleje popyt na zboża. Według szacunków branży drobiarskiej nawet częściowa utrata eksportu drobiu mogłaby ograniczyć zapotrzebowanie na ponad 1,2 mln ton zbóż rocznie. To uderza w tysiące gospodarstw z centralnej i północnej Polski, które żyją z produkcji pszenicy
i kukurydzy. Wygląda na to, że faktycznie trzeba
o to walczyć. Szczególnie jeśli zestawimy to z nowym brzmieniem umowy z Ukrainą i pracą nad nową WPR,
to naprawdę koniec europejskiej żywności.

 Czy mechanizmy, o których mówi UE,
będą wystarczającym zabezpieczeniem?

– Powiedzmy wprost: nie, nie będą. Klauzule bezpieczeństwa wyglądają dobrze na papierze,
ale w praktyce działają powoli i selektywnie. Rolnicy
w Polsce nie mogą liczyć, że w momencie nagłego spadku cen drobiu czy wołowiny Komisja Europejska w ciągu
kilku dni wstrzyma import z Ameryki Południowej. Takie procedury trwają tygodniami, a czasem miesiącami
– a rynek mięsa potrafi załamać się w ciągu kilku dni.
Żeby uruchomić taki mechanizm, trzeba udowodnić,
że to właśnie napływ towaru z Mercosuru destabilizuje rynek. To oznacza analizy, dyskusje, spory polityczne
– a w tym czasie rolnicy ponoszą realne straty.
Nie możemy też zapominać, że decyzja będzie podejmowana na poziomie całej Unii. Jeśli Niemcy zyskają na eksporcie serów czy wina do Mercosuru, mogą być mniej skłonne, żeby blokować import mięsa, nawet
jeśli uderza on przede wszystkim w Polskę.

Te mechanizmy działają dla całej UE,
a nie dla poszczególnych krajów?

– Tak. Polska nie będzie mogła samodzielnie zatrzymać napływu towarów, nawet jeśli to u nas skutki będą najbardziej bolesne. To widać było już w przypadku importu zbóż z Ukrainy – zanim Bruksela zareagowała, polskie magazyny były pełne, a ceny skupu spadły dramatycznie.
Dlatego organizacje rolnicze mówią wręcz o „pozornych gwarancjach”. Klauzule bezpieczeństwa to raczej wentyl bezpieczeństwa dla Komisji Europejskiej, żeby móc powiedzieć, że „coś zrobiono”, niż realna ochrona dla producentów. Dla Polski – największego producenta drobiu, jednego z głównych eksporterów wołowiny i rekordowego producenta cukru, to stanowczo za mało. Jeśli mechanizmy ochronne nie będą miały jasno określonych progów, krótkiego czasu reakcji i możliwości działania na wniosek państwa członkowskiego, pozostaną jedynie deklaracją polityczną. Jedno jest pewne... Nam, rolnikom, naprawdę potrzebny jest ratunek. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”