Dziś w „Naszym Dzienniku”
Metodyczne niszczenie polskiej pamięci
Piątek, 22 sierpnia 2025 (09:36)ROZMOWA z prof. Bogdanem Musiałem, historykiem, ekspertem do spraw relacji polsko-niemieckich
Czy medialny pożar, który wybuchł wokół Instytutu Pileckiego, nie jest przypadkiem symbolicznym efektem tego, że placówką kieruje prof. Krzysztof Ruchniewicz?
– Oczywiście, że on właśnie za to odpowiada. To on stoi na czele Instytutu, tak jak Donald Tusk stoi dziś na czele polskiego rządu. W pewnym sensie obaj reprezentują ten sam typ mentalności, który historycy doskonale znają z czasów okupacji – mentalność volksdeutscha. To słowo nie jest przypadkowe ani przesadne: chodzi o postawę wysługiwania się Niemcom, o poczucie, że „prawdziwi” Niemcy są nadrzędnym punktem odniesienia. I właśnie taką mentalność widać zarówno u Ruchniewicza, jak i u Tuska. Przypomnijmy – sam Tusk deklarował, że czuje się Niemcem. Obaj mówią po niemiecku. Nie chodzi teraz o znajomość języka niemieckiego – co ciekawe Ruchniewicz zna go bardzo dobrze – ale o sposób mówienia i myślenia, sposób wyrażania się, budowanie narracji. Wszystko to jest przesiąknięte niemieckim kodem. Wystarczy go posłuchać: gdy czyta, gdy przemawia, wyraźnie słychać tę wewnętrzną obcość. To nie jest kwestia akcentu, lecz treści, które niosą jego słowa. Ruchniewicz od początku swojej kariery naukowej – w cudzysłowie, bo trudno to nazywać nauką – zbudował cały swój dorobek na tej postawie. Jego rola w polskiej historiografii przypomina rolę Tuska w polityce: zawsze w cieniu Berlina, zawsze w zgodzie z niemieckim interesem. To jest dramat, bo mówimy o człowieku, który kieruje instytucją mającą upamiętniać polskie ofiary II wojny światowej. I to właśnie jest najbardziej bolesny paradoks.
Profesor Krzysztof Ruchniewicz wcześniej funkcjonował jednak w ramach Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Tak, instytucja ta powołana została z inicjatywy kanclerza Gerharda Schrödera i premiera Leszka Millera. To nie jest detal drugorzędny, ale kluczowy punkt w całej tej układance. Centrum zawsze pełniło rolę tuby niemieckiej propagandy historycznej. I nie chodzi tu o jakąś wysublimowaną politykę pamięci, tylko o prymitywną, toporną propagandę, która od samego startu miała służyć jednemu: narzuceniu niemieckiej narracji w Europie Środkowej i Wschodniej. Spójrzmy na to, co promował Ruchniewicz. W jego ujęciu wschodnia polityka Niemiec była rzekomo przełomem, wielkim dziejowym sukcesem, dowodem na niemiecki wkład w pokój i upadek komunizmu. Tyle że ta opowieść to czysta iluzja. Fakty są bezlitosne: Ostpolitik to w praktyce układy Berlina z Kremlem, wspieranie sowieckiego reżimu, blokowanie dążeń wolnościowych i zwalczanie „Solidarności”. To była polityka zakładania chomąta na narody Europy Środkowej i Wschodniej, które poddawano ekonomicznej i politycznej eksploatacji. Niemcy ubrali to w szaty „projektu pokojowego”, a tak naprawdę legitymizowali dominację swoją i Moskwy w tej części kontynentu.
Drogi Czytelniku! Więcej warto przeczytać w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym w punktach sprzedaży prasy lub w wersji elektronicznej TUTAJ.
Zapraszamy!
Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”