• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Walka ze „złymi duchami”

Sobota, 11 maja 2013 (02:05)

Jakub Berman, współodpowiedzialny po wojnie za zbrodniczą działalność Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ubolewać miał po latach nad „złymi duchami, tkwiącymi w mentalności narodu polskiego”, które wypuszczone miały zostać ponownie w czasie „odwilży”, w październiku 1956 roku.

Jako członek Biura Politycznego PPR, a potem PZPR, Berman odpowiedzialny był także za „sprawy ideologiczne”, w tym walkę z Kościołem. Miał więc okazję dobrze poznać polskie „marzenia o Polsce wielkiej”, Polsce, która miała być „Chrystusem narodów”. I nie mógł się nigdy pogodzić z polskimi „mitami”, które, niepomne na jego starania, wciąż żyły, „przyoblekając się w rozmaitych okresach w coraz to nowe kształty, odcienie, formy”.

Owym polskim „złym duchom” Sowieci wypowiedzieli wojnę jeszcze w 1939 r. wszędzie tam, dokąd dotarli, dokonując z Hitlerem IV rozbioru Polski, zatwierdzonego po wojnie przez aliantów. W wojnie tej nie tylko mordowali ludzi, ale też przy pomocy terroru i indoktrynacji odbierali człowiekowi wewnętrzną wolność. Wszystko po to, aby wychować „nowych ludzi”. Ludzi nieznających historii, pozbawionych pamięci i moralnych zasad.

W obronie Orła Białego

Nie bez powodu więc chyba w październiku 1939 roku niedzielny mityng młodzieży szkolnej we Lwowie z okazji otwarcia Zgromadzenia Narodowego Zachodniej Ukrainy rozpoczął się odegranym przez jednego z uczniów polonezem Ogińskiego „Pożegnanie Ojczyzny”.

Po to, aby młodzi ludzie zapamiętali, że pożegnać powinni swoją dawną Ojczyznę, bo w życiu ich zaczyna się nowy okres. Utwierdziły ich w tym także oficjalne przemówienia, których musieli wysłuchać. Wezwania do radości, bo „pańska Polska” się skończyła.

Wszystkich ogarnęła wtedy, jak to opisał we wspomnieniach nauczyciel VIII gimnazjum Jan Rogowski, „bezmierna gorycz i palący wstyd. Uczucie jakiegoś zdeptania, strasznego upodlenia”. Nauczycielom kazano jeszcze przyjąć do wiadomości, że z nauki geografii i historii usunąć należy „wszelkie wiadomości o państwie polskim”.

W chwilach rozpaczy budziło się wtedy czasem „pragnienie śmierci-wybawicielki”, ale niekiedy rodził się także bunt. „Młodzież stawała na wysokości zadania”, wspominał Rogowski. Świadczył o tym zarządzony przez bolszewików mityng młodzieży szkolnej, który odbył się w niedzielę, 15 października 1939 r., w kinie Apollo.

„Mityng ten przeszedł wszelkie oczekiwania i przekreślił różne sprytne i chytre wyrachowania władz sowieckich. Delegaci żydowscy młodzieży w towarzystwie delegatów ukraińskich wznosili okrzyki na cześć Stalina i partii komunistycznej i rozpoczęli śpiew ’Międzynarodówki’. Ale zagłuszył ich śpiew młodzieży polskiej: ’My chcemy Boga’ i ’Nie rzucim ziemi’. (…) Młodzież polska, występując w sposób niezwykle śmiały przeciwko komunizmowi, nie licząc się z grożącym jej niebezpieczeństwem, ratowała honor polskiego Lwowa. Wtedy, gdy społeczeństwo starsze, złamane psychicznie nie było zdolne w swojej ogromnej większości do oporu i drżało z lęku”.

Zaczęły się więc aresztowania. Uczniowie zaczęli znikać „w okolicznościach tragicznych”, wspominał Rogowski. Porywano ich albo ze szkoły, albo z domu, albo z ulicy. Tak właśnie zginął, podstępnie aresztowany, uczeń II klasy licealnej, VIII gimnazjum, Błażewski, syn wizytatora Kuratorium Okręgu Szkolnego Lwowskiego.

„Zerwał on ze ściany gimnazjum propagandowy afisz bolszewicki, przedstawiający żołnierza sowieckiego zabijającego bagnetem orła polskiego. Ten okropny afisz mógł wzburzyć człowieka najspokojniejszego. Widziałeś na nim dziką, tępą twarz żołdaka bolszewickiego, krwawy bagnet tkwiący w piersi Orła Białego i krople krwi, które z tej przebitej piersi spadały. A jakby na szyderstwo głowę Orła przebrano w czapkę generalską ze srebrnymi pasami”.

I cóż więc dziwnego, zanotował nauczyciel, że „chłopiec patriota, czujący gorąco po polsku, nie zniósł tego widoku, afisz nikczemny w porywie szlachetnego gniewu zerwał i podarł na strzępy”.

Śmiech na tony

„Któż nie wie, czym groza nazwana narodem?”, zapytywała jednak jeszcze przed wojną, w 1936 roku, we lwowskich „Sygnałach” Elżbieta Szemplińska, która teraz będzie w „Czerwonym Sztandarze” opowiadać, jak to nie płakała, gdy dowiedziała się o zniszczonej przez Niemców Warszawie. Była to bowiem stolica „polskich burżujów, drani, oficerów i obszarników”.

Niektórzy pisarze i artyści pomagać będą, podobnie zresztą jak po wojnie, w „wyzwoleniu” polskiego Narodu od „niego samego”. Naród ten był bowiem „wiecznie ślepy” i żył „w ciemnocie zabobonu”, jak to ujęli w 1944 r. w Lublinie Helena Boguszewska i Jerzy Kornacki.

Pisarze, którzy w PKWN widzieli „ognisko polskiej racji stanu”, nie dostrzegając czy też nie chcąc dostrzec „inspiracji NKGB” kształtującej życie w Polsce. „Inspiracja” owa za cel stawiała sobie w każdym podbitym kraju ośmieszenie wszystkich spraw, zagadnień i poczynań dobrych dla państwa. A także podkopanie zaufania społeczeństwa do jednostek wartościowych i niezależnych.

Poprzez jątrzenie i rozbijanie wszelkimi możliwymi sposobami ludzkiej solidarności. „Nasza agresja jest wpierw agresją moralną, nim stanie się militarną”, wyznawał w 1945 r. płk KGB Andruszczenko na zebraniu tajnego aktywu PPR w Katowicach. „Wpierw obezwładnia, a potem dobija”.

„Musimy nauczyć ludzi śmiechu”, deklarował w marcu 1945 r., zanim jeszcze wojna się skończyła, Stanisław Jerzy Lec w imieniu swoim i kolegów ze „Szpilek”. „Musimy wkłuć szpilki iniekcyjne naszym własnym ’ponurakom’ i ’ponurzystom’. Ponurakom, co się już tak ponuro urodzili, i ponurzystom, co sobie tę ponurość dialektycznie wykoncypowali. Polsce potrzebny jest śmiech.

Tonami. Śmiech posiada dużo, dużo odżywczych witamin”. Przed „satyrykami”, którzy co roku spotykać się teraz będą na ogólnopolskich naradach, postawiono ważne zadania. Walczyć mieli z „wrogiem wewnętrznym”, „czerpiąc z przemyśleń” partii. A w teatrach zobowiązano ich do „przeciwdziałania szeptanej propagandzie”. Wzory czerpać mieli ze „świetnych przykładów satyry radzieckiej” i ich osiągnięć w „teorii satyry”. Śmiać się i drwić nawet z pokonanego, czego kiedyś, przed wojną, się „nie robiło”, bo czynić tak po prostu nie wypadało.

Antoni Marianowicz robić więc będzie sobie kpiny z „Najjaśniejszej Rzeczpospolitej”, co to niemieckie czołgi „konnicą” pragnęła „wykończyć”, choć kawaleria polska nie była przeznaczona w 1939 r. do walk z czołgami. Jana Kotta zaś „odrzucało” od „Kamieni na szaniec”, książki w jego przekonaniu „groźnej”.

Bo bohaterowie jej byli „a-polityczni”, a ginąć mieli „w imię ordynarnej gry politycznej”. Choć bronili oni po prostu własnego kraju przed tymi, którzy dokonali na niego napaści. W 1948 r. Jerzy Jurandot zbierał oklaski za piosenkę „Ojciec zadżumionych”, „pełną werwy, dowcipu i zjadliwości” satyrę „pod adresem niedobitków reakcji w Polsce”. Choć niektórzy z tych „niedobitków” wtedy właśnie ginęli w więzieniach.

Jesteście faszystami

Utwory te powstawały na wyraźne zamówienie społeczne. Na nowo przecież wtedy pisana była historia Polski, patrioci polscy nazwani zostali „faszystami”, a w prasie toczyła się „dyskusja deprecjacyjna”, jak to nazwie publicysta „Tygodnika Warszawskiego” Kazimierz Zenon Skierski dotycząca Kutna, Helu, Westerplatte i Powstania Warszawskiego. Należało teraz Polaków przekonać, że się „nie sprawdzili”, że są niepoważni i śmieszni. I że powinniśmy się z tego wszystkiego razem trochę pośmiać. Po to, aby łatwiej nam było utracić pamięć. Wzywali do tego zwłaszcza ci, którzy przez całą wojnę się dekowali, jak niektórzy z owych pisarzy.

W „Pożegnaniach” Stanisława Dygata zwracał więc uwagę „beztroski, kpiący stosunek do ludzkiego nieszczęścia” ludzi, którzy przegrali. Ośmieszyć Polskie Państwo Podziemne pragnął najwyraźniej Jerzy Andrzejewski. W „Drewnianym koniu”, „Kukułce”, „Przebudzeniu lwa”. Zniesławić starał się w „Popiele i diamencie”.

Pisał zazwyczaj, jak to ujął Skierski, „w wesołym nastroju” i „z wesołym spojrzeniem na ludzi”. Bohaterowie jego udawali prześladowanych „dla mody konspiracyjnej”, a całość społeczeństwa była jednym wielkim „zwariowanym cyrkiem podziemnym”. „Gdyby takie nowele napisał Amerykanin, powiedzielibyśmy ’szmira amerykańska’ i wzruszylibyśmy ramionami”, pisał Skierski. „Gdyby to zrobił Niemiec, przyjęlibyśmy to jako świadomie złą wolę. Ale Niemiec by tak nie napisał. Niemcy musieli traktować polską konspirację poważnie.

A Amerykanie? Amerykanin Roosevelt nazwał Polskę ’natchnieniem świata’. Jakże wygląda to ’natchnienie świata’ w wyobraźni polskiego autora?”. Pisarze zrzeszeni w ZLP pragnęli wtedy przełożyć „Kukułkę” na wszystkie możliwe języki świata. Kazimierz Brandys w „Mieście niepokonanym” poszedł o krok dalej. Posunął się do oskarżeń. Konspiracja polska to byli „faszyści, niedołęgi i zdrajcy”. I tak, toutes proportions gardées, pozostało do dziś.

Tyle tylko, że nikt już zdaje się nie wiedzieć, kto w czasie wojny nazwany został „natchnieniem świata”. Niemcy coraz częściej występują za to w roli ofiar, Polakom zaś coraz częściej przypisuje się rolę katów, którzy w dodatku prowadzić mieli u siebie obozy koncentracyjne. A państwo polskie nawet po roku 1989 zapomina, iż obowiązkiem jego jest dbać o dobre imię swoich obywateli, broniąc go także na arenie międzynarodowej przed niesłusznymi oskarżeniami. Tak jak czynią to inne państwa.

Trudno się zresztą temu dziwić, skoro przedstawiciele państwa polskiego jako pierwsi w Unii Europejskiej przestali się sami szanować, wyręczając przy tym chętnie innych w prowadzeniu „dyskusji deprecjacyjnych”.

Sprowadzając Dzień Flagi RP do beztroskiej zabawy z różowymi balonikami w ręce, do „optymistycznego świętowania na słodko”, z karykaturą Orła Białego, godła Rzeczypospolitej, które do tej pory profanowali jedynie wrogowie polskiego państwa. Zakładając różowe okulary, które przekonać mają, że „nic się nie stało”, że nic złego się nie dzieje, że „fajno jest”. W państwie polskim, w oświacie, w polskiej kulturze, w sądownictwie, na rynku pracy, w finansach państwa i w lecznictwie.

JANINA HERA