• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Dżihad nie zna litości

Czwartek, 9 maja 2013 (02:24)

W Republice Środkowoafrykańskiej powróciły pozory spokoju. 13 kwietnia Narodowa Rada Przejściowa (CNT) zatwierdziła władzę prezydenta Michela Djotodii, lidera Seleki – sojuszu rebelianckich ugrupowań, która 24 marca w wyniku zbrojnego zamachu stanu usunęła i zmusiła do ucieczki dotychczasowego prezydenta François Bozizé. Ale to naprawdę tylko pozory normalności. Po pierwsze, Djotodia został wybrany przez aklamację, ale był jedynym kandydatem. Po drugie, CNT została utworzona przez Djotodię 8 kwietnia, podczas gdy na urząd szefa państwa został on proklamowany 25 marca.

Przewrót

Po przejęciu władzy Djotodia zawiesił konstytucję, rozwiązał parlament i ogłosił, że w ciągu trzech lat transformacji przygotuje „wiarygodne i transparentne” wybory. 31 marca sformował rząd jedności narodowej składający się z 34 ministerstw. Zdecydował, że sam stanie na czele kluczowego ministerstwa obrony, podobnie zresztą jak zrobił to jego poprzednik. W sumie 10 najważniejszych ministerstw przypadło Selece, 8 opozycji, 16 reprezentantom społeczeństwa. Jednak według partii opozycyjnych, w rzeczywistości tych 16 ministerstw jest sprzymierzonych z Seleką. Dlatego też wystawiony przez opozycję i nominowany w styczniu 2013 r. przez prezydenta Bozizé premier Nicolas Tiangaye utrzymał swój urząd.

Konstytucja CNT i redukcja do 18 miesięcy czasu transformacji to warunki, jakie postawił Selece nadzwyczajny szczyt Komitetu Ekonomicznego Państw Afryki Centralnej (Communauté ...conomique des ...tats de l’Afrique Central – CEEAC), jaki odbył się 2 i 3 kwietnia w stolicy Czadu – Ndżamenie. Uczestniczyły w nim również Unia Afrykańska, Unia Europejska oraz ONZ. Od CNT poza wyborem szefa państwa oczekuje się przygotowania i opracowania nowej konstytucji oraz pełnienia funkcji legislacyjnych do chwili, kiedy wraz z zakończeniem czasu transformacji zostanie zaprzysiężony nowy parlament. Izbę tworzy 38 przedstawicieli wszystkich partii politycznych.

Opcja powrotu prezydenta Bozizé, pozornie jedyna droga przywrócenia porządku demokratycznego, nie była jednak brana pod uwagę podczas szczytu w Ndżamenie.

Bogaty kraj, biedni ludzie

Warto więc zatrzymać się i podjąć refleksję nad tą kwestią. Nie pierwszy raz wspólnota międzynarodowa, skoncentrowana na innych kryzysach, nie ma ani siły, ani też woli, by podjąć zdecydowaną interwencję. W analogicznych sytuacjach, jakie miały miejsce w Afryce, wiele razy zewnętrzna interwencja, zarówno dyplomatyczna, jak i militarna, nie pomogła w uratowaniu wypędzonych przywódców.

François Bozizé przejął władzę w wyniku zamachu stanu w 2003 roku, uprawomocnił swe rządy, kontestowane przez opozycję, zwyciężając w wyborach prezydenckich w 2004 i w 2011 roku. Czas jego władzy charakteryzuje potężny deficyt demokracji i zastój gospodarczy. Republika Środkowoafrykańska mimo znacznych bogactw naturalnych jest jednym z najuboższych krajów na świecie – przeciętna długość życia wynosi zaledwie 49 lat (średnia dla Afryki – 54 lata); wskaźnik śmiertelności niemowląt i matek jest jednym z najwyższych na świecie (159 dzieci na 1000 umiera przed ukończeniem 5. roku życia, na 100 tysięcy urodzonych dzieci umiera 890 matek); prawie połowa społeczeństwa to analfabeci. Aż 63 proc. ludzi żyje poniżej granicy ubóstwa, muszą przeżyć dzień za 1,25 dolara.

Ale problemy kraju sięgają znacznie głębiej w przeszłość niż czasy, kiedy Bozizé doszedł do władzy. W 1960 r. Republika Środkowoafrykańska uzyskała niepodległość od Francji, aby tuż po tym doświadczyć rujnującej dyktatury Davida Dacko, pierwszego autora klęski ekonomicznej kraju. Jeszcze trudniejsza sytuacja nastąpiła w 1965 roku wraz z zamachem stanu dokonanym przez pułkownika Jean-Bédela Bokassę, okrutnego dyktatora, który był nawet podejrzewany o praktyki kanibalizmu. Niektórzy pamiętają jego groteskową intronizację na cesarza, która kosztowała 20 milionów dolarów – Bokassa bez żadnych skrupułów czerpał pełnymi garściami z kasy państwowej, zapełnianej dochodami z kopalń diamentów. Hojny był też dla swoich politycznych przyjaciół, do których zaliczał się m.in. ówczesny francuski prezydent Valéry Giscard d’Estaing.

Historia tego kraju obfituje w wydarzenia uderzające w państwo, bez względu na to, kto sprawuje władzę, źle zarządzane, z bezkarnie uprawianą korupcją, czystkami etnicznymi, bezwględną eksploatacją bogactw naturalnych zawłaszczanych przez aparat państwowy. Te patologiczne zjawiska leżą u początków nieustannych starć politycznych i militarnych, których kulminacja nastąpiła w grudniu 2012 roku, gdy Seleka rozpoczęła ofensywę.

Ofensywa rebeliantów

Cztery miesiące wcześniej, w sierpniu 2012 roku, trzy zbrojne grupy rebelianckie zdecydowały o powołaniu do życia sojuszu Seleka, który w języku sango oznacza „przymierze”. Jego celem było uzyskanie od rządzących poszanowania postanowień pokoju podpisanego w 2007 roku oraz w 2008 roku, a nigdy nieprzestrzeganych przez prezydenta Bozizé. W ciągu zaledwie kilku dni, idąc od północy kraju, oddziały Seleki przejęły kontrolę nad rozległym terytorium, kierując się ku południowym obszarom i nacierając na stolicę. 11 stycznia 2013 r. w Libreville, stolicy Gabonu, podczas międzynarodowych mediacji Seleka i dotychczasowe władze zdołały osiągnąć porozumienie o złożeniu broni i utworzeniu nowego rządu jedności narodowej. Na jego czele miał stanąć Nicolas Tiangaye, Selece obiecano pięć ministerstw, łącznie z ministerstwem obrony. Prezydentowi Bozizé zagwarantowano pełnienie urzędu aż do zakończenia kadencji w 2016 roku, bez możliwości ubiegania się o reelekcję. On sam zobowiązał się w ciągu roku ogłosić wybory parlamentarne, odesłać z kraju obcych żołnierzy, a także uwolnić więźniów politycznych.

Jednak rozejm trwał krótko, a prezydent Bozizé znów nie dotrzymał postanowień umowy. Od Seleki odłączyła się więc grupa, która podjęła walkę: dobrze uzbrojeni, zorganizowani i jak się mówi, wspierani przez rządy obcych państw rebelianci zmierzyli się nie tylko ze słabymi siłami rządowymi, ale także z oddziałem francuskim wzmocnionym przez 350 ludzi wysłanych do obrony francuskich obywateli mieszkających w Republice.

Nie oszczędzili katedry

Gdy stolica kraju, Bangi, przeszła w ręce Seleki, została zniszczona tak jak inne miasta na północy i w centrum kraju, zdobyte wcześniej. W ciągu dnia bojówki opróżniały magazyny, depozyty, sklepy, rabując dosłownie wszystko: produkty spożywcze, lodówki, krzesła, stoły, towar każdego rodzaju. Nie uszanowali miejsc świętych – podczas Mszy Świętej w Niedzielę Palmową wpadli do katedry, grabiąc wszystko, co przedstawiało jakąś wartość materialną, i zmusili wiernych do oddania kluczy do ich pojazdów.

Informatorzy, którzy kontaktują się w Bangi z misyjną agencją prasową Misna, twierdzą, że pośród walczących, którzy napadli na stolicę, niewielu mówi miejscowym językiem sango – są to mieszkańcy z państw centralnej Afryki, w 90 proc. pochodzą z Sudanu i Czadu, posługują się językiem arabskim. Mają więc związki z dżihadem i zostali wezwani po to, by wesprzeć oddziały Seleki w celu zainstalowania w kraju reżimu islamskiego lub przynajmniej jego komórek.

O obecności bojówek dżihadu alarmował już od dłuższego czasu m.in. ks. bp Juan José Aguirre Munos, biskup miasta Bangassou, bedącego w rękach Seleki od 11 marca. W wywiadzie przeprowadzonym przez agencję Fides 12 marca ks. bp Munos potwierdził to, o czym już wcześniej mówili inni świadkowie i co warto powtórzyć – wydaje się, że co do tego nie ma żadnych wątpliwości – że wiele kościołów, misji i instytutów religijnych zostało zaatakowanych, zajętych i zniszczonych przez Selekę, podczas gdy zasadniczo meczety zostały oszczędzone. W zdobytych miastach oddziały rebelianckie systematycznie niszczyły i paliły rejestry, archiwa miejskie i sądowe, świadectwa urodzenia, narodowości, orzeczenia sądowe; wyrządzały ogromne szkody. – To akcja wymierzona w niszczenie pamięci historycznej lokalnych ludów – mówił ks. bp Munos. – Podobnie było w Mali, ale tam ludność w 99 procentach wyznaje islam, podczas gdy Republika Środkowoafrykańska jest w większości chrześcijańska. Na północy, gdzie Seleka zorganizowała swoje oddziały i skąd rozpoczęła ofensywę, część populacji wyznaje islam, ale muzułmanie łącznie stanowią tylko 9 proc. społeczności.

Wraz z objęciem władzy przez Djotodię Republika Środkowoafrykańska po raz pierwszy ma muzułmańskiego prezydenta. Choć zwolennicy dżihadu są w Selece mniejszością, także imam wspólnoty muzułmańskiej Kobir Layama potwierdził agresję wymierzoną w chrześcijan, wyrażając żywe zaniepokojenie poważnym ryzykiem wystąpienia konfliktu między chrześcijanami a muzułmanami, który jedynie pogorszyłby wewnętrzną sytuację.

Obietnice bez pokrycia

W Afryce już od długiego czasu rozprzestrzeniają się islamskie ruchy fundamentalistyczne i międzynarodowe siatki muzułmańskich terrorystów, którzy za pomocą gwałtów i przemocy chcą narzucić prawo koraniczne. Infiltracja Republiki Środkowoafrykańskiej przez dżihadystów wywołuje więc alarm. Strach jest porównywalny z tym w Nigerii czy Mali, sytuację pogarszają ciągnące się od wieków endemiczne konflikty etniczne. Coraz większe zaniepokojenie budzi fakt, że nowi przywódcy kraju, którzy przejęli rządy, nawet nie wspominają o propozycjach zmian – walce ze złym zarządzaniem, z korupcją, a przecież to było powodem wystąpienia przeciw prezydentowi François Bozizé. Dobre rządy, demokracja, poszanowanie praw człowieka, walka z ubóstwem – zazwyczaj takie właśnie obietnice i hasła liderów afykańskich pojawiają się tylko podczas kampanii wyborczych czy po przejęciu siłą władzy, a później zapominają oni o podjętych zobowiązaniach i zachowują się jak poprzednicy.

Pierwszy sprawdzian nowego rządu będzie więc dotyczył położenia kresu walkom wewnętrznym, które przyniosły już setki ofiar, zagwarantowania opieki uchodźcom (co najmniej 200 tys. osób) i sprowadzenia ich jak najszybciej do domów.

 

Anna Bono, Uniwersytet w Turynie, tłum. Agnieszka Gracz