• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Grozi nam paraliż KRRiT

Poniedziałek, 24 marca 2025 (22:07)

Rozmowa z Maciejem Świrskim, przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

Słyszymy, że projekt ustawy medialnej najprawdopodobniej pod koniec kwietnia trafi do wykazu prac rządu i zaczną się jego konsultacje. Rządzący liczą na to, że Rafał Trzaskowski zostanie prezydentem i podpisze ustawę. Co to oznacza dla dalszego funkcjonowania Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji?

– Jeżeli zmienią ustawę w takim kształcie, jak zapowiadają, to będziemy mieć dziewięciu członków KRRiT. Decyzje zaś – dotyczące dyscyplinowania rynku medialnego – mają być podejmowane przez całą Radę, a nie przez jej przewodniczącego. Oznaczałoby to odejście od dotychczasowego przepisu ustawowego, który mówi o tym, że Przewodniczący KRRiT i Krajowa Rada to są dwa odrębne organy. Dziś przewodniczący jest członkiem Rady, ale równocześnie jest samodzielnym i odrębnym organem, który ma uprawnienia do dyscyplinowania rynku. Chodzi m.in. o możliwość podejmowania decyzji o ukaraniu oraz kierowania zapytań do nadawców w sprawie realizacji koncesji czy misji. Jeżeli takie działania będą wykonywane w trybie 9-osobowym, polegającym w praktyce na negocjacjach między tymi osobami, oznacza to, że rynek będzie bezkarny. Każdy regulator służy temu – bez względu na to, czy chodzi o media, czy o rynek leków, czy też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów – żeby chronić obywateli przed nadużyciami biznesu. Temu właśnie służy regulacja. W przypadku Polski mamy do czynienia ze zdziczeniem rynku medialnego – i to wręcz w wielu aspektach. Mam na myśli nie tylko rynek informacyjny, ale także całkowicie zoligarchizowany rynek reklam. I właśnie w związku z tym regulator służy przede wszystkim temu, żeby biznes przestrzegał obowiązującego prawa. W Polsce sfera biznesowa nie respektuje prawa prasowego dotyczącego np. rzetelności i informowania obywateli. Lepiej jest na rynku reklamy, ponieważ regulacje dotyczące m.in. ochrony małoletnich są przestrzegane. Trzeba jednak podkreślić, że jest to rynek zoligarchizowany, jeżeli chodzi o strukturę właścicielską. Mamy praktycznie 3 domy mediowe, które zagarnęły cały rynek reklamy w mediach elektronicznych. Jeśli regulator będzie funkcjonował tak, jak to przewiduje projekt ustawy medialnej, to będzie on całkowicie bezradny. Nie będzie miał możliwości podjęcia szybkiej decyzji co do postępowania czy ukarania jakiegoś medium za nadużycie, ponieważ będzie to organ nieustannie negocjujący. Ten przepis sparaliżuje działanie KRRiT. Można przypuszczać, że będzie to dokładnie taka sama sytuacja jak w Stanach Zjednoczonych, gdy Urząd ds. Żywności i Leków (FDA) nie reagował w związku ze szkodliwością leku OxyContin, który wyprodukowała Purdue Pharma. Dopiero po 15 latach zostały podjęte jakieś działania w tej sprawie. Ale w tym czasie blisko pół miliona Amerykanów straciło życie przez ten lek. W przypadku mediów w Polsce – jeżeli ustawa wyglądałaby tak, jak to proponuje obecna władza, to KRRiT będzie organem całkowicie dysfunkcjonalnym, niemogącym spełniać swoich zadań. Przecież w 9 osób nie da się podjąć decyzji dotyczących najbardziej rażących spraw, jak np. ukaranie za zniesławienia czy znieważenia pamięci Ojca Świętego Jana Pawła II. W takiej sytuacji decyzja w ogóle by nie została podjęta. A to z kolei oznacza, że media mogłyby bezustannie, bez żadnych konsekwencji atakować te wartości, które dla Polaków są najistotniejsze.

Ja ministerstwu kultury radziłbym, aby zajęło się nie ustawą medialną, tylko odwróceniem procesu likwidacji mediów publicznych – gdyby nie bezmyślne i nierozważne decyzje ministra Bartłomieja Sienkiewicza, nie byłoby całego problemu związanego m.in. z depozytami sądowymi i abonamentem. To jego decyzje spowodowały chaos w mediach i ich niejasną sytuację prawną. Nadal nie ma żadnych prawomocnych wyroków w tej sprawie, które by stwierdziły legalność likwidacji.

Jak zmiany wprowadzone ustawą wpłynęłyby na niezależność składu KRRiT? Resort bardzo mocno podkreśla, że jednym z priorytetów jest uniezależnienie KRRiT.

– Obecnie rządzący posługują się hasłem „niezależności” w odniesieniu do KRRiT – oczekują, że organ ten stanie się apolityczny i wolny od wpływów polityków. Problem w tym, że to politycy – zgodnie z Konstytucją – powołują członków Rady. Nie da się więc udawać, że osoby wyłaniane do tego gremium nie mają żadnych poglądów ani przynależności środowiskowej. Próba forsowania narracji o „apolitycznej” KRRiT to w istocie próba dezawuowania jej obecnego składu, sugerowania, że niezależność można osiągnąć jedynie przez usunięcie tych, którzy myślą inaczej niż rząd. To swoisty kamuflaż ideologiczny.

Ponadto muszę jasno powiedzieć: niezależność konstytucyjna, którą reprezentuję jako przewodniczący KRRiT, nie oznacza ani uległości wobec interesów partykularnych, także tych reprezentowanych przez potężne lobby medialne czy biznesowe, ani wyrzeczenia się własnych przekonań. Dla moich krytyków „niezależność” oznacza, że mam zrezygnować z zasad, które wyznaję, i podporządkować się globalistycznemu czy liberalno-
-progresywnemu konsensusowi. Tymczasem prawdziwa niezależność, o której mówię, to zdolność do kierowania się wyłącznie dobrem Rzeczypospolitej, nawet wbrew modom, presji i oczekiwaniom rozmaitych grup interesów.

Chodzi więc nie o to, by być neutralnym aksjologicznie, lecz by być wiernym misji państwowej – odpowiedzialnej wobec społeczeństwa. KRRiT nie może być maszynką do zatwierdzania decyzji żadnego lobby, ale nie może też być pusta, wyzuta z wartości. Bo państwo, które próbuje działać „ponad społeczeństwem”, kończy jako aparat obcy narodowi.

 

Pana kadencja kończy się w 2028 roku, ale rządzący nie ukrywają, że chcą jak najszybciej usunąć Pana ze stanowiska.

– Mamy tu do czynienia z celowym atakiem wymierzonym we mnie osobiście. Ale nie chodzi wyłącznie o moją osobę – chodzi o to, że po raz pierwszy od początku istnienia KRRiT jej przewodniczący rzeczywiście egzekwuje obowiązki, które prawo nakłada na największe podmioty medialne: obowiązki rzetelności, pluralizmu i szacunku wobec odbiorców. Nie było żadnej „niepisanej umowy”, która pozwalałaby mediom na swobodne manipulowanie rzeczywistością. Była za to przemoc – informacyjna, narracyjna, symboliczna – której nie powstrzymywano, nawet wtedy, gdy władzę sprawowała opcja konserwatywna.

Z różnych względów – geopolitycznych, instytucjonalnych, czasem z lęku przed reakcją potężnych koncernów medialnych czy oporem kast sądowniczych – zbyt często wybierano milczenie lub wycofanie. A przecież lęk jest najgorszym doradcą w sytuacji, gdy ma się do czynienia z otwartym konfliktem o prawdę i kształt świadomości publicznej. W tej przestrzeni nie można pozostawać biernym. Dziś, gdy systemowa presja staje się coraz bardziej brutalna, potrzebna jest odwaga – nie koncyliacja. I dlatego atakują.

Stary układ nie chce dopuścić nowych graczy?

– Dokładnie. Powtórzę, w Polsce mamy zoligarchizowany rynek reklam. Środowiska medialne i marketingowe to wielkie międzynarodowe korporacje, które mają swoje oddziały w Polsce. Tak się składa, że te środowiska z polskich oddziałów są bardzo bliskie środowiskom politycznym będącym dziś u władzy. Zagraniczni szefowie tych korporacji ufają swoim ludziom w oddziałach. Jeżeli oni mówią, że największym medium w Polsce jest dana stacja, i rekomendują bojkot reklam w stacjach konserwatywnych, to tak się dzieje. W ten sposób stacje, które są spoza układu, są wykluczane z obrotu reklamami. Blokuje się im możliwości zarobienia, a tym samym rozwoju. Z kolei odbiorców tych stacji odcina się od reklam. Dzieje się tak, ponieważ mamy do czynienia z zoligarchizowanym rynkiem medialnym, który jest sprzężony z reklamodawcami, a środowisko jest takie, że wyklucza widzów konserwatywnych. W tej sytuacji jedna trzecia konsumentów (a przynajmniej tylu jest w Polsce odbiorców o konserwatywnych poglądach) jest odcięta od reklam produktów tych reklamodawców. Ciekawe, co na to zagraniczni właściciele? Myślę, że nie wiedzą, że jedna trzecia budżetu reklamowego idzie w powietrze.

 

Którymi decyzjami najbardziej naraził się Pan obecnej władzy?

– Myślę, że zadecydowały głównie kwestie związane z ukaraniem TVN. Chodzi zarówno o oszczerczy „reportaż” na temat św. Jana Pała II, absolutnie niedopuszczalny zarówno z punktu widzenia ustawy, jak i z punktu widzenia prawdy jako fundamentalnej wartości obowiązującej w każdym państwie. Poza tym rządzących rozsierdziła decyzja o przyznaniu koncesji Telewizji Republika. A przypomnę, że była to nie moja indywidualna decyzja, ale uchwała podjęta przez członków KRRiT. Ja w wykonaniu tej uchwały podpisałem jedynie decyzję o przyznaniu koncesji. Akurat w tym przypadku KRRiT podjęła uchwałę przegłosowaną większością głosów – 4:1.

Ważnym elementem wyzwalającym działania przeciwko mnie jest dogłębne badanie kwestii własnościowych TVN. Dopatrzyłem się w strukturze TVN i w ogóle tej organizacji gospodarczej, której częścią jest TVN, że tak naprawdę nie wiadomo, kto jest beneficjentem rzeczywistym. Wprawdzie na stronach TVN widnieje przepis, że beneficjentem rzeczywistym jest Zarząd, ale to przecież nie jest beneficjent rzeczywisty sensu stricto. Moje doszukiwanie się prawdy jest ich zdaniem niedopuszczalne. Mam poważne zastrzeżenia co do transparentności właścicielskiej tej firmy. Nie mam złudzeń, że pośród wymienionych czynników to właśnie domaganie się transparentności na ten temat jest sprawą kluczową.

 

Czy usunięcie Pana ze stanowiska nie rozpocznie starań o odebranie koncesji mediom niezależnym, takim jak Radio Maryja czy Telewizja Trwam?

– To nie będzie takie proste, aczkolwiek znając działania tej władzy, nieliczącej się z żadnym prawem ani z Konstytucją, ani z żadnym poczuciem odpowiedzialności za kraj, oczywiście jest to możliwe. Przypomnę, że aby odebrać koncesję, trzeba mieć rzetelne podstawy. Dziś wiemy, że mamy sądy bardzo często wydające wyroki całkowicie po myśli władzy. Minister Adam Bodnar, jako prokurator generalny i minister sprawiedliwości, stworzył sobie mechanizm, który działa zawsze tak, jak sobie tego życzą rządzący. Dlatego może dojść do sytuacji, że władza, łamiąc prawo, odbiera koncesję Radiu Maryja czy Telewizji Trwam lub innemu medium konserwatywnemu czy patriotycznemu, i znajdzie się sędzia, który to zatwierdzi. Niestety, ale sprawiedliwość i państwo prawa przestały istnieć – Konstytucja już nie obowiązuje w swoich podstawowych założeniach. Może jeszcze nie wszyscy obywatele dostrzegają to w codziennym życiu, ale każdy, kto – tak jak ja dziś – ma realny kontakt z działaniem organów wymiaru sprawiedliwości i instytucji państwowych, wyraźnie widzi, że mamy do czynienia z drastycznym odejściem od normy konstytucyjnej zapisanej w art. 2. Ta norma nie mówi jedynie, że Polska jest demokratycznym państwem prawa – mówi także, że urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. Tymczasem coraz częściej mamy do czynienia nie z rządami prawa, lecz z rządami decyzji – arbitralnych, pozbawionych uzasadnienia w porządku prawnym, podejmowanych przez jednego człowieka lub wąską grupę wpływu. To jest nie tylko pogwałcenie zasad legalizmu, to także głębokie uderzenie w poczucie sprawiedliwości obywateli. Gdy decyzje władzy wynikają nie z norm prawa, lecz z interesów lub ideologii, tracą one legitymację moralną. Przykładowo: odebranie koncesji medialnej tylko dlatego, że władzy nie podoba się ton nadawcy, byłoby jawnym naruszeniem konstytucyjnego prawa obywateli do informacji – a więc nie tylko sprzeniewierzeniem się państwu prawa, ale i zdradą zasady, że prawo powinno służyć wszystkim, a nie wybranym. Także naruszeniem przepisu o KRRiT, która stoi na straży wolności słowa, dostępu obywateli do informacji i interesu publicznego w mediach. A interesem publicznym w mediach jest pluralizm odzwierciedlający cały wachlarz poglądów obecnych w społeczeństwie.

Jeśli znalazłby się taki skład KRRiT, który zdecydowałby się na odebranie takiemu medium koncesji, to wtedy mielibyśmy do czynienia zarówno ze złamaniem Konstytucji, jak i z koniecznością postawienia takich ludzi przed Trybunałem Stanu.

Rządzący przygotowują wniosek o postawienie Pana przed Trybunałem Stanu. Wiemy, że ma on być sformułowany w przyszłym miesiącu.

– Stawiane mi zarzuty są całkowicie bezpodstawne. Jeden z członków komisji na agresywne pytania TVN: „co dalej z tym Świrskim?”, „czy nie znaleźliście na niego jeszcze dowodów?”, odpowiedział, że nie. To dobitnie pokazuje, jak bardzo polityczna jest ta sprawa, a oskarżenie nie ma żadnych podstaw.

Dziś mamy do czynienia z pisaniem propagandowych tekstów, które mają wytłumaczyć społeczeństwu powody do ścigania mnie. Oni liczą na nieznajomość przez obywateli prawa medialnego i szczegółów związanych z zasadami funkcjonowania tego urzędu. Przypomnę, że stawia mi się m.in. zarzut, że jednoosobowo podejmuję decyzje. A przecież to wynika bezpośrednio i wprost z ustawy. Gdybym podejmował decyzje, np. dotyczące ukarania TVN, za pośrednictwem KRRiT, wtedy dopiero złamałbym prawo. W ustawie nie ma mowy o tym, że to Rada, drogą głosowania, podejmuje decyzje o ukaraniu mediów za złamanie ustawy – to zadanie jest przypisane tylko i wyłącznie przewodniczącemu. Ale przecież ludzie nie czytają ustawy i nie wiedzą o tym. Wierzą natomiast w to, co przeczytają w gazetach czy obejrzą w TVN. Dlatego stawianie mnie przed Trybunałem Stanu jest propagandową nagonką.

 

Podczas przesłuchania przez sejmową Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej odnosił się Pan m.in. do zarzutów o niewykonywaniu badań statystycznych dotyczących oglądalności stacji telewizyjnych w Polsce.

– Ten zarzut to jest kolejne kompletne kuriozum. Z jednej strony rozporządzenie nakłada na mnie obowiązek przeprowadzenia badań, ale jednocześnie jest też mowa o dobrowolności udziału nadawców w tym badaniu. Z różnych względów nadawcy zwyczajnie nie chcieli wziąć w nim udziału. Mimo że przeprowadziliśmy szereg spotkań
i negocjacji w tej sprawie. Skoro nie otrzymałem od nadawców zgody na udostępnianie tzw. danych RPD (Retention Policy Data – zbiór informacji przechowywanych przez nadawców i operatorów sieci kablowych), pomimo wielu ekspertyz, że jest to zgodne z prawem, to nie miałem możliwości wykonać tychże badań. Dlatego stawianie mi z tego powodu zarzutu dowodzi jedynie nieznajomości tematu przez posłów i bazuje na nieznajomości tematu przez obywateli. Doprecyzuję: badania statystyczne prowadzone przez GUS opierają się na ankietach i są obowiązkowe, natomiast statystyka publiczna w tej konkretnej sprawie, dotycząca danych od nadawców, bazuje na informacjach zbieranych z urządzeń technicznych i przetwarzanych przez KRRiT. Jak widać, ich przekazywanie nie jest traktowane przez niektórych jako obowiązek, nawet przez twórców rozporządzenia. Dlaczego tak się stało – nie wiem. Wiem tylko, że izby gospodarcze zrzeszające operatorów dysponujących danymi RPD są zdecydowanie przeciwne prowadzeniu tych badań przez KRRiT.

Dlatego całą Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej odbieram jako cyrk białorusko-kafkowski. Wszystkie moje prawa, jako oskarżonego, są złamane. Mówię tu o prawach człowieka, o prawie do obrony, o prawie do bezstronnego sądu – w tym przypadku bezstronnego prokuratora, ponieważ ta komisja jest takim zbiorowym ciałem prokuratorskim. Przewodniczący tej komisji nie przekazuje do Trybunału Stanu, jako organu nadzorczego, moich zażaleń na działania komisji i to jest przestępstwo z art. 231 k.k., który mówi: „Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. W dodatku ma to związek z przepisem artykułu art. 459
§ 2 k.p.k.: „Na postanowienia prokuratora, a także inne czynności naruszające prawa strony, podejrzanego, oskarżonego lub innej osoby, przysługuje zażalenie, jeżeli ustawa tak stanowi”. A ustawa, czyli Kodeks postępowania karnego, w art. 20 stanowi: „Organy prowadzące postępowanie karne czuwają nad tym, aby uprawnieni nie byli pozbawieni możności obrony i korzystania z uprawnień procesowych, w szczególności prawa do składania wniosków i środków odwoławczych”. I tu muszę powiedzieć, że próbowano pozbawić mnie prawa do obrony, odmawiając dostępu do akt sprawy, a później systematycznie nie przekazując zażaleń na postępowania do organu nadzoru. Przypomnę, że niedawno wybuchła sprawa pewnego prokuratora, który nie przekazywał zażaleń do sądu – i teraz właśnie toczy się postępowanie karne przeciwko niemu. Myślę, że prędzej czy później czeka to przewodniczącego KOK, pana Zdzisława Gawlika.

 

W składzie komisji są osoby, które jeszcze przed rozpoczęciem jej pracy wypowiadały się w mediach o Pana „bezspornej winie”.

– To kolejny przykład poważnej wady proceduralnej, która uniemożliwia rzetelne i zgodne z prawem rozpatrzenie tego politycznie motywowanego wniosku. Kluczowe w tej sprawie jest to, że działania Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej naruszają zabezpieczenie wydane przez Trybunał Konstytucyjny, które zakazuje podejmowania czynności zmierzających do postawienia przed Trybunałem Stanu członków KRRiT, dopóki nie zostanie wydane odpowiednie rozporządzenie wykonawcze do ustawy o Trybunale Stanu, regulujące szczegółowo tryb ich odpowiedzialności. Sytuacja ta jest analogiczna do sprawy prezesa NBP, prof. Adama Glapińskiego – w jego przypadku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nie można wszczynać procedury przed Trybunałem Stanu w trybie uproszczonym, czyli uchwałą Sejmu podjętą zwykłą większością głosów, ponieważ naruszałoby to przepisy konstytucyjne o niezależności tej instytucji. Gdyby taka praktyka została zaakceptowana, każda większość parlamentarna mogłaby arbitralnie odwoływać prezesa NBP – co stanowiłoby złamanie art. 227 Konstytucji RP. Podobna ochrona przysługuje przewodniczącemu KRRiT, wynikająca z jego konstytucyjnego statusu, jako członka organu stojącego na straży wolności słowa i pluralizmu medialnego (art. 213-215 Konstytucji RP).

 

Byłby to sposób na usuwanie osób niewygodnych.

– Ale właśnie obecna władza specjalizuje się w zastraszaniu i wywieraniu nacisku na niezależny organ konstytucyjny, jakim jest KRRiT, i na jej przewodniczącego. Dlatego złożyłem doniesienie do prokuratury na członków zarówno komisji, jak i tych, którzy zbierali podpisy pod wnioskiem o postawienie mnie przed Trybunałem Stanu, jako sprawców zamachu konstytucyjnego. Zaznaczę, że złożyłem to zawiadomienie jeszcze przed tym, kiedy prezes TK Bogdan Święczkowski skierował zawiadomienie o zamachu stanu. Całą tę sprawę traktuję jako operację zamachu na organ konstytucyjny – próbę usunięcia organu konstytucyjnego.

Ja się nie poddaję. Jeśli będzie taka konieczność, to będę się także odwoływał do organów międzynarodowych, takich jak Europejski Trybunał Praw Człowieka – i tu chodzi nie o mnie, ale o ład konstytucyjny w Polsce.

 

Biorąc pod uwagę miałkość, a w zasadzie brak argumentów do postawienia Pana przed Trybunałem Stanu, czy rządzącym nie chodzi głównie o to, aby zwyczajnie Pana usunąć ze stanowiska?

– Oczywiście. Oni myślą, że jeśli się mnie pozbędą, będą mogli robić z mediami to, co będą chcieli. Takie działania na pewno spotkają się z protestami społecznymi. I też o to chodzi tej władzy – o wywołanie konfliktu społecznego. To jest mechanizm znany jeszcze sprzed stanu wojennego, kiedy komuniści dopuścili do zaognienia rozmaitych sytuacji strajkowych (rozdmuchanych przez media Jerzego Urbana), żeby w oczach zwykłego obywatela, który nie śledził polityki, tylko żył swoim życiem, wywołać skojarzenie „Solidarności” z zamętem. W pewnym sensie to zadziałało, bo wprowadzenie stanu wojennego i likwidacja „Solidarności” nie były tak mocno oprotestowane, jak się spodziewaliśmy – my, czyli ówczesna młodzież antykomunistyczna.

Dziś jest podobnie. Rząd Donalda Tuska czy ludzie, którzy sterują nastrojami społecznymi, chcą wywołać konflikt społeczny. Chodzi o to, aby przestraszyć obywateli. Ponieważ za naszą wschodnią granicą mamy wojnę, a za zachodnią zamęt związany z globalną zmianą geopolityczną i kryzysem migracyjnym, to ludzie władzy liczą na to, że za cenę „spokoju” ludzie przystaną na eliminowanie opozycji przez rządzących. Nie wiem, czy polskie społeczeństwo jest na takim poziomie zobojętnienia na niszczenie własnej Ojczyzny. Mam nadzieję, że jednak nie.

Istnieje fundamentalna różnica między światem analogowym – choćby tym z czasów stanu wojennego – a naszą dzisiejszą rzeczywistością. Różnica polega nie tylko na środkach technicznych, ale na głębokiej przemianie struktury percepcji: cyfrowej kolonizacji emocji i rozkawałkowaniu świadomości przez algorytmy. Współczesny człowiek doświadcza już nie rzeczywistości, lecz jej symulacji – przetworzonej przez media społecznościowe, zoptymalizowanej pod kątem dopaminowej reakcji, zaprojektowanej przez bezosobowe systemy, które zarządzają naszymi lękami, pragnieniami i wspomnieniami. Profesor Andrzej Zybertowicz nazwał architektów tej nowej rzeczywistości „cyberlordami” – i nie ma w tym przesady. Dopóki nie powstanie twardo egzekwowane międzynarodowe porozumienie, analogiczne do dawnych układów rozbrojeniowych, świat będzie podlegał coraz głębszej manipulacji cyfrowej.

Nie wystarczy regulacja lokalna – potrzebne są nowa etyka i filozofia prawa technologicznego, które staną w obronie człowieka jako istoty duchowej, nieredukowalnej do zbioru danych. W Polsce oznacza to coś jeszcze: prędzej czy później musimy uchwalić nową Konstytucję, w której znajdą się przepisy chroniące integralność świadomości, suwerenność myślenia i nienaruszalność duchowego rdzenia osoby ludzkiej wobec przemocy algorytmicznej. Tylko tak zbudujemy trwały fundament pod państwo przyszłości – nie państwo danych, lecz państwo sensu.
A ponad tym wszystkim jest Bóg osobowy, wszechmogący i panujący nad czasem. Dlatego – sursum corda!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Urszula Wróbel, „Nasz Dziennik”