• Niedziela, 5 kwietnia 2026

    imieniny: Wincentego, Ireny

Krok po kroku postępuje centralizacja UE

Środa, 9 października 2024 (09:18)

Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości

W przyszłym roku rozpoczną się prace nad nowym unijnym budżetem na lata 2028--2034, który ma funkcjonować na nowych zasadach.  Jak donosi „Politico”, jest już przygotowany plan, który przewiduje przekazanie nowych uprawnień urzędnikom Komisji Europejskiej. Na czym to ma polegać i czy to nie jest groźne?

– Mówiąc wprost, krok po kroku postępuje centralizacja Unii Europejskiej i kwestie budżetowe będą powiązane stricte z reformami społecznymi, które przecież musi wdrażać każde państwo. Zgodnie z propozycjami europejskiej lewicy, liberałów i całego obecnego mainstreamu zawiadującego Unią Europejską – jeśli państwa narodowe nie będą pokorne i nie będą skore wdrażać z góry narzuconych reform, będą za to karane.
I tak dla przykładu rolnicy, zgodnie z unijnym dyktatem, obok tradycyjnych gospodarstw będą musieli też prowadzić produkcję ekologiczną, bo jeśli nie, to nie dostaną unijnej pomocy. Przedsiębiorcy otrzymają unijne wsparcie, jeśli, dajmy na to, będą równe płace kobiet i mężczyzn itd. Takich programów, które finansuje Unia Europejska, jest 530 i żeby zostać ich beneficjentem, to trzeba będzie realizować politykę genderową. To pokazuje, że w Unii wszystko jest powiązane, a na czele tych reform stoi Ursula von der Leyen, która w domyśle ma być unijną cesarzową, a poprzez dzielenie środków finansowych
i uzależnianie ich wypłaty od realizacji lewackiej polityki najwidoczniej chce mieć kontrolę nad tym, co się dzieje
w poszczególnych krajach członkowskich. Tym samym suwerenne państwa mają być ubezwłasnowolnione, nałożony ma być im unijny kaganiec w myśl zasady: chcecie mieć pieniądze, to będziecie musieli robić to, co my chcemy. Innymi słowy obecna ekipa, która rządzi w Unii, chce dyktować suwerennym państwom swoje warunki
i finansowo je uzależniać. Ma też powstać specjalna dyrekcja budżetowa, która będzie dominować nad komisarzem do spraw budżetu, czyli nad namaszczonym przez Donalda Tuska komisarzem Piotrem Serafinem.
To pokazuje, że pozycja unijnych komisarzy będzie obniżana, a więc będzie coraz słabsza. Władza zatem zmierza coraz bardziej do centrum zarządzania, czyli do niemieckiej cesarzowej Ursuli von der Leyen.

Zatem nie ma przesady w stwierdzeniu, że kręgi decyzyjne w Brukseli szykują nowe narzędzie finansowego nacisku na państwa członkowskie podobnie jak to już było
z uzależnianiem wypłaty unijnych środków od przestrzegania praworządności?

– Dokładnie tak będzie. To jest transakcja wiązana,
a inaczej mówiąc – szantaż polegający na tym, że kraj, który zechce sięgnąć po unijną kasę, będzie musiał spełnić określone kryteria. Takim kryterium będzie na przykład to, czy dane państwo realizuje taką czy inną unijną politykę. Oczywiście jest to na razie melodia przyszłości
i teoretycznie to może się jeszcze zmienić, ale na dzisiaj takie są propozycje i dążenia.

Jakie są zatem pierwsze reakcje na ten unijny dyktat i plan, zamiar dociskania państw członkowskich?

– Myślę, że coraz trudniej będzie o zgodę i akceptację pomysłów sięgających coraz głębiej i ingerujących
w niezależność państw. Dotyczy to także koncernów zagranicznych, które na przykład wycofują się z polityki wspierania lgbt i lgbtq. I tak koncern Toyota nie chce płacić na różnego rodzaju dziwactwa płciowe. Również rządy, m.in. francuski, włoski oraz innych państw, jak Belgia czy Holandia, gdzie są rządy prawicowe, mogą do tych ideologicznych planów uzależniających podejść bardzo krytycznie. Myślę więc, że finalnie nie będzie zgody na centralizację Unii Europejskiej.

Nie zmienia to faktu, że taka ingerencja
i takie plany się pojawiają?  

– Owszem, są, i to bardzo ostre. Sądzę jednak, że wszystko po to, żeby w trakcie dyskusji nieco zwolnić, aby spotkać się gdzieś pośrodku i coś ugrać. Jaki będzie tego finał, to wszystko będzie zależało od tego, jaki będzie ostateczny kształt nowej Komisji Europejskiej. 4 listopada rozpoczynamy przesłuchania kandydatów na komisarzy.

Tak czy inaczej wspomniany przez Pana posła Piotr Serafin – jako przyszły komisarz do spraw budżetu – będzie tę reformę unijnego budżetu wprowadzał?

– Owszem, to Piotr Serafin – jako przyszły unijny komisarz do spraw budżetu – będzie odpowiadał za tę reformę, co więcej, ta reforma będzie prowadzona w czasie polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, która się zaczyna od
1 stycznia przyszłego roku. Ponadto polska prezydencja będzie obarczona przygotowaniem do konkluzji, które w drugim półroczu 2025 roku będzie wypracowywać Dania, która przejmie po nas prezydencję w Unii. I te konkluzje mogą być bardzo różne. Nie chcę dzisiaj przesądzać, jakie one będą, ale z pewnością będzie duża presja na to, aby zmienić politykę spójności, czyli główną politykę inwestycyjną. Pamiętajmy też, że Polska najwięcej korzysta z polityki spójności. Można się też spodziewać, że będzie próba przesunięcia środków ze wspólnej polityki rolnej Unii Europejskiej na innowacje, na nowe technologie, a także na rozwój sztucznej inteligencji. I to nie podoba się w wielu krajach, co więcej, myślę, że ta tendencja niechęci może się utrzymać. Liczę więc, że cała ta reforma unijnych finansów – wieloletnich ram finansowych – zakończy się tym, że najprawdopodobniej per saldo pieniądze na nową perspektywę finansową Unii Europejskiej na lata 2028-2034 dla Polski będą dużo mniejsze. A zatem już nigdy nie uzyskamy takich środków, jakie wynegocjował rząd premiera Mateusza Morawieckiego.

Można uznać, że to przypadek, że akurat reformy finansów będą się zaczynać za polskiej prezydencji, i czy to zbieg okoliczności, że kandydatem na unijnego komisarza do spraw budżetu został Polak Piotr Serafin, namaszczony przez Tuska?

– Jest to jak najbardziej polityka długofalowa
i przemyślana, że właśnie podczas polskiej prezydencji odbędą się główne dyskusje. Donald Tusk na pewno nakaże Piotrowi Serafinowi bądź to milczenie, bądź pobłażliwość, bądź też wyda mu polecenia, że ma robić to, co mu każą. Efekt tych wszystkich projektów może być zatem trudny do przyjęcia przez Polaków.

Jak te wszystkie zmiany, te projekty szefowej Komisji Europejskiej mają się do unijnych traktatów?

– Właściwie nijak. Jesteśmy świadkami całkowitego odchodzenia od traktatów o Unii Europejskiej. Mamy tak naprawdę na siłę i kolanem dopychanie zmian i takich rozwiązań, które zupełnie pomijają unijne traktaty. Przykładem może być m.in. odejście od jednomyślności, co tylko pokazuje, że w myśl polityki kierownictwa Unii Europejskiej traktaty nie są już istotne.

Jak przebiega proces tworzenia nowego składu Komisji Europejskiej? Wspomniał Pan wcześniej, że 4 listopada w Parlamencie Europejskim rozpoczną się przesłuchania kandydatów na unijnych komisarzy…

– Ten proces jest bardzo trudny i dopiero się zaczyna. Natomiast Komisja Europejska do ukonstytuowania się potrzebuje zgody Parlamentu Europejskiego. W listopadzie rozpocznie się procedura przesłuchania i codziennie będziemy zadawać pytania kilku kandydatom na komisarzy. Jaki będzie tego finał, to zobaczymy, bo żeby uzyskać poparcie, kandydat na komisarza musi otrzymać większość 2/3 głosów. Śmiem twierdzić, że kilku kandydatów na komisarzy może nie przejść pozytywnie tej procedury i nie uzyska niezbędnego poparcia. Wobec tego procedury będą się wydłużały i może być tak, że nowa Komisja Europejska nie będzie gotowa do startu 1 grudnia tego roku. To oznaczałoby, że Unia Europejska może nie mieć do końca 2024 roku nowego rządu, co byłoby złe dla Unii, ale dobre dla procedury wyłaniania, bo dłuższe przesłuchania stworzyłyby szanse na bardziej dogłębne wypowiedzi kandydatów. To z kolei pozwoliłoby bardziej rzetelnie ocenić, czy są oni rzeczywiście kompetentni, niezależni, czy może są skoncentrowani na mainstreamie. Tymczasem komisarz powinien być otwarty na wszystkie państwa członkowskie i narody Unii Europejskiej oraz ich potrzeby. Warto dodać, że dzisiaj kwestia przesłuchania kandydatów na unijnych komisarzy jest tematem numer jeden i zobaczymy, jak te przesłuchania będą przebiegały
i jak się zakończą. Dopiero potem będziemy mogli powiedzieć coś więcej na temat losów nowej Komisji Europejskiej. Natomiast nie ulega wątpliwości, że Ursula von der Leyen zagrywa dość ostro i chce mieć więcej władzy, niż miała dotąd, co już samo w sobie jest bardzo groźne.

Czy ewentualne wydłużenie procesu wyłaniania komisarzy może w jakiś sposób wykoleić brukselski układ i pokrzyżować zaborcze plany Ursuli von der Leyen?

– Nie można wykluczyć również takiego scenariusza. Francuzi się buntują i nawet komisarz – Francuz Thierry Breton, który przez ostanie pięć lat odpowiadał za unijny rynek wewnętrzny, a więc był de facto podwładnym Ursuli von der Leyen, stwierdza wprost, że Niemcy zbytnio panoszą się w Europie. Mamy też krytyczne głosy co do kształtu nowej Komisji Europejskiej i przyszłych jej działań, które płyną z Holandii, z Belgii czy z Włoch. I są to głosy uzasadnione, bo od tego, jaki będzie ten unijny nowy rząd, jaki będzie program do realizowania przez przewodniczącą Ursulę von der Leyen, będzie zależała przyszłość Unii Europejskiej, w tym również przyszłość Polski. Obecnie wiele jest niewiadomych, a do tego należy dodać kłopoty, których Unia Europejska w tej pięcioletniej kadencji będzie miała jeszcze więcej. Nie ulega też wątpliwości, że w te kłopoty Unię Europejską wpędziła sama jej szefowa Ursula von der Leyen.

           Dziękuję za rozmowę.  

 

Mariusz Kamieniecki