Rosja jest słaba, militarnie jest do pokonania
Poniedziałek, 7 października 2024 (20:14)Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem
Po słowach gen. Wiesława Kukuły, który podczas inauguracji roku akademickiego
w Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu stwierdził, że „wszystko wskazuje na to,
że jesteśmy tym pokoleniem, które stanie
z bronią w ręku w obronie naszego państwa”, powstała wielka polityczna burza. Czy w tym stwierdzeniu szefa Sztabu Generalnego jest coś niestosownego?
– Jeśli przeanalizujemy sytuację geopolityczną w Europie, zwłaszcza w obliczu wojny, która już blisko tysiąc dni toczy się na Ukrainie, jeśli sięgniemy do opinii rozmaitych analityków, ekspertów itd., to dojdziemy do przekonania, że możliwe jest rozszerzenie czy wybuch tego konfliktu
na znacznie szerszą skalę niż obecnie. Jedni eksperci twierdzą, że może to nastąpić w ciągu pięciu najbliższych lat, ale są i tacy, którzy przewidują, że może to być nawet już za trzy lata. Niedawno w podobnym tonie wypowiedział się także szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, minister Jacek Siewiera, który w jednym z wywiadów stwierdził,
że mamy trzy lata, żeby się przygotować na konfrontację
z Rosją, i że ten scenariusz jest bardzo realny. Może więc należy wziąć pod uwagę te analizy i zacząć działać w tym kierunku, a nie krytykować szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Wiesława Kukułę, który powiedział dokładnie to samo. Chodzi o to, że musimy się przygotować. Myślę, że gen. Wiesław Kukuła dostrzega,
że nasz zamiar budowania silnej armii, który się zmaterializował pod koniec rządów Zjednoczonej Prawicy, jest dzisiaj, niestety, rozmieniany na drobne.
Pamiętam z wcześniejszych rozmów,
że Pan Profesor apelował o budowanie naszych sił zbrojnych od dawna.
– Owszem, moje apele, kiedy w latach 2007-2015 rządziła Platforma z PSL, to był głos wołającego na puszczy.
Jednak kiedy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy, to liczyłem na to, że znajdą one odniesienie
w rzeczywistości. I faktem jest, że pewne prace w tym kierunku ruszyły, ale nie w stopniu zadowalającym, czy
w kierunku, w jakim należało to zrobić. Dopiero realna groźba wojny i agresja Rosji na Ukrainę spowodowały,
że pojawiła się ustawa o obronie Ojczyzny, która weszła
w życie 23 kwietnia 2022 roku. Nastąpiły też działania
w kierunku wzmocnienia – mam na myśli doposażenie polskiej armii w nowoczesny sprzęt. To była końcówka rządów Zjednoczonej Prawicy. Pomimo zmiany władzy
w Polsce pewną nadzieją było, że ten proces doposażania Wojska Polskiego w nowoczesny sprzęt będzie jednak kontynuowany, ale widzimy, że tak się nie dzieje.
W związku z tym wypowiedź szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego powinna być raczej sygnałem, który otrzeźwi głowy polityków, którzy obecnie decydują o naszej obronności i rozbudowie polskiej armii, a nie będzie tylko doszukiwaniem się jakiegoś skandalu w jego słowach
czy robieniem sobie drwin ze stanowiska dowódcy odpowiadającego za stan naszej armii. Sytuacja, jaka powstała, jest dla mnie niezrozumiała i delikatnie rzecz ujmując niemądra. Eksperci, a także wysoko postawiony wojskowy mówią, że sytuacja jest niebezpieczna,
że rosyjska agresja może nastąpić w stosunkowo krótkim czasie, a inni, co do których kompetencji z racji tego,
co zademonstrowali wcześniej, można mieć zastrzeżenia, krytykują szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Pojawiły się nawet słowa, że powinien zostać zdymisjonowany. Tymczasem gen. Kukuła stwierdził fakt.
Jeśli minister obrony Władysław Kosiniak-
-Kamysz ma spakowany plecak ewakuacyjny, o czym sam informował,
to chyba dalszy komentarz jest zbędny?
– Z tym spakowanym plecakiem Kosiniaka-Kamysza
to rzeczywiście nie wyszło najlepiej, bardziej humorystycznie, co gorsza, obawiam się, że minister obrony na czym jak na czym, ale na sprawach związanych z obronnością po prostu się nie zna. Dlatego nie przywiązywałbym większej wagi do tego, co mówi,
bo obawiam się, że ten człowiek chyba nie za bardzo ogarnia to, co się dzieje w resorcie obrony, nie mówiąc
już o zarządzaniu MON. Natomiast obietnice, jakie wypowiada, są tylko słowami. Pamiętamy, co mówił,
kiedy ten rząd wystartował, kiedy wielokrotnie zapewniał, że polityka obronności, dozbrajania polskiej armii będzie kontynuowana. Politycy „koalicji 13 grudnia” mówili,
że są pieniądze, więc obronność Polski, kontrakty zakupowe będą kontynuowane.
Ale nie są?
– Wiadomo, że na przykład koreańskich czołgów K2
nie będziemy produkować w Polsce. To zdumiewające, zwłaszcza że część uzbrojenia, które mamy sprowadzać, jest już w Polsce. Mam na myśli amerykański sprzęt:
czołgi Abrams oraz wyrzutnie HIMARS, także koreańskie armatohaubice K9 oraz już wspomniane czołgi K2, do produkcji których się przygotowywaliśmy. Teraz trudno powiedzieć, co będzie dalej i co z zakładami należącymi
do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Chodzi o Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne w Poznaniu, gdzie miały być ulokowane serwis, remonty i produkcja spolonizowanej wersji koreańskich czołgów K2. Przecież te zakłady musiały się jakoś do tej produkcji przygotować, zmodernizować
i poniosły koszty.
Mariusz Błaszczak mówi, że prawie wszystkie, bo siedem z ośmiu umów, którymi chwali się dzisiaj Władysław Kosiniak-Kamysz zostało wynegocjowanych w czasach, kiedy to on był szefem MON,
i że obecna koalicja w sposób bezczelny przypisuje sobie osiągnięcia PiS.
– I chwała Bogu, jeśli obecna ekipa coś z tego realizuje. Natomiast obawiam się, że z tymi zakupami może być różnie, bo okazuje się, że w budżecie nie ma pieniędzy
i raczej będzie tak, że usłyszymy, iż kontrakty zbrojeniowe trzeba będzie odłożyć na półkę, bo są inne bardziej palące sprawy. Ale ta ekipa przyzwyczaiła nas do tego, że kiedy bierze się za rządzenie państwem, to „piniendzy po prostu nie ma i nie będzie”.
Czy nie rządzą nami nieudacznicy?
– Jedno nie wyklucza drugiego, bo mogą być jeszcze dywersanci i szkodnicy, według których najlepiej schować głowę w piasek, a tego generała, który mówi jasno
o zagrożeniu, do którego trzeba się przygotować,
to najlepiej zdymisjonować.
NATO ma nowego sekretarza generalnego, tymczasem jego były szef Jens Stoltenberg mówi otwarcie, że gdyby Ukraina odpowiednio wcześniej – jeszcze przed napaścią rosyjską – otrzymała więcej broni, mogłoby to zniechęcić Putina do ataku,
a kto wie, może nawet zapobiegłoby wojnie.
– Nie trzeba było ekspertów, byłych szefów NATO,
żeby stwierdzić coś oczywistego – zresztą wielokrotnie poruszaliśmy już tę kwestię na naszych rozmowach.
Chcę podkreślić, że Rosja jest słaba, militarnie jest do pokonania. W 1920 roku, zanim zakończyła się wielka bitwa nad Niemnem, biorąc pod uwagę proporcję sił,
jakimi wówczas dysponowały Polska i Rosja bolszewicka,
to każdy mógł powiedzieć, że nasza klęska powinna
być stuprocentowa. Tymczasem wygraliśmy to starcie, przesądzające nie tylko o losach wojny, ale także
o dalszym istnieniu niezawisłego państwa polskiego.
W 1939 roku również nie wiadomo, jak potoczyłaby się
II wojna światowa z Niemcami, gdyby nie napadli na nas Sowieci. Sytuacja geopolitycznie wygląda tak, że jeżeli jesteśmy w takim położeniu, jeżeli mamy do czynienia tylko z Rosją, to my damy sobie radę. Rosja z Polską sam na sam nie wygrała żadnej wojny. I teraz to samo Rosja przerabia z Ukrainą. Ukraina ciągle jest w stanie wygrać
tę wojnę, ale nie otrzymała odpowiedniego uzbrojenia
i sprzętu, żeby przeprowadzić skuteczną kontrofensywę.
I znów parę odniesień do historii: gdyby w 1920 roku Polacy nie otrzymali od Węgrów amunicji w milionach sztuk, która docierała do nas pociągami, i gdyby polski żołnierz nie miał czym strzelać na froncie, to byłoby z nami krucho. Zatem to są rzeczy jasne, proste i oczywiste, dlatego aż dziw bierze, że mądrale na wysokich stanowiskach, rozmaici decydenci tego nie widzą albo zwyczajnie udają, snując rozmaite rozważania polityczne
i militarne w różnych think tankach.
Szkoda, że Jens Stoltenberg nie mówił tego, kiedy piastował stanowisko szefa NATO?
– Zwykle tak bywa. Skądinąd jest to znana przypadłość, jeśli chodzi o polityków, którzy odchodzą z jakiegoś stanowiska i nagle odzyskują jasność umysłu i mądrość, której na próżno było szukać wcześniej.
W niemieckim Ramstein 12 października Zełenski przedstawi plan zwycięstwa, który znają już prezydent Joe Biden oraz Donald Trump i Kamala Harris. Dziennik „Wall Street Journal”, powołując się na rządowe źródła, wskazuje, że nie jest on niczym przełomowym, ale powtórzeniem wniosku
o zwiększenie broni dla Ukrainy i zniesienie ograniczeń w użyciu pocisków dalekiego zasięgu do ataków w głąb Rosji. Na tyle
stać Ukraińców?
– Poprzednio, z końcem września, plan zwycięstwa przedstawiony przez Ukrainę nie wzbudził większego entuzjazmu administracji amerykańskiej, żeby nie powiedzieć, że wizja Zełenskiego rozczarowała stronę amerykańską. Nie sądzę, żeby Ukraińcy nagle wynaleźli jakąś cudowną formułę, która pozwoliłaby im zakończyć wojnę z Rosją – oczywiście na ich warunkach; formułę, która nie będzie oznaczać kapitulacji Ukrainy przed Putinem. Tymczasem zdaje się, że Zachód, a szczególnie nasi niemieccy sąsiedzi, byliby raczej skłonni, aby ten konflikt zakończyć jak najprędzej, nawet kosztem Ukrainy. I zdaje się, że będą do tego dążyć także podczas spotkania państw sprzymierzonych w Ramstein, a wszystko, żeby nie dotknąć za bardzo Rosji. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Berlinowi zależy na powrocie do współpracy gospodarczej z Moskwą, a trwający konflikt
to uniemożliwia.