Czy Zachód przehandluje Ukrainę?
Czwartek, 26 września 2024 (20:32)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem
Wojna na Ukrainie to jeden z najważniejszych tematów dorocznej debaty Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Przywódcy uczestniczący w debacie, w tym prezydent Andrzej Duda, nawoływali Rosję do przestrzegania prawa międzynarodowego. Tylko czy ta miękka gra robi jakiekolwiek wrażenie na Putinie?
– Problem polega na tym, że tego typu apele czy rozmaite stanowiska wyrażane przez różne gremia międzynarodowe, w przypadku dyktatorów takich jak Putin są mało skuteczne. Putin nic sobie z tego nie robi. Natomiast innych stanowczych kroków, jeśli chodzi o Organizację Narodów Zjednoczonych – zwłaszcza w momencie, kiedy Rosja obok Chin, Francji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, oraz ma możliwość zawetowania każdej rezolucji – nie ma. Sytuacja jest zatem patowa. Jeśli chodzi relacje rosyjsko-ukraińskie, to ONZ jest instytucją po prostu nieskuteczną.
Czy zatem jeśli chodzi o decyzyjność ONZ nie jest to de facto martwa instytucja, która wymaga reform?
– To zależy od tego, czego się oczekuje od tego typu instytucji międzynarodowych. Mianowicie jako np. platforma wymiany poglądów czy spotkań przedstawicieli różnych państw świata, to ONZ spełnia swoją rolę. Natomiast oczekiwanie, że może ona podejmować jakieś stanowcze, dyscyplinujące kroki – szczególnie w dziedzinie kształtowania, układania relacji międzynarodowych, to wydaje się to trudne do wyobrażenia. Zwłaszcza mocarstwa wcześniej wspomniane, w tym także Rosja, nie mają ochoty na to, żeby się podporządkowywać tego typu presjom, a do tego mają prawo weta.
Prezydent Zełenski powiedział wczoraj, że wywiad Ukrainy donosi, iż Rosja planuje ataki na ukraińskie elektrownie jądrowe. Na ile to prawdopodobne i czy nie szykuje się nam kolejny Czarnobyl?
– Trudno powiedzieć. Rosja na pewno widzi i takie rozwiązanie. Natomiast należy wziąć pod uwagę, że prezydent Wołodymyr Zełenski podając takie informacje, chce przede wszystkim podgrzać atmosferę, chce osiągnąć cele czy korzyści istotne z punktu widzenia Ukrainy. W związku z tym dopuszczam ze strony Zełenskiego nadużycie, jeśli idzie o tego typu argumentację. Wydaje się też, że Rosja – przynajmniej przez Chiny – została bardzo wyraźnie ostrzeżona, więc broni jądrowej użyć raczej nie może.
W formie bezpośredniej raczej nie użyje, co nie zmienia faktu, że może zaatakować elektrownię jądrową i wywołać katastrofę nuklearną i promieniowanie radioaktywne?
– Owszem. Tak naprawdę nie ma odpowiedzi na pytanie, czy Rosja użyje, czy nie użyje argumentów jądrowych. Pamiętajmy jednak, że istnieje instrukcja użycia broni nuklearnej – tajna instrukcja, którą Rosja posiada. Tę instrukcję, jak pamiętamy, podpisał jeszcze Dmitrij Miedwiediew, kiedy pełnił urząd prezydenta Federacji Rosyjskiej. Wiadomo, że ta instrukcja przewiduje jedną istotną rzecz – mianowicie, że Rosja jeśli stałaby się przedmiotem agresji, to przyznaje sobie prawo użycia broni jądrowej. Teraz Putin zdaje się coś manipuluje przy tej instrukcji i zapowiada, że agresja na Rosję ze strony jakiegokolwiek państwa – nawet nieposiadającego broni jądrowej, ale z udziałem lub wsparciem państwa nuklearnego, będzie uważana za ich wspólny atak na Federację Rosyjską. Wówczas Moskwa w odpowiedzi mogłaby także rozważyć użycie broni atomowej. Natomiast jeśli chodzi o ewentualny atak na ukraińskie elektrownie jądrowe i powtórkę z Czarnobyla, to taka możliwość też istnieje, a promieniowanie radioaktywne nie uznaje granic.
W przestrzeni międzynarodowej ścierają się właściwie dwie koncepcje: pierwsza, której zwolennikiem są Amerykanie i sekretarz Blinken. Zakłada ona, że to Ukraina powinna zdecydować, kiedy i na jakich warunkach zakończyć wojnę. I druga, która podobno wyszła od kanclerza Scholza, że nie ma co przedłużać tego konfliktu i jak najszybciej należy doprowadzić do zawieszenia broni, bo to niszczy Ukrainę. Która z tych koncepcji jest bliższa realizacji?
– Koncepcja niemieckiego kanclerza Olafa Scholza ma większe szanse powodzenia w momencie, kiedy listopadowe wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wygrałaby kandydatka Demokratów Kamala Harris.
Prezydent Zełenski twierdzi, że Ukraina jest w stanie wygrać tę wojnę z Rosją i wypchnąć agresora ze swojego kraju. To tylko słowa?
– Trudno, żeby przywódca kraju, który się broni przed agresją, który toczy wojnę, wietrzył swoją przegraną.
Donald Trump podczas jednego z wieców w dość kąśliwy sposób skomentował wizyty prezydenta Zełenskiego w Stanach Zjednoczonych, nazywając ukraińskiego przywódcę „najlepszym handlarzem w historii”, który ilekroć odwiedza Amerykę, to wyjeżdża z 60 miliardami dolarów…
– Donald Trump stwierdził fakt. Natomiast muszę przyznać, że od jakiegoś czasu ilekroć oceniam zachowanie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, to mam coraz bardziej mieszane uczucia. Owszem zapowiadał się jako polityk bardzo dobrze, ale z biegiem czasu zaczął podejmować działania, które – moim zdaniem – mogą się dla Ukrainy źle skończyć. Ukraina miała, i to spore, szanse w ubiegłym roku, żeby wygrać wojnę z Rosją. Tylko że nie zostały spełnione ku temu określone warunki. Mianowicie zawiodło dostarczanie Ukrainie odpowiedniej ilości i określonego rodzaju uzbrojenia, aby można było przeprowadzić skuteczną kontrofensywę. W pewnym momencie nawet sądziłem, że Ukraina otrzymała odpowiednią broń w wystarczającej ilości, odpowiednią pomoc, ale okazało się, że jednak nie. I to po pierwsze, a po drugie – cały czas obowiązuje obostrzenie, uwarunkowanie, że Kijów może użyć broni, którą otrzymuje od Zachodu, wyłącznie na terytorium Ukrainy okupowanym przez Rosjan. Natomiast nie może używać tej broni na terytorium Rosji. W tej sytuacji, przy takich uwarunkowaniach trudno jest wygrać z agresorem, który nie ma związanych rąk. Wydaje mi się, że Ukraina cały czas ma szansę wygrać i rozstrzygnąć tę wojnę na swoją korzyść, ale w momencie, kiedy zostaną spełnione te dwa uwarunkowania, o których wspomniałem – mianowicie z jednej strony dostawy uzbrojenia na dużą skalę, a z drugiej zgoda Zachodu, głównie zaś Stanów Zjednoczonych, aby Ukraina mogła operować tą bronią również na terytorium Federacji Rosyjskiej. W przeciwnym wypadku istnieje tylko jedna możliwość, że Zachód przestanie wspierać Ukraińców – przynajmniej w zakresie skutecznej obrony, bo nic się nie mówi o ofensywie, a wtedy jeśli Ukraińcom zajrzy w oczy widmo klęski, to siłą rzeczy będą musieli spuścić z tonu, usiąść do negocjacyjnego stołu i przystać na rozwiązania, które proponuje kanclerz Olaf Scholz.
De facto zostaną zmuszeni do negocjacji z Rosją?
– Tak się niestety zdarzyć może. Prędzej niż później Ukraina może zostać zmuszona do negocjacji z Rosją.
Czy zatem może czekać nas powtórka z porozumień mińskich z września 2014 oraz z lutego 2015 roku?
– Myślę, że może być nawet gorzej. Czeka nas powtórka z Teheranu i Jałty, gdzie Polska została opuszczona i przehandlowana przez sojuszników, z tym że teraz w roli głównej jako moneta przetargowa wystąpi nie Polska, a Ukraina.
Koncepcje zażegnania tego konfliktu są różne, jedną z takich propozycji powtórzył ostatnio Radosław Sikorski – dotyczy ona demilitaryzacji Półwyspu Krymskiego, który według założeń przez 20 lat miałby być pod kuratelą ONZ z perspektywą powrotu do Ukrainy. Wcześniej Ukraińcy nie chcieli o tym słyszeć. Czy teraz jest to możliwe?
– Jest to koncepcja możliwa, ale w momencie, kiedy Ukraińcy znajdą się w sytuacji bez wyjścia, kiedy będą mieć nóż na gardle.Obecnie takiej sytuacji nie ma, ale Niemcy, które mają interes w jak najszybszym zakończeniu tej wojny i powrocie do interesów gospodarczych z Moskwą, na pewno będą dążyć do realizacji takiego scenariusza. Myślę też, że takim punktem zwrotnym, decydującym o losach tej wojny i sposobie jej zakończenia mogą się okazać zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych i ich wynik. Od tego bardzo dużo zależy. Gwarantem wygranej Ukrainy może być i – cały czas jest – Sojusz Północnoatlantycki, ale czy wciąż takim gwarantem pozostanie, to będzie zależało od tego, czy USA będą chciały nadal spełniać rolę gwaranta ładu międzynarodowego. Donald Trump, dla którego najważniejsza jest oczywiście Ameryka, ma wyraźnie ochotę, żeby Stany Zjednoczone zajmowały wciąż pozycję lidera i rozumie to. Natomiast Partia Demokratyczna i ich kandydatka na prezydenta Kamala Harris nie bardzo wiem, jakie ma cele. Poza propozycjami ideologicznymi, m.in. wolnością reprodukcyjną i dostępnością aborcji, która jest centralnym punktem jej programu, nie bardzo widzę w niej kandydatkę na twardego przywódcę, na lidera światowego porządku.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki