Poważny kryzys rządu Donalda Tuska
Poniedziałek, 23 września 2024 (20:46)Rozmowa z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem
z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie
Dopiero na środę zaplanowano posiedzenie Sejmu, ale wciąż nie ma programu obrad. Nie ma więc tematu pomocy powodzianom. Tymczasem Szymon Hołownia jeszcze
w ubiegły poniedziałek wyrażał gotowość
do zwołania dodatkowego posiedzenia Sejmu. Skąd taka zwłoka?
– Tak naprawdę to trudno w sposób jednoznaczny stwierdzić, dlaczego i skąd taka decyzja. Można tylko przypuszczać, że – po pierwsze – może to świadczyć
o pewnych konfliktach wewnątrz koalicji. Po drugie,
może to świadczyć o braku spójności w zarządzaniu, braku koncepcji związanych z działaniami w obliczu powodzi. „Koalicja 13 grudnia” jest coraz mniej spójna, coraz więcej jest oskarżeń, które pojawiają się w tym gronie. Na razie są one jeszcze w miarę łagodne, ale wypowiedzi niektórych polityków świadczą o dużych tarciach, o braku jedności
czy w ogóle braku koncepcji zarządzania w sytuacjach kryzysowych. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało
po posiedzeniu Sejmu, ale na razie widać, że te działania nie przynoszą zamierzonych i spodziewanych efektów. Myślę, że ludzie liczyli na dużo więcej, że pomoc nadejdzie szybciej, że będzie zorganizowana, a przede wszystkim,
że ostrzeżenia przed powodzią przyjdą w porę, żeby mogli się zabezpieczyć czy uratować przynajmniej część swojego dobytku i wcześniej się ewakuować. Brakuje też pomysłów, jak rozwiązać sytuację po tej powodzi.
Co dało przeniesienie się Donalda Tuska
na czas powodzi do Wrocławia, czy tą akcją nie można było zarządzać z Warszawy. Teraz rząd wrócił do KPRM, ale czy przez tydzień byliśmy świadkami spektaklu politycznego?
– To typowe PR-owskie zagrywki, bo cóż sam Donald Tusk mógł pomóc. Owszem mógł przyjechać, aby zobaczyć
z bliska, jak wygląda sytuacja i wrócić do Warszawy,
aby organizować sztab specjalistów, ekspertów, którzy realnie rozwiązywaliby bieżące problemy. Natomiast sam pobyt Tuska przez miniony tydzień we Wrocławiu niewiele dał. Chodziło raczej o to, żeby pokazać się w mediach, zwłaszcza w tych zaprzyjaźnionych, które chętnie pokazywały premiera, ratującego psa, gotowego do pomocy, bardzo zamartwionego, który nie ma nawet czasu, żeby się ogolić. Tak jakby to on sam brał udział w akcji pomocowej, w układaniu worków wzmacniających wały przeciwpowodziowe i był na pierwszej linii walki.
To są typowe zagrywki mające pokazać go jako przywódcę, być może przygotowujące do kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi. Analitycy mówią, że Tusk szykuje się do kampanii prezydenckiej, więc cały ten spektakl
z wykorzystaniem powodzi można uznać za pewne przygotowanie. Natomiast realnie łatwiej i prościej można było zarządzać z Warszawy, a na miejscu powinni być ludzie wykonujący mądre zarządzenia władzy centralnej.
Są komentatorzy polityczni, którzy nie pozostawiają suchej nitki na tej ekipie,
co więcej, uważają, że posiedzenia sztabu przypominają ustawki z udziałem
Władimira Putina na Kremlu.
– Tak to wyglądało. Zmarszczone czoło, poważny ton
czy karcenie – to wszystko przypomina praktyki rodem
ze Wschodu, mające pokazać, jak premierowi zależy, jak mocno jest zatroskany o los społeczeństwa oraz to, że są inne osoby, które nie wywiązują się z zadań, w związku
z tym trzeba je skarcić, upomnieć, innymi słowy zrobić spektakl, żeby pokazać pewien teatr z Tuskiem w roli głównej. To nie powinno tak wyglądać, tak nie powinien wyglądać rządowy zespół zarządzania kryzysowego.
Nie można budować swojej pozycji na nieszczęściu
ludzi. Natomiast to, co obserwowaliśmy, świadczy
o niedojrzałości politycznej i raczej wzorowaniu się
na metodach państw niekoniecznie demokratycznych. Pokazywanie zarządzania twardą ręką i poniżanie innych osób niczemu nie służy i bardziej przypomina teatr
niż realne zarządzanie w obliczu kryzysu.
To zarządzanie twardą ręką nie przekłada się na realne działania ludzi władzy, odpowiedzialnych za poszczególne
odcinki. Pojawiają się też informacje,
że nie zarządzają nimi ludzie kompetentni, bo specjalistów usunięto?
– Obawiam się, że po dojściu do władzy „koalicji
13 grudnia” tak jest w wielu sektorach państwa, ale nie tylko. Faktem jest, że jeśli chodzi o zarządzanie, to powymieniano znaczą liczbę osób, które były związane
z Prawem i Sprawiedliwością, nie bacząc na to, że ich następcy, tzw. swoi, to ludzie niekoniecznie kompetentni, ale z klucza partyjnego. Dzisiaj widzimy efekty tej czystki. To są rzeczy przerażające, kiedy słyszymy, że silna ręka dotyka tych, którzy krytykują akcję zapobiegania powodzi czy też pomocy ludziom poszkodowanym i takie osoby mogą nawet trafić na przesłuchanie. Słyszymy, że został zatrzymany przez policję 22-latek, mieszkaniec Lądka-
-Zdroju, który w mediach społecznościowych ośmielił się napisać, że w obliczu powodzi nie ma pomocy bądź jeśli jest, to nieskoordynowana. Człowiek ten żalił się na wsparcie w czasie tego kataklizmu i okazuje się, że być może usłyszy zarzuty, że przeszkadzał w akcji ratowniczej. Grozi za to nawet kara więzienia. Dochodzi do absurdów, które obserwujemy na każdym kroku. Widać, że są to działania na pokaz, że władza Tuska zajmuje się takimi osobami jak wspomniany 22-latek, a nie rozwiązywaniem realnych problemów i pomocą tym, którzy ucierpieli
w sposób nieprawdopodobny podczas tej powodzi.
Czy państwo zarządzane przez Tuska zdało egzamin przed, w trakcie, jak również gdy powódź ustępuje? Czy ludzie władzy panują nad sytuacją?
– Widać, że poszczególni ministrowie nie radzą sobie
z realnymi problemami. Natomiast PR-owo bardzo dobrze wypadają w mediach, gdzie są aktywni. Zaprzyjaźnione media im przyklaskują, natomiast fakty są zupełnie inne. Ludzie mówią, jak w obliczu wielkiej wody wyglądała akcja, że nie otrzymali pomocy, że był brak komunikacji, brak zasięgu telefonów. Zresztą sam premier tłumaczył,
że wyłączone telefony utrudniają akcję ratowniczą, ale władza ma przecież do dyspozycji telefony satelitarne
i w sytuacji kryzysowej nie powinien to być żaden problem. Tylko trzeba być do tego odpowiednio przygotowanym,
są przecież także inne formy komunikacji.
Tym bardziej że powódź nie jest nowym zjawiskiem w Polsce?
– Dlatego można było się przygotować na taką ewentualność. Powodzie były przecież w 1997, 2010
czy 2014 roku, były też lokalne podtopienia, może na nieco mniejszą skalę, ale zagrożenie realne powodzią zawsze
u nas występowało i tu nic się nie zmieniło. Dlatego trzeba było temu przeciwdziałać. Tymczasem wiemy, że tzw. ekolodzy byli przeciwni budowie zbiorników retencyjnych, do tych przeciwników należała też koalicja rządząca, bo rzekomo miało to zagrażać siedliskom owadów czy innych zwierząt. I dzisiaj są tego tragiczne efekty. Przypomnę tylko powódź z 2014 roku, kiedy zagrożenie na Wiśle dotknęło okolice Sandomierza, co było wynikiem m.in. niepogłębienia Wisły, bo rzekomo mogło to zagrozić żyjącym tam gatunkom motyli czy ptaków. Tymczasem przyszła wielka woda, która pochłonęła życie kilku czy kilkunastu osób, niszcząc dobytek, infrastrukturę, wyginęły też motyle. To pokazuje, że są sytuacje, które wymagają pewnej strategii, przygotowania, co wydaje się oczywiste. W Polsce są tereny zalewowe, w związku z czym trzeba
być przygotowanym na tego typu kataklizmy, mieć gotowe rozwiązania i wdrażać je w razie potrzeby. Tym bardziej
że były sygnały ostrzegawcze z Unii Europejskiej, także
z Czech oraz z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, że poziom wód się podnosi i że będzie powódź. Tymczasem jeszcze 13 września od premiera słyszeliśmy, że prognozy nie są przesadnie alarmujące i że nie ma powodu do paniki.
Jakie powinny być konsekwencje tych wszystkich zaniedbań, czy ta seria bardzo kosztownych, zagrażających życiu i zdrowiu ludzi pomyłek nie dyskredytuje tej władzy
i samego Tuska? Czy powódź może mieć wpływ na kampanię przed wyborami prezydenckimi?
– Oczywiście powódź może mieć wpływ na kampanię prezydencką i wydaje się, że dla Tuska jest to twardy orzech do zgryzienia. Premier najwidoczniej ostrzył sobie apetyt, chcąc wystartować w wyborach w maju przyszłego roku. Liczył też na poparcie zwolenników Platformy, płynąc też w jakimś sensie na fali zdobytej władzy w wyborach parlamentarnych. Mając za sobą większość mediów, które robiły mu dobry PR, zakładał też możliwy sukces wyborczy. Natomiast dzisiaj, kiedy powódź dotknęła setki tysięcy
jak nie miliony ludzi, kiedy działania władz w obliczu tej katastrofy pozostawiają wiele do życzenia, kiedy jest wiele uwag i słusznych pretensji do rządzących, to może się przełożyć na poparcie wyborców. Bez wątpienia zawiodły koordynacja służb, komunikacja, łączność między nimi
i nie wszystko da się ukryć nawet przy wsparciu usłużnych mediów. Nie wystarczy więc ładne przedstawienie uśmiechniętego kandydata, który nie otrzymuje trudnych pytań, który wypowiada ładnie brzmiące obietnice
i zapowiada, czego to on nie zrobi, jak zostanie wybrany. Społeczeństwo ocenia po efektach, szczególnie w rejonie, który został dotknięty powodzią. Dolny Śląsk i południowo--zachodnia Polska to regiony sprzyjające obecnie rządzącej „koalicji 13 grudnia”, natomiast teraz, kiedy działania władzy były spóźnione i nieskuteczne, ludzie są rozczarowani czy wręcz źli na tę władzę. Nie otrzymali
od rządu żadnego wsparcia. Zobaczymy, jaka będzie ta zadeklarowana pomoc. Są zapowiadane środki finansowe doraźne dla poszkodowanych oraz pieniądze na remont czy odbudowę, które z całą pewnością nie będą wystarczające, ale jest pytanie, czy zostaną uruchomione szybko, bo mamy jesień, zbliżają się chłody i zima, nie ma czasu.
I od tego, jakie będzie tempo tej pomocy, będzie zależało poparcie dla obecnego premiera Donalda Tuska
w wyborach prezydenckich.
O ile wystartuje?
– To prawda, bo będzie to zależało od tego, czy zdecyduje się wystartować. Wcześniej wydawało się to pewne, teraz nie wiem. Donald Tusk będzie chyba kalkulował, czy mu się to opłaca. Pamiętajmy, że już raz poniósł porażkę w 2005 roku, przegrywając walkę o fotel prezydenta RP z Lechem Kaczyńskim. Nie jestem pewien, czy mimo upływu lat przełknął tę porażkę i czy jest gotowy na kolejną. Wydaje się, że raczej ciężko byłoby mu znieść przegraną. Jeśli nie będzie miał pewności czy przekonania, że wygra, to raczej może ustąpić miejsca Rafałowi Trzaskowskiemu.