Unijna solidarność jest tylko na papierze
Piątek, 20 września 2024 (22:07)Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości
Dzisiaj już nie ma wątpliwości, że reakcja rządu Tuska wobec zapowiedzi powodzi była spóźniona. Tymczasem wczoraj Wrocław odwiedziła Ursula von der Leyen. Chyba trudno nie łączyć tych dwóch wydarzeń?
– Dokładnie. Trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie, że reakcja rządu Donalda Tuska była mocno spóźniona i dramatycznie zła, bez przesady – kompromitująca. Szybkie i mądre decyzje premiera rządu mogły zmniejszyć ogrom tragedii ludzkiej. Tymczasem w piątek 13 września, kiedy już dwa dni wcześniej było wiadomo, że zbliża się do nas wielka fala powodziowa, Tusk mówił, że sytuacja nie jest przesadnie alarmująca. I to dyskredytuje go jako szefa rządu. Z drugiej strony do Wrocławia przyjeżdża szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i przypomina Donaldowi Tuskowi, że właściwie już 10 września struktury unijne alarmowały kraje członkowskie, w tym Polskę, że może być katastrofa, tyle że nikt nie wziął tego pod uwagę. Mam na myśli program Copernicus – system ostrzegania przed powodzią, który został stworzony po to, żeby przewidywać i monitorować tego typu katastrofy. Mówił też o tym podczas debaty w Parlamencie Europejskim unijny komisarz ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarcic. Jeśli zaś mowa o wizycie Ursuli von der Leyen we Wrocławiu, to mieliśmy też zapowiedź „wielkich” pieniędzy, które – po pierwsze – ani nie są wielkie, po drugie – jeszcze ich nie ma, a po trzecie – sporo wody jeszcze upłynie, zanim się one pojawią, bo w Unii Europejskiej niczego nie załatwia się od ręki.
Czym zatem jest ta wizyta Ursuli von der Leyen oraz premierów Czech, Słowacji oraz kanclerza Austrii, którzy przybyli do Polski na zaproszenie Tuska? To była pokazówka?
– To się odbyło po to, żeby poprzeć Donalda Tuska. Kto wie, czy mimo sytuacji, jaka ma miejsce, Tusk nie szykuje się jednak do przyszłorocznych wyborów prezydenckich i wysyłając komunikat, że szefowa Komisji Europejskiej przyjeżdża do Wrocławia na jego „osobiste zaproszenie”, chciał pokazać, jak ma owiniętą wokół palca Ursulę von der Leyen i jak wielką postacią na unijnej scenie jest on sam. Oczywiście, oboje tych polityków gra w jednej drużynie, dlatego przewodnicząca KE pokazała się na chwilę w Polsce. Z całą pewnością to była pokazówka, bo jak inaczej nazwać to, że w świetle kamer von der Leyen dotyka wałów, tylko że niewiele z tego wynika. Jestem stosunkowo dobrze zorientowany w kwestii unijnych pieniądzy, więc wiem, jak to się teraz będzie ciągnęło w czasie. Dlatego uważam, że ta wizyta była spektaklem propagandowym.
Nie będzie szybkich pieniędzy? Podobnie było w lutym br., kiedy Ursula von der Leyen przybyła do Polski i ogłosiła odblokowanie środków z Krajowego Planu Odbudowy...
– Tak, to jest ta sama sytuacja, tym bardziej że jeśli Ursula von der Leyen mówiła o Funduszu Solidarności Unii Europejskiej – a więc o instrumencie szybkiego reagowania w sytuacjach nadzwyczajnych, w przypadku np. klęsk żywiołowych, to powiedzmy uczciwie, że na ten rok środki z tego funduszu są już wyczerpane. Natomiast na cały przyszły rok w projekcie budżetu Unii Europejskiej jest przewidziany zaledwie 1 mld 117 mln euro, i to na wszystkie kraje członkowskie. To są po prostu małe pieniądze, a poza tym mowa jest o 2025 roku, a środki finansowe są potrzebne od zaraz. Tymczasem jeśli chodzi o jakieś ekstra środki pomocowe, to ich zwyczajnie nie ma.
Nie zauważyłem też, żeby w swojej wypowiedzi przewodnicząca KE powiedziała, że użyje np. jakichś unijnych rezerw, których zresztą też nie ma. Zbliża się koniec roku i w Parlamencie Europejskim pracujemy nad budżetem na przyszły rok. Ten budżet już jest po poprawkach, więc nie można tam nic manipulować, ponieważ wszystkie poprawki zostały już zgłoszone, zatwierdzone. Jest ich dokładnie 950, mówię o szczegółach, bo akurat nad nimi aktualnie pracuję. Dlatego te wszystkie zapowiedzi, to jest opowieść, ballada, że Unia Europejska da, że Unia pomoże, a tak naprawdę Polacy, ludzie poszkodowani zostaną pozostawieni sami sobie.
Tusk mówił też o środkach z Funduszu Spójności, z którego Polska ma otrzymać około 5 mld euro. Czy to jakaś nowa pula, która na usuwanie skutków powodzi ma zostać specjalnie przyznana Polsce przez Unię Europejską?
– Absolutnie nie. Tak naprawdę ta cała konferencja prasowa Ursuli von der Leyen i Donalda Tuska była o niczym, bo ci politycy wczoraj niczego nowego, niczego konkretnego nie powiedzieli. Natomiast mówienie o Funduszu Spójności, to nic innego jak mówienie o pieniądzach, które i tak są i tak byłyby do użycia, dlatego jeśli ktoś mówi o 5 miliardach euro dla Polski – to, daj Boże, żeby tak było, ale póki, to tego realnie też nie widzę. Dlatego jako komentarz do tej konferencji przychodzi mi na myśl jedno słowo – spektakl.
Może warto też przypomnieć, że jeśli chodzi o Fundusz Spójności, to środki te wynegocjował jeszcze rząd premiera Mateusza Morawieckiego?
– Tak, to są jeszcze pieniądze z tzw. starego portfela, ze starego budżetu na lata 2021-2027, które były, są i będą do użycia, do wykorzystania. A więc nic nowego.
Skoro Unia Europejska nic nie dokłada ekstra, to po co w ogóle była ta wizyta Ursuli von der Leyen i cały szum medialny wokół tego? Co de facto załatwił dla Polski Donald Tusk, który w Unii podobno wszystko może?
– Dla Polski Tusk nie załatwił nic. Załatwił być może dla siebie – mam na myśli ocieplenie wizerunku po totalnych błędach, niekompetencji, jaką się wykazał w obliczu kryzysu. Natomiast obserwuję, że w mediach społecznościowych już się uaktywniają ludzie sprzyjający obecnej władzy, rozmaici lewaccy aktywiści, którzy atakują Kościół, Caritas Polska, atakują także Prawo i Sprawiedliwość, że nic nie robi, a tylko przeszkadza. Inna sprawa, że już poszedł dyżurny atak na wszystkich, którzy ośmielają się mówić Donaldowi Tuskowi, że przespał pierwsze dni, kiedy można było jeszcze wdrożyć jakieś działania, można było ostrzec ludzi, aby mogli się w porę ewakuować i przynajmniej po części zabezpieczyć swój dobytek. Tymczasem fakty są takie, że Tusk 13 września dezinformował społeczeństwo, mówiąc, że sytuacja nie jest przesadnie alarmująca, że wcześniej – po przejęciu władzy – w ramach czystek – powymieniał w instytucjach rządowych, m.in. w Państwowym Gospodarstwie Wodnym Wody Polskie, ekspertów i posadowił ludzi, którzy kompletnie nie czują tematu. Nic więc dziwnego, że w obliczu katastrofy, a taką jest ta powódź, nie potrafią się odnaleźć i podejmować zdecydowane działania. Ponadto po takim blamażu, zaniedbaniach, zaniechaniach w każdym innym kraju premier usunąłby z rządu zielonych, bo to oni – jeszcze zanim doszli do władzy – blokowali inwestycje hydrologiczne, budowę zbiorników retencyjnych, polderów i innych urządzeń przeciwpowodziowych. Tymczasem jakby nigdy nic dalej są w rządzie, są częścią „koalicji 13 grudnia” i włos im z głowy nie spada.
Po tym wszystkim, co Pan powiedział, jak zatem dzisiaj wygląda realna pomoc Unii Europejskiej w obliczu powodzi w Polsce? I gdzie ta słynna unijna solidarność?
– Unijna solidarność jest tylko na papierze oraz w hasłach głoszonych przez unijnych liderów. Inna sprawa, że tej solidarności w wymiernej formie nie może być, bo Unia Europejska sama klepie biedę. I ta bieda jest teraz nadzwyczaj widoczna. Dzień przed przyjazdem do Polski Ursuli von der Leyen, Mario Draghi, który występował w Parlamencie Europejskim, mówił, że Unia musi wziąć na funkcjonowanie kredyt w wysokości 800 mld euro rocznie, bo inaczej przegra konkurencję ze wszystkimi czołowymi państwami świata.
Skoro Unia Europejska musi wziąć kredyt, to oznacza, że nie ma pieniędzy. Jesteśmy świadkami zabawy w ciuciubabkę, ktoś na naszych oczach próbuje robić dobrą minę do złej gry, do tego całego ludzkiego dramatu, który się wydarzył w południowo-zachodniej Polsce, gdzie straty są ogromne. Samorządowcy mówią wprost, jakie były i kiedy przyszły informacje o powodzi, że nie mieli czasu na jakiekolwiek działania, że ludzie musieli zostawić cały swój dobytek i ratować własne życie i zdrowie. Taki kataklizm pokazuje małostkowość rządu Tuska, pokazuje nieudolność ludzi, którzy dzierżąc władzę, mają obowiązek zadbać o bezpieczeństwo Polaków także w obliczu nadchodzących klęsk żywiołowych.
Tragedia jest niespotykana, są ofiary w ludziach, są także ogromne zniszczenia i szkody, których usuwanie potrwa lata. Tymczasem Tusk powołuje europosła Marcina Kierwińskiego na pełnomocnika rządu ds. odbudowy po powodzi…
– Kompletnie nie rozumiem tego posunięcia, tak naprawdę nie wiem, o co Tuskowi może chodzić z tą nominacją. Marcin Kierwiński to przecież żaden specjalista, to także żaden wpływowy polityk w Polsce czy na zachodzie Europy. To pokazuje, że Donald Tusk obstawia się zaufanymi ludźmi, aby mieć przegląd sytuacji, aby wiedzieć, co i gdzie się dzieje. Widać wyraźnie, że Tuskowi chodzi wyłącznie o własny wizerunek i własną pozycję. Dlatego całą uwagę skupia na sobie także w obliczu tragedii tysięcy ludzi. Czysty marketing, teatr na wałach. Polacy to rozczytują i nie dadzą się nabrać, tego jestem pewien.
Czemu służy zapowiedź Tuska, że terytorialsi z Niemiec mają pomagać w usuwaniu skutków powodzi oraz jak Pana zdaniem wygląda zarządzanie i informowanie przez rząd o kryzysie wywołanym przez powódź?
– Donald Tusk podczas posiedzeń sztabu kryzysowego mówi różne rzeczy, ale z tego, co słyszymy, Niemcy nie wysłali jeszcze swoich żołnierzy z pomocą do Polski, wstępne rozmowy na ten temat dopiero trwają. Tymczasem w Polsce mamy własne Wojska Obrony Terytorialnej – formację, która była tak wyszydzana przez polityków obecnej władzy, a dzisiaj staje na wysokości zadania, zresztą nie pierwszy już raz udowadniając swoją przydatność. Dlatego w pierwszym rzędzie należy wykorzystać nasze własne zasoby. Sporo do życzenia pozostawia też sposób informowania tej niezwykle potrzebnej formacji w obliczu powodzi. Burmistrzowie zalanych przez wodę miast mówią, jak to było i jest, że w tej powodzi najważniejszy jest Donald Tusk i jego rząd, posiedzenia sztabów zarządzania kryzysowego zwoływane wcześnie rano czy w nocy, a wszystko w świetle kamer, a ludzie, którzy przeżywają dramaty, są na dalszym miejscu.
Po pierwsze, ci poszkodowani nie otrzymują niezbędnej pomocy i zdaje się długo będą się jeszcze mierzyć ze skutkami tej powodzi. Również informacja, jaką przekazała w pierwszych dniach powodzi minister klimatu Paulina Hennig-Kloska o niskooprocentowanych kredytach dla powodzian, też była uwłaczająca. Następnie po krytyce rząd się z tego wycofał, a Donald Tusk uznał tę ofertę za niefortunną. Stąd teraz jest mowa o 100 i 200 tys. zł bezzwrotnej pomocy finansowej na remont i odbudowę zniszczonych mieszkań i domów. Zawsze to coś, ale z pewnością nie zrekompensuje strat wywołanych przez żywioł i nie wystarczy do powrotu ludzi do normalności. Bardzo słabo to widzę, nic więc dziwnego, że Tusk nie wpuszcza niektórych mediów na swoje konferencje, żeby nie było trudnych pytań, bo zarządzanie kryzysem wynikającym z powodzi nie wychodzi tej władzy.