Zderzak umów gazowych
Wtorek, 23 kwietnia 2013 (02:05)Mikołaj Budzanowski odchodzi z Ministerstwa Skarbu Państwa, gdy jego niekompetencja połączona z arogancją osiągnęły poziom zagrażający samemu premierowi.
Wpadka z drugą nitką Jamału skompromitowała i ośmieszyła cały rząd. Dopóki jednak fatalne zarządzanie narodowym majątkiem nie trafiło na czołówki gazet i serwisów telewizyjnych, przez całe lata Budzanowski odpowiadał za strategiczne dla Polski obszary, a nawet awansował z wiceministra na szefa resortu w drugim rządzie Tuska, chyba w nagrodę za jego największy „sukces”: kontrakt z Gazpromem na lata 2010-2037.
Negocjacje umowy gazowej z Rosją w 2010 r. były popisem buty, arogancji i dyletanctwa Mikołaja Budzanowskiego, wówczas wiceministra Skarbu Państwa. To właśnie on został wysunięty przez koalicję PO – PSL i ówczesnego ministra gospodarki Waldemara Pawlaka do firmowania porozumienia z Rosją i stał się zderzakiem umowy gazowej zawartej w październiku 2010 roku. W jej następstwie dziś za 1000 m sześc. gazu PGNiG płaci o kilkadziesiąt dolarów więcej niż odbiorca niemiecki. To w tamtym okresie doszło do faktycznej utraty kontroli właścicielskiej Skarbu Państwa nad EuRoPol Gazem, a głównym aktorem wydarzeń ze strony rządowej był, zdaniem naszych rozmówców, właśnie Budzanowski.
Kłopotliwy dyletant
W kluczowych momentach negocjacji były już minister skarbu bezpardonowo atakował Prawo i Sprawiedliwość, odrzucając z góry myśl o możliwości ogrywania Polski przez Rosję. Jak ironicznie komentują dziś posłowie opozycji, przekonywał, że światem umów energetycznych rządzą jedynie zasady z kodeksu dobrych praktyk handlowych i nie ma tu miejsca na politykę. Oponentom zarzucał antyrosyjską fobię i dopatrywanie się wszędzie spisku.
– Naprzeciw siebie stanęły wówczas: bezwzględna kremlowska machina i oddelegowany przez rząd Tuska Budzanowski, arogancko prężący muskuły wobec opozycji i kompletny amator i dyletant wobec Rosjan – komentuje Janusz Kowalski, członek Zespołu ds. Bezpieczeństwa Energetycznego w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. – Po stronie Kremla i Gazpromu mamy profesjonalistów. Tam nie ma ludzi, którzy w sektorze energetycznym zaczynają uczyć się zarządzania spółkami, tak jak było w przypadku Budzanowskiego – dodaje.
– Do 2045 r. zysk netto w skali roku będzie wynosić 21 mln zł, oczywiście indeksowany o wskaźnik inflacji. To zagwarantowany zysk spółki w wysokości 756 mln zł do 2045 roku. Jest to bardzo pozytywny efekt. Nie ma takiej spółki w Polsce, która przez tyle lat miałaby zagwarantowany zysk, wpisany sztywno w umowę międzynarodową – zapewniał Budzanowski na posiedzeniu sejmowej Komisji Skarbu Państwa 17 lutego 2010 roku.
Słup Tuska
Opozycja torpedowała wówczas te wyliczenia, wskazując, że w samym 2004 r. EuRoPol Gaz miał zysk większy aniżeli resort Skarbu Państwa przewidział dla spółki przez najbliższe 30 lat. Kowalski uważa, że jeżeli polsko-rosyjskie negocjacje 2009-2010 będą kiedykolwiek badane przez organy ścigania, np. w kontekście umorzenia długów Gazpromu, to ich spojrzenie powinno paść przede wszystkim na Budzanowskiego.
Budzanowski usytuowany przez Donalda Tuska w roli słupa, który nie będzie wyrastał za wysoko, okazał się jednocześnie wyjątkowo niekompetentny. Uczestniczący w pracach sejmowych komisji eksperci pamiętają, gdy jako odpowiedzialny za spółki energetyczne wiceminister mylił gaz z ropą naftową, miliony z miliardami, wielkość całego kontraktu z planem rocznym itp.
Kwestia memorandum w sprawie budowy drugiej nitki gazociągu Jamał – Europa pomiędzy EuRoPol Gazem a Gazpromem to niezbity dowód kompletnego chaosu w strukturach ministerstwa, braku koordynacji i wiedzy szefa resortu o strategicznych dla interesu państwa sprawach. Nie ma mowy o nadzorze właścicielskim. – Na dzień przed informacją o memorandum na drugą nitkę Jamału na posiedzeniu Komisji Skarbu Państwa Budzanowski twierdził, że nie będzie żadnej budowy drugiej nitki. Albo kłamał, albo nie miał kompletnie pojęcia, co się dzieje – mówi nam jeden z posłów opozycji.
Pytania o Lotos
Trudno się dziwić, że polityk PO obawiał się obiektywnej oceny swojej pracy. 12 maja 2011 roku niezwłocznie po doniesieniach medialnych o rzekomych stratach wynikających z umów gazowych zawieranych w latach rządów PiS w trybie ekstraordynaryjnym została zwołana sejmowa Komisja Skarbu Państwa. Posłowie koalicji PO – PSL żądali kontroli NIK. Według naszych rozmówców, za tą akcją stały dwie osoby: poseł Platformy Tadeusz Aziewicz (przewodniczący komisji) i właśnie Budzanowski.
Powstał jednak spór o zakres czasowy ewentualnej kontroli Izby. Najpierw mowa była o latach 2006-2010, ale ostatecznie zaproponowano głosowanie uchwały wymieniającej tylko kontrakty z 2006 i 2007 roku. PiS ku wyraźnemu zdziwieniu przedstawicieli partii rządzących zadeklarowało poparcie dla projektu (co oznaczałoby jednomyślność komisji), ale pod warunkiem uwzględnienia wszystkich umów gazowych, a więc do 2010, czyli także negocjowanych przez rząd Tuska. – Jesteśmy skłonni poprzeć badanie umów z naszych czasów, bo nie mamy nic do ukrycia. Jeśli nie zgadzacie się na zbadanie umów podpisanych za waszych czasów, to znaczy, że macie coś do ukrycia – apelował wtedy poseł Marek Suski. W efekcie przyjęto nawet wersję uchwały mówiącą o porównaniu umów z lat 2006-2007 z obecnie obowiązującymi.
Posłowie PO jednak szybko w ogóle wycofali się z inicjatywy pod pozorem wątpliwości, czy to właśnie NIK jest kompetentna do prowadzenia kontroli umów. Tę kwestię miano doprecyzować i ponownie rozpatrzyć projekt na kolejnym posiedzeniu. Do sprawy jednak nie powrócono do dzisiaj.
Ze strony opozycji zarzut kłamstwa i mataczenia pada nie tylko w kwestii memorandum, ale także w sprawie Lotosu. – Na pytanie, dlaczego rząd chce prywatyzować Lotos, skoro jest to sprzeczne ze wszystkim: i dokumentami rządowymi, i strategią energetyczną, i planem prywatyzacji, Budzanowski odpowiadał, że gdy Lotos będzie sprzedawany, dokumenty się zmieni – mówi poseł opozycji.
Niepewny gazoport
Kolejny przykład indolencji Budzanowskiego to opóźnienia przy budowie terminalu LNG w Świnoujściu.
Wbrew buńczucznym deklaracjom byłego ministra, że ruszy na czas, czyli w połowie 2014 roku, według szacunków niezależnych ekspertów poślizg czasowy może wynieść nawet około roku. Sami wykonawcy przyznają się do dwóch miesięcy opóźnienia. Konsorcjum włoskiej spółki Saipem, francuskiego Techint i polskiego PGB praktycznie się rozpadło. Saipem ma kłopoty finansowe związane z kryzysem budżetowym we Włoszech, a PGB ogłosiło upadłość, a wraz z nim dwie spółki budowlane – główni podwykonawcy projektu. Dodatkowo jeszcze nie wiadomo, jak duże opóźnienia spowoduje uszkodzenie płyt z unikalnej i trudnej do zamówienia na rynku stali niklowej.
Eksperci zarzucają Budzanowskiemu propagandę sukcesu w kwestii gazoportu, a co za tym idzie brak wariantów awaryjnych, zaś opóźnienie postawi Polskę przed koniecznością magazynowania gazu z Kataru najprawdopodobniej gdzieś w zachodnioeuropejskich portach. Oznacza to, że do opłaty za gaz, którego nie możemy odebrać, należy dodać koszta jego magazynowania. Tymczasem Ministerstwo Skarbu Państwa podtrzymuje, że wszystko idzie zgodnie z planem.
Zamęt z łupkami
Profesor Mariusz-Orion Jędrysek nie zostawia suchej nitki na szumnie zapowiadanym i przygotowywanym od roku projekcie „Blue Gas – Polski Gaz Łupkowy” z udziałem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, pod patronatem politycznym Budzanowskiego i minister nauki Barbary Kudryckiej, który teoretycznie jest szansą na opracowanie polskiej technologii wydobywania ropy i gazu z łupków.
– Szkoda, że zniszczono przygotowania, jakie poczynił w tym zakresie rząd PiS w latach 2006-2007. Dziś to jest jednak bardzo późno. W mojej ocenie, „Blue Gas – Polski Gaz Łupkowy”, a uczestniczyłem w kilku spotkaniach, dopóki nie usunięto mnie z zespołu naukowców, to w dużym stopniu efekt walki o fundusze bez podporządkowania pod potrzeby państwa. Ci, co śmiali się ze mnie w 2007 roku, gdy mówiłem o gazie i ropie z łupków, dziś są ekspertami, choć bez dorobku, za to z jakimś niezrozumiałym poparciem ze strony koalicji rządzącej – zauważa prof. Jędrysek. Jego zdaniem, połowa planowanych badań nie ma elementów nowości technologicznej, a uwagi na ten temat są ignorowane. – Główną rolę w „Blue Gas” pełnią osoby raczej z nominacji politycznej, choć bez dorobku, jakiego należałoby się spodziewać w zakresie badań metanu, ale za to popierani przez Budzanowskiego i pozostającą w rządzie Kudrycką. Nie wróży to powodzenia przedsięwzięciu. Jego los może być podobny do losu innego projektu NCBiR związanego ze zgazowaniem węgla, na który przeznaczono kilkadziesiąt milionów złotych, a z którego nic nie wyszło i z góry było wiadomo, że przy takim podejściu i zarządzaniu nic nie będzie – zaznacza Jędrysek.
LOT uziemiony
Przykładem porażki Budzanowskiego w zupełnie innej sprawie jest sytuacja w PLL LOT. Spółka znajduje się na skraju bankructwa, przynosi ciągle straty i nie jest w stanie przetrwać bez pomocy budżetu państwa, a ta stoi pod znakiem zapytania z powodu unijnych zasad ochrony konkurencji. LOT nie ma prawie żadnego majątku: samoloty użytkuje na warunkach leasingu, siedzibę sprzedano, większość usług niezwiązanych bezpośrednio z wykonywaniem lotów wyprowadzono do firm zewnętrznych. Pozostają ludzie, nazwa, logo i korzystne umowy na dogodne godziny startów i lądowań. – Chyba nikt w Polsce nie chciałby dopuścić, żeby LOT upadł ze względu na nieudolność zarządzających, a przyczyną problemów w spółce jest kompletna niefrasobliwość ze strony Ministerstwa Skarbu Państwa – wskazują politycy opozycji i przypominają, że niepokojące sygnały o problemach LOT płynęły od dawna. – Spółka ma zastawione środki, rozbuchane wydatki nie przynoszą żadnych korzyści, na przykład prawie 30 milionów rocznie szło w pewnym okresie na różnego rodzaju doradztwo, consulting, usługi prawne. A minister tolerował to, że firma powoli, krok po kroku, zmierza w kierunku bankructwa – podkreśla jeden z naszych rozmówców.
W resorcie Skarbu Państwa Budzanowski był prawie pięć lat (wcześniej osiem miesięcy w ministerstwie środowiska), w tym prawie półtora roku na jego czele. Zdaniem naszych rozmówców, to czas rozbuchanego nepotyzmu i kolesiostwa, gdy chodzi o nominacje do spółek i rad nadzorczych. Kontrowersje posłów opozycji budzi też m.in. obsadzenie Grażyny Piotrowskiej-Oliwy na stanowisku prezesa PGNiG, chociaż nie posiada ona żadnego doświadczenia w branży energetycznej (jej kariera związana była przede wszystkim z telekomunikacją). Dziś, w kontekście afery z drugą nitką Jamału, wydaje się, że dni jej pozostawania na urzędzie są policzone.
Beata Falkowska