Naprawdę każdy czas jest dobry
Wtorek, 3 września 2024 (07:37)Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem Instytutu Sobieskiego w dziedzinie samorządu terytorialnego i polityki regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Czy słowa Dmytro Kułeby, który podczas Campusu Polska zrównał przesiedlenia ludności ukraińskiej w ramach akcji „Wisła” z ludobójstwem dokonanym na Polakach przez Ukraińców na Wołyniu, powinny się spotkać z reakcją polskich władz?
– Obok skandalu, jakim same w sobie są kłamliwe słowa szefa ukraińskiego MSZ, warto podkreślić, że nie zostały one wypowiedziane w kuluarach, ale Kułeba powiedział to – otwartym tekstem – podczas oficjalnego spotkania z młodzieżą w ramach Campusu Polska Przyszłości w Olsztynie, w obecności milczącego ministra spraw zagranicznych Polski Radosława Sikorskiego. Szef polskiej dyplomacji, słysząc te kłamstwa, nawet się nie zająknął, nie oponował i de facto przyjął tę wypowiedź z milczącą akceptacją. Dmytro Kułeba w tym momencie pilnował spraw Ukrainy, ale w swojej wypowiedzi przekroczył wszelkie granice, bo w obecności polskiego ministra spraw zagranicznych mówił o Lubelszczyźnie, Podkarpaciu i Małopolsce jako o ziemiach ukraińskich, że Polska zabrała Ukrainie te ziemie. Dlatego tu powinna być zdecydowana reakcja ze strony polskiego rządu. Tym bardziej dziwi fakt, że nikt tego nie prostował na gorąco. Szef MSZ jest od tego, żeby w każdej sytuacji, w każdych warunkach na arenie międzynarodowej bronić polskich interesów.
Do dziś nie mamy stanowczego dyplomatycznego stanowiska polskiej strony w tej sprawie…
– Nie ma stanowiska, jest milczenie, a premier Tusk robi sobie objazdówkę – wyjazdowe posiedzenie rządu w Gdańsku, w sposób PR-owski mówi o potrzebie rachunku sumienia i samokrytyce ministrów, wręcz o „wielkiej spowiedzi powszechnej” po dziewięciu miesiącach rządzenia, podczas gdy w jednej z pierwszoplanowych spraw w sensie politycznym – mam na myśli wypowiedź ministra Kułeby – wciąż jest milczenie. Tymczasem Kułeba w obecności szefa polskiej dyplomacji na terenie Polski pokazał, jak można pisać nową historię Polski – tak jak rozumieją ją Ukraińcy. Podobnie zresztą od lat czynią Niemcy, wtłaczając Europie i światu, że sprawcami II wojny światowej byli nie Niemcy, ale naziści.
Kułeba zrównał rzeź wołyńską z akcją „Wisła” i przesiedleniami społeczności ukraińskiej, czyli rozproszeniami na tereny zachodniej i północnej Polski, w tym również Warmii i Mazur. Celem tego działania było rozbicie zaplecza społecznego wspierającego Ukraińską Powstańczą Armię odpowiadającą za zbrodnie na polskiej ludności. Tak się składa, że miałem okazję przeglądać dokumenty historyczne z tamtego czasu i jedno, co było tam wyraźnie podkreślone – mianowicie założenie, że tej ludności nie mogło niczego zabraknąć. Ci przesiedleńcy dostawali majątek, ziemię, mieszkania, domy. I jeżeli dla kogoś przesiedlenie społeczności ukraińskiej, która była zaangażowania we wspieranie UPA, i przewiezienie tych ludzi na inne tereny Polski jest tym samym co ludobójstwo na polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, to jest to skandal i wielkie nieporozumienie. Ukraińcy dokonali zbrodni, która pochłonęła ponad sto tysięcy polskich ofiar – także kobiet, dzieci i starców. Co trzeba podkreślić, działo się to na terenach obecnej Ukrainy, ale w okresie międzywojennym to były tereny należące do Rzeczypospolitej.
Dlaczego Ukraińcy nie chcą zezwolić na ekshumacje, godne pochówki i upamiętnienie ofiar zbrodni? W czym tkwi problem? Przecież rana wołyńska nie zabliźni się, dopóki Ukraińcy nie staną w prawdzie wobec tych oczywistych faktów?
– Jedyne, co może zagoić rany, to prawda. Bez prawdy nie będzie zgody, nie mówiąc już o pojednaniu. Ukraińcy muszą stanąć w prawdzie wobec zbrodni, jakich się dopuścili na Polakach. Prawda z całą pewnością będzie ich boleć, ale to jest konsekwencja decyzji i zbrodniczych czynów, jakich się dopuścili. Ta prawda może być dla wielu dramatem. Przecież w tamtych czasach było wiele małżeństw mieszanych polsko-ukraińskich i bywało, że mąż Ukrainiec zabijał swoją żonę Polkę i swoje dzieci w imię ideologii banderowskiej. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej przerażającego…? Ponadto ekshumacje mogą wykazać, że liczba zamordowanych, o której dzisiaj mówimy, jest znacznie większa. Co więcej, może się okazać, że ofiar wśród dzieci jest dużo więcej. Dlatego te ekshumacje są niezbędne, konieczne, nawet gdy okażą się dla Ukraińców bardziej bolesne, niż się dzisiaj wydaje.
Niestety te prace poszukiwawczo-
-ekshumacyjne zostały przerwane z winy Ukraińców i niby trwają jakieś rozmowy, aby je wznowić tyle, że nic z tego nie wynika. Czy Polska – zwłaszcza w ostatnich latach – w sposób właściwy zabiega o zmianę decyzji władz ukraińskich?
– Niestety, tej determinacji nie ma. Natomiast jeśli chcemy prawdy, to pozwólmy, żeby te mogiły przemówiły. Przecież jeżeli zostaną wznowione ekshumacje, to wyjdzie na jaw prawda. Mogiły przemówią, i to zarówno co do liczby ofiar zamordowanych przez Ukraińców, a także co do rodzaju działań zbrodniczych, jakich wobec tych niewinnych osób podejmowali zwyrodniali kaci. Dopiero kiedy mogiły przemówią, to wówczas będziemy mogli podjąć dyskusję o prawdzie, ale na razie mowy o tym być nie może.
Czy brak wystarczającej determinacji z naszej strony nie zachęca Ukraińców do lekceważenia nas, czego przykładem jest właśnie postawa ministra Kułeby na Campusie Polska w Olsztynie?
– To, co się stało na Campusie Polska, to, co zrobił Kułeba, to był policzek wymierzony Polsce i Polakom. Dlatego szef ukraińskiego MSZ powinien przeprosić. Jeśli nie, to w trybie pilnym, obowiązującym w dyplomacji, do polskiego MSZ powinien zostać wezwany ambasador Ukrainy w Polsce, któremu należy wręczyć zdecydowany protest wobec zachowania ministra Dmytra Kułeby oraz żądanie wyjaśnień i przeproszenia. Jeśli tego zdecydowania z naszej strony nie będzie, to można przypuszczać, że Ukraińcy będą nam wchodzić jeszcze bardziej na głowę. Stara zasada mówi, że jeśli chcesz, żeby cię szanowano, to najpierw musisz się sam szanować.
Kiedy po agresji rosyjskiej na Ukrainę i w trakcie konfliktu rozmawiałem z politykami PiS-u, pytając, czy angażując się w pomoc Ukrainie – i to na każdym odcinku – nie powinniśmy też od nich wymagać i jasno postawić sprawy ekshumacji i przeproszenia za zbrodnię ludobójstwa, to słyszałem, że to nie jest odpowiedni czas, że po wojnie na pewno przyjdzie taki moment. Jednak czy takie postawienie sprawy nie było błędem?
– Sprawa ekshumacji Polaków pomordowanych na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej przez Ukraińców rzeczywiście powinna zostać postawiona na ostrzu noża przez Polskę, i to niezależnie od sytuacji. Naprawdę każdy czas jest dobry. Wiele było okazji, wiele było spotkań prezydentów Andrzeja Dudy i Wołodymyra Zełenskiego także z Polakami, ale ze strony ukraińskiej słowo „przepraszam” nigdy nie padło. Tymczasem Polska – szczególnie w pierwszym okresie po rosyjskiej napaści na Ukrainę – wspierała Kijów. To był czas decydujący, bo to wtedy ważyło się, czy Ukraina otrzyma wsparcie, czy zostanie sama wobec przeważających sił agresora. Gdyby społeczność międzynarodowa w pierwszych dniach po napaści rosyjskiej przyjęła filozofię Niemców – na zasadzie „dajcie sobie spokój, bo los Ukrainy i tak jest przesądzony”, to dzisiaj byłoby już po Ukrainie.
I to my stanęliśmy wówczas w obronie Ukrainy, to my otworzyliśmy granice państwa, a Polacy swoje serca dla ludzi uciekających przed siepaczami Putina. Ale to nie wszystko, bo to my przekazaliśmy Ukraińcom broń, byliśmy też czynnikiem motywacyjnym dla społeczności międzynarodowej do działania. Może nie pamiętamy dzisiaj, ale Amerykanie też nie od razu ruszyli z pomocą. Ponadto nasze relacje gospodarcze z Ukrainą w tamtym czasie też nie należały do wzorcowych, można nawet powiedzieć, że byliśmy na kursie kolizyjnym, na etapie małej wojny gospodarczej z Kijowem. Wtedy Ukraińcy wcale nie stawiali na Polskę, ale stawiali na Niemców. I to Berlin był głównym sojusznikiem oraz partnerem Kijowa. Z tym że my potrafiliśmy się wznieść ponad te wszystkie podziały, Polacy potrafili stanąć ponad tymi interesami gospodarczymi i ruszyliśmy z pomocą. A jak się zachowali Niemcy – to doskonale pamiętamy.
We wrześniu 2023 r. podczas wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy na Forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ prezydent Zełenski ostentacyjnie odwrócił się na pięcie i wyszedł, a wcześniej oskarżył najbliższych sojuszników, w tym Polskę, o wspieranie Moskwy w kontekście embarga na import ukraińskiego zboża. Chyba nie da się nazwać tego gestu inaczej jak próbą poniżenia polskiego prezydenta?
– Wiem jedno: Zełenski nie gra fair, a jego zachowanie wobec Polski budzi niesmak, zwłaszcza gdy chodzi o niedawno wypowiedziane słowa, że pomoc wojskowa Polski dla jego kraju w ostatnim czasie nieco zmalała. Co więcej, prezydent Zełenski zwrócił uwagę, że Polska ma jeszcze samoloty MiG-29, które mogłyby wzmocnić obronę Ukrainy. To brzmi trochę jak żądanie, co nie wygląda dobrze – zwłaszcza w momencie kiedy przekazaliśmy Ukrainie ogromne ilości broni różnego rodzaju. Ponadto coraz głośniej się mówi o końcu wojny i o odbudowie Ukrainy. I w tym kontekście śmiem twierdzić jedno – jako Polska zapomnijmy o udziale w odbudowie Ukrainy. Mam wrażenie, że te karty zostały już rozdane. Co więcej, odbyło się to ponad naszymi głowami. Karty zostały rozdane i – moim zdaniem – żadna nie jest w polskich rękach.
Tyle że tak można było sądzić właściwie od początku: że będziemy się angażować po stronie Ukrainy, w przeciwieństwie do Niemców będziemy pomagać Ukraińcom, ale jeśli przyjdzie do podziału tortu i udziału w odbudowie tego kraju, to nie my, ale Niemcy będą odgrywali pierwsze skrzypce...
– Niemcy już od dawna stoją w kolejce po kontrakty, a nas czeka powtórka z Iraku, gdzie Polska była głównym partnerem handlowym tego kraju, ale jak przyszło co do czego, to też nie uczestniczyliśmy w odbudowie, a zamiast nas zarabiali inni. Ponadto jeśli chodzi o Ukrainę, to warto przypomnieć, jak to było po rosyjskiej aneksji Półwyspu Krymskiego w 2014 r., kiedy to w celu przerwania wojny w Donbasie doszło do porozumień Mińsk 1 i Mińsk 2 między Moskwą a Kijowem, gdzie przy stole zasiadali – obok Rosji i Ukrainy – przywódcy Białorusi, Niemiec i Francji, ale Polski tam nie było. Jak widać, to już przerabialiśmy, dlatego w naszej polityce zagranicznej, szczególnie jeśli chodzi o nasze relacje z Ukrainą, powinniśmy wyciągać lekcje, jak do tego podchodzić.