• Wtorek, 7 kwietnia 2026

    imieniny: Jana, Rufina, Donata

Rosyjski dron nad Polską

Wtorek, 27 sierpnia 2024 (20:34)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem.

Z niedzieli na poniedziałek Rosjanie przeprowadzili chyba największy od początku wojny nalot rakietowy na Ukrainę. Dzisiaj Rosja ponowiła atak rakietami manewrującymi i dronami bojowymi Shahed na ukraińskie cele. Są ofiary wśród ludności cywilnej. O czym to nasilenie działań przez Rosję może świadczyć?

– To pokazuje, że wojna się cały czas toczy z różnymi odsłonami, napięciami, zwrotami akcji. Natomiast ważna jest jedna kwestia – mianowicie, że Rosjanom wciąż  nie udaje się zgromadzić odpowiednich sił, wystarczającego potencjału militarnego, żeby złamać Ukrainę.

Ukrainie brakuje środków bojowych – mam na myśli rakiety dalekiego zasięgu, którymi mogłaby uderzyć znacznie dalej niż obecnie, np. w rosyjskie lotniska czy bazy, z których startują drony czy rosyjskie samoloty przenoszące rakiety. Apele Ukraińców
o dostarczenie tych  środków bojowych nie przynoszą efektów?

– Tym po stronie Zachodu, którzy decydują o wsparciu militarnym Ukrainy, zależy chyba coraz bardziej na zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej, która się przedłuża. Dla tych zachodnich decydentów obojętne jest, czy Ukraina wyjdzie z tej batalii zwycięsko, czy nie, byleby tylko wojna się zakończyła. Wiadomo też, że jeśli Ukraińcy nie będą mieli czym się bronić, a tym bardziej atakować przeciwnika, to sytuacja stanie się oczywista.

Przegrana Ukrainy może oznaczać, że Putin się nie zatrzyma na dotychczasowych zdobyczach?

– Owszem, ale to Berlinowi chyba nie przeszkadza.

A Stanom Zjednoczonym?

– Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to sytuacja jest bardziej skomplikowana. Jeżeli w Ameryce będą rządzić demokraci, to Waszyngton pogodzi się z porażką Ukrainy. Natomiast jeśli będą rządzić republikanie, a gospodarzem Białego Domu będzie ktoś taki jak Donald Trump, to Rosja może mieć kłopot z wygraniem wojny z Ukrainą. Donald Trump, kiedy był prezydentem, dowiódł, że jest przywódcą, który patrząc w oczy Putinowi, potrafi być stanowczy, mówiąc jasno, że jeśli przekroczysz pewne granice, to dostaniesz łomot. Inni prezydenci amerykańscy
z Barackiem Obamą czy Joe Bidenem na czele tego nie raczej nie praktykowali. Nic więc dziwnego, że rozzuchwalony brakiem zdecydowania amerykańskich przywódców Putin nie zawahał się napaść na Ukrainę.

Tylko że to Donaldowi Trumpowi zarzuca się prorosyjskość?   

– To jest akurat wynik wewnętrznej wojny politycznej w Stanach Zjednoczonych, która ma na celu nie dopuścić do ponownego wyboru Donalda Trumpa na prezydenta. Taka wojna trwa także w Polsce, gdzie próbuje się odsądzać Prawo i Sprawiedliwość od czci i wiary, oskarżając tę formację o współpracę z Moskwą, podczas gdy wiadomo, kto po stronie władz w warszawie był autorem resetu
z Rosją. I kiedy Rosja jest agresywna, a Putin próbuje realizować swoje zapędy imperialne, zarówno w Polsce, jak i w Ameryce oskarżanie kogoś o to, że współpracuje z Rosją, jest bardzo przydatnym paliwem w kampanii wyborczej. Ta strategia jest też cały czas realizowana
w Polsce.

Niemcy cały czas układają się z Rosją
i nawet nie kryją, że zależy im na jak najszybszym powrocie do współpracy gospodarczej z Putinem?

– Swego czasu zwracałem uwagę, że Niemcy – biorąc pod uwagę strategię, jaką przyjęli – być może idą na ostro
w stosunku do Rosji. Stąd pojawiły się pohukiwania o 100 miliardach euro na rozbudowę Bundeswehry, deklaracje, że Niemcy są gotowe przejąć odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO, oraz że Europa, czyli Niemcy, rozszerzy strefę bezpieczeństwa na Ukrainę i Kaukaz. Tyle że później
w polityce niemieckiej frakcja, która woli współpracować
z Rosją niż z nią walczyć, znów wzięła górę. W związku
z tym, że z finansami niemieckimi nie jest najlepiej, minister obrony Boris Pistorius nie otrzymał obiecanych miliardów euro na rozbudowę armii, o co zresztą pokłócił się o z kanclerzem Olafem Scholzem. Co więcej, nawet rodzima partia ministra Pistoriusa – SPD – stwierdziła, że takich wydatków na armię nie będzie. Skoro więc nie będzie silnej, zmodernizowanej Bundeswehry, to nikt
w Niemczech nie będzie przejmował odpowiedzialności za flankę wschodnią NATO, zwłaszcza że na widnokręgu pojawia się kolejne porozumienie Berlina z Moskwą.

Jednocześnie to wyklucza system obrony powietrznej, czyli „Żelazną  kopułę” nad Europą?

– Cały ten projekt to była jedna wydmuszka. Również opowieści min. Władysława Kosiniaka-Kamysza, a także premiera Donalda Tuska odnośnie zapewnienia specjalnego bezpieczeństwa na wschodniej granicy wynikały z tego, że na pewnym etapie w Berlinie obowiązywała koncepcja, że będziemy się stawiać Rosji. Kiedy jednak Donald Tusk zorientował się, że o żadnym stawianiu się Moskwie
w Berlinie nie ma już mowy, co więcej, że Niemcy szykują się na współpracę z Putinem, to też obniżył ton i o żadnej tarczy nic nie słychać, bo to wszystko nie będzie już potrzebne. Podobnie, jak okazuje się, że „koalicji 13 grudnia” niepotrzebne są czołgi K2, bo – jak słyszymy – umowa na kolejne dostawy od Koreańczyków stanęła pod znakiem zapytania.

Jak odczytuje Pan koncentrację białoruskich wojsk przy granicy z Ukrainą? Czy to tylko demonstracja, próba zmuszenia Ukrainy do przeniesienia sił do zabezpieczenia tego rejonu, a może przygotowanie do uderzenia?

– To może być element pewnej gry operacyjnej, bo jak wiadomo, Ukraińcy przedarli się przez linię frontu Rosjan
i weszli do obwodu kurskiego. W tej sytuacji Rosjanie mają kłopot, żeby ich stamtąd wypchnąć. Swoją drogą Ukraińcy też chyba sądzili, że tym manewrem zmuszą Rosjan do wycofania ich wojsk z frontu ukraińskiego, tylko że, zdaje się, niekoniecznie się to sprawdza. Tak czy inaczej z punktu widzenia Rosji przydałoby się, gdyby pojawiło się jeszcze jakieś inne zagrożenie Ukrainy, i zgromadzenie wojsk białoruskich przy granicy z tym krajem może właśnie taką rolę spełniać. Jednak to nie oznacza, że Białoruś uderzy. Sądzę, że to tylko demonstracja i straszenie, że może pójść uderzenie. W tej sytuacji każdy rozsądnie myślący dowódca wojskowy stara się przed taką ewentualnością się zabezpieczyć. To z kolei wymaga zgromadzenia odpowiednich sił i środków wojskowych na wszelki wypadek, żeby ten rejon zabezpieczyć. Ponadto władze ukraińskie już ostrzegły, że w przypadku ewentualnej białoruskiej agresji systemy rakietowe, jakie są dzisiaj w posiadaniu Kijowa, zostaną użyte wobec celów na Białorusi.

NATO potępiło naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez najprawdopodobniej rosyjskiego drona Shahed, który wleciał na odległość
ok. 25 km i zniknął z radarów. Czy takie obiekty nie powinny być po prostu
z automatu natychmiast zestrzeliwane?

– Oczywiście, że taki bezzałogowy obiekt powinien zostać zestrzelony. Tu natomiast słyszymy, że nie było odpowiednich warunków atmosferycznych, brak było odpowiedniej widoczności, aby ten obiekt zidentyfikować, co z kolei uniemożliwiło podjęcie decyzji o jego zestrzeleniu. Tak czy inaczej sytuacja ta pokazuje, że Polska ma wciąż nieskończony system obrony przestrzeni powietrznej, którego budowa została rozpoczęta za rządów Zjednoczonej Prawicy. Zdaje się, że ten system jest wciąż na etapie początkowym, jeżeli idzie o jego efektywne wykorzystanie. Stąd być może nie bardzo jest czym strącać niepożądane obiekty, jakie pojawiają się nad Polską.

A może po stronie decyzyjnej nie ma woli?  

– Wola jest też z pewnością ważnym elementem w takich sytuacjach. Jak to jest z wolą po stronie premiera Donalda Tuska, to wiemy, że jest ona w Berlinie. Natomiast jeśli chodzi o  ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza, to co jakiś czas podnosi on jakieś patriotyczne wątki, ale jednocześnie w jego działaniach przewijają się wątki, które są niepatriotyczne, jak na przykład – i to w pierwszych dniach po przejęciu władzy przez „koalicję 13 grudnia” – likwidacja podkomisji MON ds. ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej. Ponadto śmieszne i poniżające wydają się nie zdecydowane działania, ale prośby szefa MON do tzw. obrońców praw człowieka, którzy stają w obronie – o dziwo – nie polskich żołnierzy, obrońców granicy z Białorusią, ale w obronie nachodźców, aby nie przeszkadzali. 

Marszałek Sejmu Szymon Hołownia twierdzi, że tajemniczy obiekt, który pojawił się nad Polską i zniknął, to niekoniecznie musiał być dron, ale mogła to być anomalia meteorologiczna, która pojawiła się na radarach…

– Marszałek Szymon Hołownia ma w jakimś sensie rację, bo to nie tylko anomalia meteorologiczna, ale to, co pojawiło się nad Polską, to równie dobrze mogło być UFO. Również resort obrony mógł wydać komunikat, że był to jakiś niezidentyfikowany obiekt latający. A z kosmitami to – jak wiadomo – jest ciężko, jeśli chodzi o identyfikację, ba, jak wiadomo, wszyscy o UFO słyszeli, a nikt tego nie widział, a tym bardziej nie przejął. Do tego pasuje stara maksyma: i śmieszno, i straszno. Uważam, że bez względu na to, kto rządzi, władza nie może się kompromitować, wysuwając tak absurdalne tezy, chyba że ma społeczeństwo za nic – także swoich wyborców, co, zdaje się, ma dzisiaj miejsce.

                   Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki