Marionetka w rękach grup interesów
Środa, 21 sierpnia 2024 (07:14)Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą KUL i AKSiM
Przed nami wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, a za nami pierwszy dzień konwencji Partii Demokratycznej. Joe Biden, który w swoim przemówieniu udzielił poparcia Kamali Harris, powiedział m.in., że będzie ona „prezydentem, na którego nasze dzieci będą mogły patrzeć z podziwem, i będzie prezydentem historycznym, który odciśnie swoje piętno na przyszłości Ameryki”. Co autor mógł mieć na myśli?
– Chyba to, że jeśli Kamala Harris zostałaby wybrana na urząd prezydenta, to byłaby pierwszą kobietą w historii Stanów Zjednoczonych w roli gospodarza Białego Domu. Po Baracku Obamie, który był pierwszym czarnoskórym prezydentem, w tej roli wystąpiłaby też kobieta – notabene – o poglądach skrajnie rewolucyjnych, można by nawet powiedzieć, że marksistowskich. To też pokazuje, że Stany Zjednoczone, które przez lata odrzucały wizję komunistyczną – wręcz ją zwalczały – teraz weszłyby jeszcze bardziej w orbitę oddziaływania ideologii neomarksistowskiej.
Wreszcie Stany Zjednoczone, czyli największe mocarstwo świata, które ma najwięcej do powiedzenia w przestrzeni międzynarodowej, zwiększyłyby presję w tej dziedzinie. Natomiast reszta tego wystąpienia Joe Bidena to rutynowa retoryka, którą zwykle stosuje się przy okazji każdej kampanii wyborczej po to, żeby budzić emocje, budować napięcie i zachęcić ludzi do udziału w wyborach i oddania głosów na kandydatkę Partii Demokratycznej.
Skoro mowa o rewolucyjnej w poglądach Kamali Harris, to podczas wczorajszej konwencji występowała też była sekretarz stanu USA Hillary Clinton, która za krok milowy uważa przywrócenie prawa do aborcji w całej Ameryce, co ma nastąpić, kiedy gospodarzem Białego Domu będzie właśnie kandydatka demokratów…
– To tylko pokazuje, że kobiety w polityce – nie wszystkie, ale spora ich część – mówią o aborcji tak, jakby pozbawienie życia własnego dziecka byłoby jedynym, najważniejszym marzeniem kobiety. To jednak świadczy o poziomie zarówno intelektualnym, jak i moralnym tych ludzi. Zresztą jak się czyta wpisy Kamali Harris na portalach społecznościowych, to kwestia aborcji czy rozmaite zaimki tzw. niebinarne czy neutralne płciowo, typu: onu, jenu, to są dla kandydatki Partii Demokratycznej sprawy kluczowe. To jest kuriozalne i niepoważne, zwłaszcza kiedy mówimy o kandydatce na najwyższy urząd w tak kluczowym państwie świata jak Stany Zjednoczone. No cóż…, tak wyglądają rewolucyjne elity amerykańskie, które popierają Kamalę Harris, tak jak do tej pory popierały Joe Bidena, który – co widzieliśmy wszyscy – już nie do końca kojarzył i był jedynie narzędziem w ich rękach. Mam wrażenie, że pełna genderowej retoryki Kamala Harris – jako prezydent w istocie byłaby takim samym narzędziem w rękach amerykańskich elit co Joe Biden. Nic więc dziwnego, że chcą ją wysadzić na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, by faktycznie dzierżyć władzę.
Te rewolucyjne elity, o których Pan Profesor wspomniał, wszędzie są takie same, natomiast problemem wydaje się to, jak duże poparcie zyskują wśród wyborców. Nie byłoby ich, gdyby retoryka, jaką stosują, nie była akceptowana przez ludzi…
– Z drugiej strony nie byłoby tych odbiorców, gdyby nie rewolucyjne elity. Wrażliwość odbiorców na rozmaite bzdury kształtują media, kształtują portale społecznościowe, a więc w szczególności internet, i to tam szuka się takiego kandydata. Zresztą podobnie jest u nas, w Polsce. Metoda jest taka, że kształtuje się pewien gust, zwariowany sposób myślenia o świecie, i szuka się odpowiednich kandydatów. Jak widać, mamy system naczyń połączonych. Tak jest u nas i tak jest jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, gdzie wielkie koncerny i ich właściciele sterują tą grupą polityczną czy poszczególnymi politykami, a efekty tych działań są widoczne na załączonym obrazku.
Kamala Harris – przynajmniej do tej pory – nie przedstawiła żadnych konkretów na rządzenie. Czy wobec powyższego, bez programu, a jedynie na fali popularności i PR-u, jest w stanie dojechać do Białego Domu?
– Im częściej będzie jej stawiany ten zarzut, tym szybciej dojdzie do sytuacji podobnej jak w Polsce, czyli do „stu konkretów” Donalda Tuska. Proszę sobie przypomnieć, że Tuskowi stawiano ten sam zarzut, więc żeby tę krytykę przerwać, wymyślił „sto konkretów” na sto dni rządzenia. Tyle że po wyborach te „konkrety” nie są realizowane, bo były użyte wyłącznie na potrzeby kampanii wyborczej, a potem: niech się dzieje, co chce. To jednak nie przeszkadza, bo Tusk w Polsce, a Harris w Stanach Zjednoczonych mogą powiedzieć wszystko, co kto sobie zażyczy. Nie ma znaczenia, że ktoś nie ma wiarygodności, która przez określone środowiska nie jest wymagana, ale ważne jest, żeby nie dopuścić do władzy kontrkandydata.
Swoją drogą Stany Zjednoczone, mając takich, a nie innych polityków, przeżywają na naszych oczach gigantyczny kryzys, a demokracja jest tam czystą iluzją. Demokracja, polityka w Ameryce jest coraz bardziej sterowna, a dzieje się to przez pewien układ, ale nie klasy średniej, lecz oligarchów, wielkie koncerny, których podstawą działania są ideologia i zyski gospodarcze. To jest ideologia neomarksistowskiej rewolucji. To jest też – w jakimś sensie – chichot historii, bo Stany Zjednoczone, które obaliły komunizm, dzisiaj same, na własne życzenie, w ten komunistyczny nurt wpadają.
Europa Zachodnia też… Natomiast zakładając, że Kamala Harris zwycięży w listopadowych wyborach, to czy będzie prezydentem z autorytetem, szanowanym przez światowych przywódców?
– Kamala Harris z tego, co przez ostatnie cztery lata pokazała, będzie marionetką w rękach grup interesów.
Jak to? Przecież prezydent Stanów Zjednoczonych jest niejako z automatu liderem światowego porządku…?
– Pozostając w tym nurcie, to jakim autorytetem i dla kogo był prezydent Joe Biden, który miał problemy z wyjściem czy z zejściem po schodach samolotu? Prezydent Stanów Zjednoczonych tylko formalnie jest liderem czy gwarantem światowego porządku. Przy czym przy konstrukcji intelektualnej Kamali Harris to nie ona – przy ewentualnym wyborze – będzie sprawować władzę. Raczej będzie narzędziem w ręku wielkiego amerykańskiego kapitału.
Joe Biden podsumowywał swoją prezydenturę, twierdząc, że był zdeterminowany, aby Ameryka szła naprzód. A jak jawi się jego prezydentura w oczach Pana Profesora?
– Słowa, jakich używa Joe Biden, nic nie znaczą. To są stwierdzenia, które nie mają żadnej treści. W czym bowiem za rządów prezydenta Bidena Stany Zjednoczone poszły do przodu…? Przypomnę, że na początku rządzenia Joe Biden tak naprawdę sprowokował agresję rosyjską na Ukrainę, bo to on de facto zachęcił Putina do ataku. Biden wykazał miękkość w polityce zagranicznej, a wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu w 2021 roku było kompromitacją. Dzisiaj Joe Biden oskarża Donalda Trumpa o prorosyjskość, tymczasem sam, pozwalając na dokończenie projektu Nord Stream czy przez wspomniane fatalne wycofanie wojsk z Afganistanu, tak naprawdę pokazał słabość i zachęcił Putina do śmielszych działań.
Owszem, w porę się ocknął i Stany Zjednoczone wsparły Ukrainę w walce z rosyjskim najeźdźcą, ale fakt pozostaje faktem. Dlatego nie sposób traktować czy komentować to, co mówią rządzący dziś w Ameryce, bo widać, że dla tych polityków słowa nic nie znaczą. To trochę jak wspomniane „sto konkretów Tuska”, więc po co to komentować, skoro to są bzdury od początku do końca. Te wszystkie ich deklaracje – to są rzeczy, które nigdy nie nie zostały zrealizowane i nie będą. Oczywiście w rozważaniach możemy się pochylać nad każdym konkretem Donalda Tuska, także jeśli chodzi o Kamalę Harris, tylko po co…?
Pozostańmy jeszcze przy Joe Bidenie, który podczas konwencji Partii Demokratycznej w Chicago powiedział, że nie żywi urazy do tych, którzy apelowali, aby wycofał się z wyścigu i walki o kolejną kadencję, ale łzy, jakie pojawiły się na jego policzkach, kiedy wchodził na scenę, wydawały się mówić coś zupełnie innego?
– A cóż w tej sytuacji miał powiedzieć? Nie jest przecież żadną tajemnicą, że został zmuszony do rezygnacji, i to nie dlatego, że był nieudolny, że jest w podeszłym wieku czy chory, tylko dlatego, że było widać, że ma problemy z koncentracją, gubieniem wątków, co było widać chociażby przy okazji debaty z Donaldem Trumpem itd. I jeśli demokraci dalej brnęliby w kampanii z Bidenem, to kandydat republikanów, Donald Trump, bez większych problemów wygrałby batalię i powrócił do Białego Domu jako gospodarz. Ta obecna konwencja wyborcza demokratów w Chicago, której pierwszy dzień był poświęcony właśnie Joe Bidenowi, to była okazja, by ten uznany polityk mógł odegrać ostatnią rolę w swoim politycznym życiu i po zakończeniu kadencji pójść na zasłużoną emeryturę.
Oczywiście może mu być smutno z tego powodu, że został odstawiony na bocznicę, ale może grać dalej – już w innej roli – jako ten, który promuje Kamalę Harris. Swoją drogą tę rolę mu zadano, bo już cztery lata temu w kampanii wyborczej Kamala Harris – polityk tak naprawdę bez większego doświadczenia – została mu zadana jako przyszły wiceprezydent, i chciał, nie chciał, musiał ją przyjąć. Kamala Harris, o której na początku mówiło się nawet, że będzie następcą Joe Bidena, a kto wie: czy nie zastąpi go jeszcze w trakcie kadencji – szybko pokazała swoją miałkość i ideologiczne zacietrzewienie, ale nic poza tym. Dlatego pierwotnie to nie ona, ale Joe Biden został ponownie kandydatem demokratów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Sytuacja, o której wspomniałem, wymusiła jednak inny wariant i powrót Kamali Harris do gry. Tyle tylko, że trudno znaleźć w niej kompetencje do sprawowania najwyższego urzędu w Ameryce. To jest polityk, która więcej się śmieje, niż mówi, a jak już coś powie, to niekoniecznie z sensem, i to jest kuriozalne. Kamali Harris brakuje powagi, a przypomnę, że mówimy tu o mocarstwie światowym. To jednak pokazuje jeszcze coś innego, mianowicie jest to objaw kryzysu kulturowego, politycznego świata Zachodu. I także w ten sposób widziałbym kandydaturę Kamali Harris na prezydenta Stanów Zjednoczonych.